ZEN Party

W kontekście ZEN, posądzanie Petelickiego o harakiri to ponury żart.

(18.06.2012)

Wydaje mi się, że wszystkie – także tzw. niezależne – przekaziory milczą o tym, że gen. Petelicki chciał powołać ruch społeczny wokół utworzonego przez siebie Zespołu Ekspertów Niezależnych. W wywiadzie udzielonym Skowrońskiemu i Cejrowskiemu na falach radia WNET wyraził nadzieję, że młodzież, która odebrała PiS władzę w 2007 roku, poprze tę jego inicjatywę. (http://www.youtube.com/watch?v=B0tYuxonto4&feature=relmfu)

Niewykluczone, że pod nazwą ZEN miała wystartować nowa partia polityczna, która po kompromitacji PO mogła zająć jej miejsce. Nie wiem czy organa ścigania ustaliły już motyw ewentualnej zbrodni, ale nasuwa się on chyba sam.

Mimo wszystko podejrzewam, że ZEN Party jednak powstanie. Lemingi jak kania dżdżu potrzebują duchowego patrona, a zamordowany generał WP byłby do tego idealnym kandydatem jako bezpartyjny fachowiec i w dodatku ateista. W przeciwnym razie będą musiały dokonać psychologicznie bardzo trudnego wyboru – albo zagłosować na PiS albo na jakąś inną obciachową partię, przy czym najwięcej głosów lemingów uzyskałby SLD i Ruch Palikota. Biorąc pod uwagę, że obie te formacje mogą wziąć wyborców PO po połowie, jedynym zwycięzcą będzie PiS. A znając zdolności taktyczne Jarosława Kaczyńskiego to już jest dla systemu III RP zbyt wielkie ryzyko.

Kto wejdzie do ZEN Party? Myślę, że spora grupa medialnych celebrytów, kojarzonych raczej z prawicą konserwatywną i narodową oraz resztki PO. Nie chcę tu wymieniać nazwisk, żeby nikogo nie urazić, ale pewne kandydatury sam generał wymieniał w swoich wywiadach, toteż czytelnicy niepoprawnych raczą wsłuchać się w nie uważnie. Warto też zwrócić uwagę, które media – tak zwane niezależne – wspierały ludzi generała lub tych, którzy mogliby się stać jego ludźmi. Sądzę, że w porównaniu z PiS-em, ZEN Party aż błyszczałaby od brylantów konserwatywnej części sceny politycznej. Byłaby „prawdziwą prawicą” w odróżnieniu od „łże-prawicy”.

Okres historyczny pod nazwą Rzeczpospolita 3.5 można chyba uznać za rozpoczęty.

Jakub Brodacki

Zakute umysły

Głupi jak polonistka, pijany jak historyk.

(12.02.2013)

Dzisiaj po północy bloger grzechg opublikował interesujący artykuł pt. „Ludzie na poziomie nie mają takich poglądów”. Dorzucam niniejszym stwoje trzy grosze do tekstu.

W przeciwieństwie do grzechag nie sądzę, aby TVN miał aż tak wielki wpływ na umysły naszych wykształconych idiotów, ponieważ największy wpływ na ich umysłowość ma właśnie wykształcenie. Każdy kto kiedykolwiek cokolwiek studiował na uniwersytecie czy innej uczelni, ten wie, jak bardzo przeciwne wolności umysłu jest to doświadczenie. Na wykładach, ćwiczeniach, seminariach i innych zajęciach uczy się co prawda tzw. „krytycyzmu naukowego” i usilnie podważa się wszystkie stereotypy wyniesione z domu rodzinnego. Jednak ów krytycyzm funkcjonuje w wygospodarowanym, sterylnym „laboratorium”, w którym umysł studenta ma do dyspozycji określony zbiór książek, skryptów, statystyk i zbiorów źródłowych. My historycy na przykład mamy do dyspozycji przede wszystkim dorobek marksizmu, który podjał niestety udaną próbę nadania naukom historycznym charakteru nauk ścisłych. W latach 90-tych XX wieku nastał pseudoliberalizm. Jako reakcję na marksizm nasi profesorowie (nie wszyscy, chwała Bogu!) usilnie lansowali twierdzenie, że nie ma żadnej koncepcji, która mogłaby dobrze tłumaczyć proces dziejowy, więc… lepiej nie tłumaczyć go wcale. W efekcie czego każda samodzielna próba stosowania nauk historycznych do interpretacji obecnych wydarzeń i przewidywania przyszłości jest traktowana jako coś prywatnego, wysoce wstydliwego, bo „nienaukowego”. Amerykański prezentyzm jest potępiany, próby rozumowania kontrfaktycznego są wyśmiewane, traktowanie historii jako żywej i obecnej w nas skarbnicy wiedzy o nas samych i o naszym świecie to dziejopisarski zabobon. Jak wielu z nas się domyśla, chodzi o to, abyśmy nie próbowali przywracać „upiorów przeszłości”, nie identyfikowali się z własną tożsamością i przypadkiem nie próbowali grzebać w życiorysach co niektórych profesorów, a szczególności w życiorysach ich rodziców… A w szczególności chodzi o to, abyśmy nigdy i przenigdy nie zwątpili, że obecna rzeczywistość mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Właśnie te słowa – „mogłaby”, „gdyby” – są szczególnie znienawidzone przez stróżów naukowej poprawności.

