Polska czyli Tybet

Tęczowy kult pokoju i miłości to hipnoza, która zastąpiła nam i Patriotyzm, i Chrześcijaństwo. (24.08.2012)

Jako student pewnego dnia stałem w kolejce do kasy w barze mlecznym Karaluch na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Dzisiaj tego baru już nie ma. Wylęgarnię meneli i studentów zamknięto ze względu na jej nieeuropejski charakter, czyli wszechobecny brud i smród.  Wtedy jednak karaluchy mnożyły się w najlepsze, a wraz z nimi kiełkowała myśl twórcza i lotna. Za moimi plecami stało dwóch kolegów-studentów. jeden z nich kiwał się ciągle jak sierota i nieustannie mnie trącał. Kompletnie nie przejmował się moją obecnością, gdyż rozwijał swój genialny słowotok. Sprowadzał się on mniej więcej do tezy, że „satanizm, k…, to humanizm, rozumiesz stary. Satanizm to k… humanizm”.

Skąd młodzieniec ów powziął mniemanie, że humanizm to satanizm? Możliwe, że do ucha podszepnęła mu to owa łacińska i kuchenna zarazem bogini, której imię wtrącał w charakterze wzmacniajacego przecinka. Nie wiem czy miał świadomość, że podobne myśli rozwijał pięćdziesiąt lat wcześniej słowiano-nacjonalistyczny filozof Jan Stachniuk. W książce Człowieczeństwo i kultura (1946) pomstował na coś, co nazywał „wspakulturą” i utożsamiał z Chrześcijaństwem. Wynosił pod niebiosa „geniusz tworzycielski” człowieka i fanatycznie zwalczał wszystko to, co – jego zdaniem – ów geniusz ogranicza. Sądził, że „humanizm jest rozmachem tworzycielskim w naturze człowieka, zdążającym do całkowitego przeistoczenia ładu naturalnego świata w nową postać związanych sił”.

Dla każdego, kto choć trochę czuje respekt przed siłami natury, teza Stachniuka jest na oko zwyczajnym oszustwem. Ale książka wydana w rok po wybuchach jądrowych w Hiroszimie i Nagasaki mogła się wydawać przekonująca. Podczas II wojny światowej „rozmach tworzycielski człowieka” ukazał się zaiste z taką siłą, że Stachniuk mógł sypać jak z rękawa dowodami na boską naturę człowieka. „Tylko transformując nasze przemijające istnienia w wyższe byty, rozwijające się, tworzące, zdolni jesteśmy” – pisał – „zaspokoić nasz wieczysty głód wielkości, osiągnąć nieśmiertelność”. Środkiem torującym drogę woli tworzycielskiej jest postęp socjotechniki, bo ona „oznacza przyrost środków władztwa w stosunku do opornych żywiołów społecznych”. Przy użyciu „mechanotechniki” i biotechniki człowiek może zapanować i przetworzyć świat przyrody.

Dlaczego jednak piszę o Stachniuku? No cóż, ostatni pasztet, jaki do spółki z tow. Gundiajewem upiekli nasi biskupi, przypomniał mi o wszystkich duchowych rozterkach, które przeżywałem kilkanaście lat temu, rozmyślając o Bogu, człowieku i religii, o chrześcijaństwie i religiach wschodu, o tym co właściwie służy mojej Ojczyźnie i mnie osobiście, a co jest szkodliwe. Jakże kusząco brzmią dzisiaj słowa Stachniuka, który potępiając chrześcijańską „miłość bliźniego”, powiada: „Miłować bliźniego, oznacza miłować to wszystko ludzkie, co trawi, oddycha, porusza się. W tej płaszczyźnie nie ma żadnej różnicy między bohaterem a złodziejem kieszonkowym, zdrajcą gubiacym naród, a obrońcą tegoż narodu, wrogiem a przyjacielem, ofiarną wychowawczynią, a prostytutką, dewotką, a geniuszem wynalazcą”.

Rozsądek podpowiada, że takie rozumienie „miłości bliźniego” to jakaś pomyłka lingwistyczna, błędna, zapewne i złośliwa interpretacja. A jednak biskupi, a zwłaszcza Michalik, sprawiają wrażenie jakby zahipnotyzowanych. Odnosi sie wrażenie, jakby dostarczali Stachniukowi argumentów, jakby tuczyli i karmili jego pół-bożka. Hipnoza, o której mówię, to przedziwny kult pokoju i miłości, który zastąpił nam instynkt samozachowawczy, zastąpił nam Patriotyzm. Wiem, wiem, zaraz usłyszę od „prawosławnych Polaków”, że patriotyzm to wymysł masonów, że patronem Warszawy nie jest syrenka, tylko Matka Boska, która łamie strzały.

