Pamiętniki starego pisowca

Kitowicz byłby blogerem.

7.07.2012

Wyobraźcie sobie kraj, w którym głowa państwa nie ma realnej władzy, choć ma realne prerogatywy, a wojsko przypomina małą agencję ochroniarską. Wyobraźcie sobie państwo, którego instytucje są fasadą, pozwalającą jedynie zachować osobowość prawną i złudzenie potencjalnej niepodległości; państwo, które rozpaczliwie pragnie przynależeć do wspólnoty narodów europejskich, ale jednocześnie podejmuje wyśmiewany przez oświeconych trud zachowania własnej odrębności; w którym sądy działają opieszale, co kilka lub kilkanaście lat obcy wybierają sowite haracze; kraj, w którym żyją masy uzbrojonych po zęby ochroniarzy, którzy nikogo nie chronią poza własnymi szefami oraz zdezorientowanych i skłóconych obywateli bez jednolitego przywództwa; państwo, którego funkcje są „sprywatyzowane”, ale nikt nie jest jego właścicielem ani gospodarzem; wreszcie wyobraźmy sobie parlament pozbawiony suwerenności i dwie partie parlamentarne, które niemal na każdej sesji skaczą sobie do gardeł. Czy to aluzja do III Rzeczypospolitej? Nie, to opis panowania Augusta III piórem nieodżałowanego księdza Kitowicza, zasługującego śmiało na honorowy tytuł „chłodnego sympatyka” PiS i prawicowego blogera.

Pamiętnik Kitowicza doskonale pokazuje świadomość poczciwego patrioty. Z jakichś dziwnych powodów oczekuje on, że władza i elita będzie wykazywała niezbędne minimum przyzwoitości w sferze życia publicznego, że w krytycznych momentach będzie miała ducha rycerskiego. Bezskutecznie wygląda publicznej narracji odwołującej się do miłości Ojczyzny. Każdy kolejny Sejm czasów Augusta III jest dla niego nadzieją naprawy, angażuje swoje emocje w jego szczęśliwe zakończenie, w jakiś przełom moralny, a tymczasem krok po kroku akcja pamiętników zbliża nas do katastrofy panowania Ciołka. W porównaniu z czasami Ciołka, panowanie Sasa wydaje mu się okresem Złotej Wolności, przynajmniej potencjalnej i ciągle wyczekiwanej, ponieważ główni gracze: Czartoryscy i Potoccy wyrywają sobie władzę, stosują wzajemnie najbardziej haniebne intrygi, przesuwają ciągle granicę dopuszczalnych zachowań aż do wyjątkowo „chamskiego” Sejmu z roku 1762.

Na Sejmie tym dochodzi do rzeczy niesłychanej w polskim parlamentaryźmie, a mianowicie do dobycia szabel pod bokiem siedzącego o kilka pokojów dalej króla. Kitowicz poświęca mu dłuższy passus, urządza nawet „blogerskie śledztwo”, aby ustalić kto jest przyczyną zamieszania; jest przekonany, że wszystko było ukartowane, że obie partie wiedziały co się święci, bo nie usiadły – jak zazwyczaj – według województw, ziem i powiatów, ale każda partia na swoją stronę; że wprowadzono do izby mnóstwo uzbrojonej służby; że skoro błysnęły szable, z miejsca dobyto broni nie ozdobnej, lecz do walki służącej, jak by z góry jej oczekiwano; że gdy tumult wygaszono, partie niczym wrogie armie osobno wychodziły z izby; że do domów panięta nie wracali karetami, ale konno, jakby spodziewając się starć na ulicach Warszawy. Zapewne żaden sąd III RP nie uznałby tych „blogerskich dowodów”, gdyby schwytano inicjatorów tego zajścia – nieudanego zapewne zamachu stanu. Senat zresztą uchwalił, aby marszałkowie wielcy „z pilnością autora dobycia szabli szukali i znalezionego przykładnie skarali”, ale – jak dodaje pamiętnikarz ironicznie – „lecz go nie znaleźli”.

I tu właśnie pokazuje się chłodny dystans blogera, który choć sympatyzuje z dworem, bynajmniej nie sympatyzuje z partią dworską i to ją nawet oskarża o dobycie broni, choć wcale nie podobają mu się knowania Czartoryskich chcących wypowiedzieć królowi posłuszeństwo. Dobrotliwy – w oczach Kitowicza – król oddaje zresztą krajowi ostatnią „przysługę”, bo… umiera, dzięki czemu zamachowcy nie mogą urządzić rokoszu; na horyzoncie pojawia się kandydatura stolnika Poniatowskiego, ale nie podoba się ona Czartoryskim, którzy chcieliby królem zrobić księcia Adama. Gdy więc do tronu zgłasza się elektor saski, a caryca K2 nie odmawia mu poparcia, pojawia się wątek historii alternatywnej – Czartoryscy z miejsca przystają do elektora, panięta z partii saskiej również (nieświadomi że i Czartoryscy są po tej stronie), wszystko może się skończyć pojednaniem i happy endem, to znaczy ustanowieniem w Rzeczypospolitej stałej dynastii elekcyjnej, czyli ulubionego ustroju polskiej szlachty, gdy elektor-nieborak umiera na ospę. Rozpoczyna się pandemonium – ostatnie panowanie w dziejach Rzeczypospolitej.