I tak dobrze, że uczy się nas samodzielnej interpretacji źródeł historycznych. Tyle przynajmniej przyzwoitości zostało zachowane. Odnoszę wrażenie, że na innych kierunkach jest o wiele gorzej. Wiedza, którą zdobywają socjolodzy czy psycholodzy to są – w moim odczuciu – klechdy sezamowe. Naturalnie ta część ich wiedzy, która służy manipulowaniu drugim człowiekiem stoi na dobrym poziomie, bo inaczej w ogóle te studia byłyby niepotrzebne. Politolodzy zaczynają swoją edukację od roku 1789, przez co ich pojęcie o demokracji jest mgliste i oderwane od korzeni. Językoznawcy wkuwają słówka, więc nie mają czasu na myślenie; stąd może wzięło się znane dictum „głupi jak polonistka”. I dodajmy: „pijany jak historyk”, bo widząc stan umysłów i porównując go z przeszłością, spodziewamy się zazwyczaj nieciekawej przyszłości.

 

Jakub Brodacki

WARIANT OPTYMISYTCZNY

PiS wygrywa wybory. Ale jak? Na dwa sposoby.

O pierwszym sposobie już pisałem. Zniechęcone do Platformy lemingi gremialnie głosują nogami, to znaczy nie idą do urn wyborczych. Automatycznie PiS uzyskuje wyższy wynik procentowy i uzyskuje w parlamencie ponad 40% poparcia. Ruch narodowy przechodzi próg 5% i z kilkoma głosami zasila PiS w kluczowych dla Polski głosowaniach. Niemożliwe? Możliwe. Może nawet udałoby się pozbyć z polskiej sceny politycznej gwaranta II PRL – czyli PSL-u.

Drugi wariant brzmi o wiele bardziej ironicznie i z pozoru mniej prawdopodobnie. Obóz postkomunistyczny stara się za wszelką cenę zmobilizować lemingi do głosowania. Niestety, postkomunistyczni stratedzy przedobrzyli i Ruch Narodowy zyskuje trochę więcej głosów, nie tylko kosztem PiS, ale także Platformy i nawet (2-3%) partii Andrzeja Rozenka. Część „warszawki” jest tak przerażona, że pomimo gróźb i szantażów z ulicy Czerskiej, podejmuje „dialog operacyjny” z Jarosławem Kaczyńskim. Kaczyński wie, że bez akceptacji choćby części elity urzędniczej, reformy państwa nie są możliwe. Podejmuje więc wyzwanie. W efekcie PiS przejmuje około 10% głosów od PO. Wyniki wyborów są paradoksalne: 35-40% PiS, 15-20% RN, resztę bierze Gowin, SLD i PSL (bez którego życie polityczne w II PRL nie mogłoby się obyć).

Pozornie ten drugi wariant jest dla Polski bardzo korzystny, a wielu blogerów i komentatorów na niepoprawnych nie posiadałoby się z radości. Oto wreszcie nadchodzi czas koalicji dobrych z dobrymi, „prawdziwych Polaków” z RN z „mniej-Polakami” (ale jednak Polakami) z PiS.