W porządku, niech i tak będzie. Skoro patriotyzm jest BE, syrenka zaś jest bóstwem masonów, to popatrzmy na to z jeszcze innej strony. Uczestniczyłem kiedyś w spotkaniu Kurdów, Czeczenów i Tybetańczyków, organizowanym przez redakcję „Pulsu Świata”. Kurdowie opowiedzieli o swoich problemach, po czym sobie poszli. Potem mówili Tybetańczycy, a jak skończyli to też zaraz się ulotnili. Po ich wystąpieniu ogladalismy film o Dalaj-lamie. Młodziutki „papież buddystów” jeszcze jako faktyczny władca Tybetu, spotkał się z Mao-tse-tungiem, aby ocalić swój kraj przed chińską inwazją. Wg jego relacji, Mao-tse-tung był ujmująco grzeczny, uśmiechnięty. Wszystko szło dobrze. Potem niestety Chińczycy weszli do Tybetu. Tybetańczycy – bardziej rozgarnięci i trzeźwo patrzący niż ich naiwny przywódca – powitali Chińczyków tak, jak się w Tybecie odgania złe duchy, to znaczy oklaskami. Chińczycy nie omieszkali uznać tego za oznakę aplauzu…

Po filmie na sali nie było już ani Kurdów, ani Tybetańczyków, bo los Czeczenów ich wcale nie obchodził. W trakcie dyskusji z Czeczenami jakiś młody idiota z rosyjskim akcentem zapytał, dlaczego Czeczeni nie walczą z rosyjską przemocą tak jak Tybetańczycy z chińską – pokojowo?

Po latach pokojowej walki z komunizmem Tybetańczycy są w swoim własnym kraju mniejszością narodową i ten los grozi także Polakom. Mieliśmy już swojego „Dalaj-lamę”. Ale Papież Jan Paweł II wiarę podpierał rozsądkiem i nie był naiwny jak władca Tybetu. Niestety, nie zdołał pokonać narastającej popularności tandetnego pogańskiego kultu pokoju i miłości. Czyżby kult ten zahipnotyzował polskich biskupów? Czy zahipnotyzuje nas także? Proszę mnie źle nie zrozumieć. Naprawdę bardzo cenię prof. Fedyszak-Radziejowską i doceniam wszelkie ironiczne niuanse jej wypowiedzi, ale obawiam się, że wielu katolików może nazbyt serio potraktować jej słowa. Obawiam się, że bez odpowiedniego komentarza wystarczy kilka słów-kluczy, aby narobić w głowie niemało zamętu.

Putin na pewno wiele razy czytał Sun-tzu. Największym zwycięstwem jest wygrać wojnę, nie wydając ani jednej bitwy. Zastanówmy się, jakie będą efekty tego, że polscy chrześcijanie zaczną czcić pół-bożka pokoju i miłości? Zupełnie oczywiste. Nastąpi wzmożony napływ rozmaitych sekt i kultów, które zgodnie z prawami natury będą starały się wypełnić wolne miejsce po chrześcijaństwie. Target prawicowy będzie bombardowany pogaństwem w wersji słowiańskiej (np https://opolczykpl.wordpress.com), target narodowo-katolicki będzie zachęcany do prawosławia (http://prawoslawnypartyzant.wordpress.com), target lewicowy – w najlepszym razie New Age’m, a w najgorszym – sektami typu AUM czy Falun-Gong.

Często się cieszę z tego, że tęsknota za prawdą popchnęła mnie do samodzielnego studiowania filozofii wschodu. Szukając od idei do idei, trafiłem w końcu na taoizm. Oczyściwszy go nieco z komunistycznego fałszu (taoizm bywa do dzisiaj jednym z „pasów transmisyjnych” maoizmu!), dostrzegłem w nim wiele mądrości. Doceniam w nim przede wszystkim bardzo zasadnicze stawianie sprawy bóstwa. W wolnym tłumaczeniu pierwsze wersy Tao-te-czingu brzmią mniej więcej tak: „>bóg<, którego nazwiesz >Bogiem<, nie jest Prawdziwym Bogiem. Imię, które nadasz imieniu, nie jest Prawdziwym Imieniem”.

Zanotujmy sobie w glosach raz na zawsze: tęczowy kult pokoju i miłości to nie jest Chrześcijaństwo. Obudźmy się z hipnozy!

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.