Wyobraźmy sobie jednak co się dzieje podczas kampanii wyborczej i zaraz po niej. Dochodzi do zwarcia, które przypominać będzie zwarcie PO-PiS z 2005 roku. RN będzie graczem słabszym, ale rozgrywanym przez obóz prezydencki przeciw PiS-owi. Podczas kampanii wyborczej dojdzie zapewne do powtórzenia telewizyjnych negocjacji koalicyjnych. Kaczyński jako „mniej-Polak” wypadnie blado w zestawieniu z „prawdziwymi Polakami” (szczególnie jeśli ogolą się na łyso), ale dzięki lemingom wybory i tak wygra. Potem przyjdzie znów proza życia. Bez poparcia prezydenta, PiS nie zdoła skłonić RN do zawarcia formalnej koalicji. A jeśli nawet ją zawrze, to w kluczowej sprawie Smoleńska będzie mógł liczyć tylko na siebie. Rząd Kaczyńskiego dotrwa do wyborów prezydenckich i niewykluczone, że jakimś cudem kandydat PiS zostanie prezydentem. Ta kadencja parlamentarna będzie trzecim w historii II PRL przypadkiem, że obóz niepodległościowy będzie Polską rządził. Tym razem nie kilka miesięcy, i nie dwa lata, ale pełne cztery lata kadencji.

Niestety, jeśli Putin do spółki z czarnymi orłami z Zachodu zechce Polskę postawić przed gazowym szantażem, PiS nie będzie mógł liczyć na poparcie reszty parlamentu. W takich sytuacjach będzie zapewne grał na rozbicie Ruchu Narodowego i obalenie jego kierownictwa, co niewątpliwie rozjątrzy dawne spory i niesnaski. Nie uda się przeprowadzić wielu zasadniczych reform. Sukces okaże się połowiczny i tymczasowy. Nie zostanie zmieniona konstytucja. Nawet jeśli uda się rządowi odzyskać kontrolę nad sektorem bankowym i gospodarką oraz wzmocnić armię, to po czterech latach i klęsce w wyborach parlamentarnych wszystko niestety wróci do normy. Polska pozostanie pół-państwem, w którym międzynarodowe korporacje do spółki z Rosjanami będą mogły kręcić lody.

Wiem, zaraz usłyszę, że jest przecież trzeci sposób zwycięstwa. Przekonać lemingów, żeby założyli moherowe berety. Mogę powiedzieć tylko tyle: ideologia prawicowa w jej wielu odmianach (konserwatywnej, nacjonalistycznej, katolicko-narodowej itp) jest dla lemingów tak talmudyczna i niezrozumiała, że przekonywanie i „ewangelizowanie” niewiele tu zmieni, a tylko wywoła przerażenie. Pragmatyczna prawicowość Jarosława Kaczyńskiego miałaby szanse powodzenia, ale pod warunkiem, że lemingi wróciłyby na tory intuicyjnego patriotyzmu, który nie będzie im się kojarzył z nacjonalizmem. I drugi warunek: PiS nie miałby na prawicy żadnego konkurenta i potencjalni wyborcy Ruchu Narodowego po staremu oddaliby głosy na to, co z sobie wiadomych powodów uważają za „mniejsze zło”.

Czy to możliwe? Cuda się zdarzają. Czasem zależą od nas. Od tego, jak bardzo kochamy Polskę.

 

Jakub Brodacki

Walczymy z wrogiem społecznym

Co trzeci nasz Rodak, niezależnie od swoich przekonań, jest naszym przyjacielem.

(14.10.2013)

Pracowałem jako członek komisji referendalnej numer 115 na warszawskim Służewiu i chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami.

Zebraliśmy się w sobotę o 9:45 w celu policzenia kart do głosowania i rozstrzygnięcia wątpliwości odnośnie obsługi informatycznej. Wątpliwości te wzięły się z szumu informacyjnego, jakiemu poddani zostali na szkoleniu pani przewodnicząca i pan wiceprzewodniczący. Przez dłuższy czas usiłowaliśmy dociec na czym polega system wprowadzania głosów i po rozlicznych telefonach do urzędu gminy (gdzie mieściło się biuro okręgowe) i konsultacjach z zaprzyjaźnionymi członkami innych komisji referendalnych wreszcie zrozumieliśmy, że działa to tak:

1. jeżeli do komisji przyjeżdża informatyk, projekt protokołu (czyli protokół spisany ręcznie) jest wprowadzany na miejscu do komputera, za pomocą hasła udostępnionego przewodniczącemu komisji zatwierdzany, drukowany, na następnie stemplowany i podpisywany przez wszystkich członków komisji. Tak było w 2011 roku, co obserwowałem jako mąż zaufania;

2. jeżeli do komisji nie przyjeżdża informatyk (a tak było wczoraj), to komisja w komplecie musi się udać do biura okręgowego i tam całą procedurę przeprowadzić na miejscu.

Dziwi fakt, że szkolenia przewodniczących nie obejmują w istotnym stopniu rzetelnej i szczegółowej informacji o działaniu systemu informatycznego. Chciałbym na przykład wiedzieć co się dzieje z głosami wprowadzonymi do systemu i jak są one przetwarzane. Tajemnica ta powinna być publicznie dostępna, a w każdym razie znana członkom komisji, ponieważ koncentrując się głównie na „głosowaniu papierowym” mamy poczucie niepewności : co dzieje się dalej z naszą ciężko wykonaną pracą i czy w świecie zer i jedynek na pewno wszystko przebiega uczciwie.

Pracę komisji skończyliśmy w urzędzie gminy około północy, a więc wszystko poszło w  miarę sprawnie.

Kilka refleksji o politycznych celach i efektach samego referendum.

Walczymy z wrogiem społecznym od co najmniej 30 lat. Tym wrogiem jest bierność i absolutna obojętność dla spraw państwa połączona z wiarą w wyobrażoną i życzeniową rzeczywistość idealną.

Samo życie podpowiada, że taka postawa nie sprzyja demokracji, ponieważ skrajny idealizm z zasady nie lubi demokracji  jako ustroju pełnego zgniłych kompromisów i obnażającego wszystkie ludzkie słabości. Wielu z nas oczekuje na ustanowienie monarchii, gdzie dobry król jak surowy ojciec będzie karał złe i nagradzał dobre. Przeżyliśmy okres swoistej „teokracji”, gdy papieżem był Polak i wyborcom w zasadzie zwisało kto rządzi w kraju, bo i tak papież nas przed wszystkim obroni.
Środowiska lewicowe najchętniej widziałyby społeczeństwo jako wielką spółdzielnię spożywców i funkcjonowanie państwa nie jest dla nich ważne. Technokraci marzą o tym, aby życie społeczne zamienić w sprawnie działającą maszynę. Aferałkowie chcieliby widzieć społeczeństwo jako zbiorowisko zatomizowanych mniejszości, których jedynym interesem jest ich własny interes. Wielu ma państwo w głębokim poważaniu. Ogół społeczeństwa oczekuje rządów silnych i zdjęcia ze swoich barek odpowiedzialności za dobro wspólne.

Bardzo lubię zbierać grzyby, ale nie chcę żyć w świecie, w którym zamiast głosowania jest grzybobranie.

W tej atmosferze demokracja jest tylko parawanem i pozorem. Mnie natomiast na demokracji, a nawet jej cieniu bardzo zależy. To prawda, że w demokracji nie wszystko się udaje, ale lepiej żyć w świecie realnym, niż w świecie ułudy. Nie osławione JOWy, ale właśnie referendum odwołujące urzędników należy do kurczącego się zasobu prawnych instrumentów demokracji. Zrozumiała to doskonale HGW, wzywając do zbierania grzybów. W istocie rzeczy bowiem chodzi o utrzymanie stanu anomii społecznej, bierności, zniechęcenia i obojętności na sprawy publiczne. Fakt, że HGW przestraszyła się referendum, świadczy dowodnie o tym jak potężnym jest ono instrumentem demokracji. Głosowaliśmy nie za lub przeciw HGW, ale za lub przeciw bierności obywatelskiej, za lub przeciw złudzeniom i idealistycznym wyobrażeniom o tym „jak być powinno”.

I coś BARDZO WAŻNEGO. Do tej pory PKW ogłaszała w massmediach raporty frekwencyjne w ciągu dnia wyborów, aby zmobilizować wyborców do głosowania. Tym razem raportów frekwencyjnych nie było. Nie wiem czy to prawda, ale słyszałem, że zostały one objęte… ciszą wyborczą!!! O czym by to świadczyło? Jeśli przyjąć, że Warszawa to reprezentacyjna próbka całego społeczeństwa, wnioski nasuwają się same. 27% społeczeństwa zainteresowane jest w istnieniu demokracji w Polsce i będzie jej bronić niezależnie o d tego czy jakikolwiek lider PKW oraz TVN z Polsatem i Super Stacją będą zagrzewać do głosowania, czy nie. System III RP policzył nasze siły i policzyliśmy się też sami. Miejmy to w pamięci: co trzeci nasz Rodak, niezależnie od swoich światopoglądowych przekonań, jest naszym przyjacielem. Myślę, że wkrótce pozyskamy nowych przyjaciół i że nie będzie to tylko najlepszy przyjaciel człowieka, który wczorajszym rankiem przyszedł ze swym panem na głosowanie w naszej komisji.
Jakub Brodacki

W tym szaleństwie jest metoda

O naturze ustroju totalitarnego.

(12.07.2013)

Spotykam się często z twierdzeniem, że PiS jest partią Republiki Okrągłego Stołu. Jednym z koronnych argumentów na rzecz tej tezy jest: „popatrz, gdy oni organizują manifestacje, to władza te manifestacje chroni. A jak demonstracje organizuje Ruch Narodowy, to władza traktuje je jako zagrożenie i wysyła policję”.

Zgadzam się, że prowokowanie manifestantów i strzelanie w tłum, który pomimo prowokacji nadal nie chce być groźny – to zbrodnia. Nikt nie chce być ofiarą agresji funkcjonariuszy. Niestety władza czasem tego chce. Chce, żeby były ofiary i cierpienie. I żeby zawsze był ktoś, kto cierpi, w przeciwieństwie do kogoś, kto nie cierpi wcale, więc można mówić, że jest rycerzem Republiki Okrągłego Stołu.

Przejrzałem wypowiedź Adama Słomki o kulisach odwołania rządu Jana Olszewskiego. Tło muzyczne troszkę utrudnia zrozumienie, ale jednak coś niecoś zrozumiałem. Wynika z niej, że głównym problemem był fakt wewnętrznego rozłamu między Olszewskim, a Kaczyńskim. Olszewski chciał stworzyć koalicję z KPN, a Kaczyński ciążył ku Unii Demokratycznej. Słomka uważa, że wtedy, 4.06.1992 roku, KPN powinien był wstrzymać się od głosu. Albo nawet zagłosować po stronie rządu. Ale to głosowanie to był tylko błąd wizerunkowy, bo rząd i tak musiał upaść. Głównym błędem Olszewskiego było natomiast to, że nie zdecydował się postawić Leszka Moczulskiego na czele ministerstwa obrony i nie poparł ustawy o restytucji niepodległości.

Przypomniałem sobie tamten dzień, 4.06. Siedziałem wówczas z nosem w telewizorze, przekonany, że KPN – partia niepodległości – poprze rząd Olszewskiego. Gdy na mównicę wszedł Adam Słomka wszystko stało się jasne. Dziwne, że po tylu latach Słomka nie zdobędzie się na refleksję, która świadczyłaby tylko o jego mądrości i może nawet skłoniła by mnie do udzielenia mu poparcia. Pikanterii dodaje fakt, że właśnie wystąpienie 4.06.1992 roku było jednym z wszystkich sześciu sejmowych wystąpień, jakie miał Adam Słomka podczas I kadencji. Najwyraźniej przez te dwa lata nie było zbyt wielu okazji do ćwiczenia swady dla młodego posła. Co za wstyd.

Cierpi Ruch Narodowy, cierpi Adam Słomka, nawet Gowin z Rokitą na swój sposób cierpią, choć na razie bez pobicia. Natomiast Jarosław Kaczyński „nie cierpi”. To, że stracił brata i połowę swej partii to drobnostka. W końcu, jak to czytelnie wyraził pewien przedstawiciel ustroju totalitarnego, przecież sam „wysłał brata na śmierć”. Albo, jak to wyraził pewien bloger, cała katastrofa to maskirowka. Więc pewnie tych 96 osób gdzieś tam sobie wypoczywa w willach pod Moskwą, a „my tutaj” ciągle mamy swoje problemy.

No, ostatecznie można powiedzieć, że wszyscy jakoś tak cierpimy razem we wspólnym, narodowym cierpieniu.

 

Jakub Brodacki