Kitowicz nie szczędzi mu uszczypliwości, ale chwali osiągnięcia sejmu konwokacyjnego, dostrzega dzieło reformy, chwali Czartoryskich za dbanie o porządek na sejmach, ale nie może im podarować, że za czasów „najlepszego z królów”, Augusta III, robili wszystko, aby jego panowanie i rządy zohydzić. Rządy ich traktuje nieżyczliwie, lecz wspaniałomyślnie chwali. Z morderczym realizmem ocenia intencje Moskali, których od pierwszej strony pamiętników po prostu nienawidzi (genialny opis obyczajów Moskali, jedzących w jego obecności zupę z surowych śledzi). Konfederację dysydentów widzi podobnie jak my dzisiaj postrzegamy „przedsiębiorstwo Holocaust”, czyli jako wytrwałą próbę sprowokowania obywateli Rzeczypospolitej do wybuchu, co umożliwiłoby skompromitowanie ich w oczach oświeconej Europy jako ludzi ciemnych, nietolerancyjnych i rasistów. Dysydenci rozsyłają więc swoich emisariuszy po grodach, aby akt swojej konfederacji oblatować, lecz w Kaliszu dochodzi do starcia; szlachta przepędza emisariusza, rani dońskich kozaków (przydanych mu jako ochrona), następuje odwet i wzięcie w dyby Polaków; nikt nie udziela im pomocy, wybuch społeczny nie nadchodzi, Moskale martwią się, że nie znajdą pretekstu do rozbioru Rzeczypospolitej. Powiada więc Kitowicz „Trzeba zatem było wymyślić koniecznie coś takiego, co by magnatów i łepaków w interesa publiczne wplątało, wplątanych do rewolucji przywiodło i przez rewolucją, niespokojność i niebezpieczeństwo jakoby sąsiedzkim potencjom sprawującą, do uskromienia burzliwego narodu oberznięciem kraju, nadto dla republikanów wielkiego, przystąpić”. Jako, że dawna partia saska nienawidzi Ciołka, ambasador Repnin rozpuszcza wśród polskich niewiast plotkę, że umysł carycy K2 obrócił się przeciw królowi; plotkę podchwytuje natychmiast „praczka Potockich” Kossakowska i dowiaduje się o niej marszałek Miniszech, który z miejsca uderza do Repnina, Repnin namawia go do zawiązania konfederacji i nastaje najgłupszy ruch polityczny w dziejach Polski, czyli konfederacja radomska, zawiązana rzekomo w obronie wiary rzymskiej, a w istocie w obronie próżności i ambicji. W Radomiu okazuje się, że wszystko ma się odbywać pod dyktando K2: król królem być musi, obecna forma ustroju ma być jeszcze udoskonalona, ale nie w duchu dawnym, radomianie mają się połączyć z dysydentami, sejm ma być skonfederowany. Wszystko to dzieje się pod grozą armat i bagnetów, wycelowanych w ratusz, w którym obradują konfederaci, którzy wnet wszystko podpisują i – uwolnieni – skwapliwie rozjeżdżają się do domów.

Ale i to – zdaniem Kitowicza – nie pomaga, nikt w Rzeczypospolitej oręża nie podnosi. Gdy na Sejmie opór prawom dla dysydentów stawia biskup Kajetan Sołtyk, Repnin posuwa się więc jeszcze dalej w swej zuchwałości, porywa Sołtyka i panów Rzewuskich i wywozi ich wgłąb państwa moskiewskiego. Wybucha na to konfederacja barska, którą jako uczestnik, opisuje Kitowicz bardzo obszernie i ze swadą, by przejść do projektu porwania króla; był to jego zdaniem pretekst dla postronnych monarchów, aby przystąpić do rozbioru.

Części drugiej Kitowicz nigdy nie zredagował w jedną całość, stąd miejscami jeszcze bardziej przypomina ona wpisy blogerskie. I tak na przykład opis sejmu czteroletniego zaczyna od opisu zatargów między szlachtą, chłopami i wojskiem koronnym a wojskiem moskiewskim obozującym na Ukrainie z powodu wojny z Turcją. Z dziką satysfakcją stwierdza, że komendant Lubowiecki nie chciał oficerowi moskiewskiemu ustąpić kwatery, Moskal go policzkuje, za co Lubowiecki „oddał mu go tak dobrze, aż się Moskal nogami nakrył, z czego się wszczęła bitwa między żołnierzami” (zwycięska dla Polaków). Wojsko koronne odbija też wziętych „w niewolę” przez Moskali cywilów. Rozpoczynający się Sejm Wielki rozpoczyna się więc pod znakiem powszechnego oburzenia i żądzy odwetu; król miarkuje nastroje, szlachta ukrainna bez poparcia Warszawy nie chce wszczynać walki, więc Moskale podburzają przeciw niej chłopów; bunt tłumi kawaleria pułkownika Bielaka, powieszony zostaje buntujący chłopów pop, który rozgłaszał, że „wieliki kozak idet, a ten zdiałajet, że budet odna wera i odin car”.

Zrewoltowany i uniesiony patriotyzmem Sejm jednogłośnie uchwala aukcję armii do stu tysięcy i wybiera posłów do obcych monarchów. I tu zaraz pojawia się jakby zapowiedź przyszłej, unijno-wolnościowej ustawy lustracyjnej. Posłom do obcych dworów każe się publicznie przysięgać i deklarować, że „żadnych darów ani pensyj od postronnych potencji nie brał i brać nie będę” („nigdy i niczyim agentem nie byłem” – pamiętacie, prawda?). Pojawiają się zaraz głosy, że to nierealne, że przykazań i praw nie rozciąga się na przeszłość, ale na przyszłość, że może ktoś przysięgać fałszywie, lecz większość żąda składania przysięgi w wersji uchwalonej. Wszystko to trąci wielkim fałszem, pozą teatralną, lustracją „na niby”, którą Kitowicz wychwytuje bez pudła, bo przecież między delegowanymi posłami są „pensjonowani od dworów cudzoziemskich, bo jakże panowie polscy brać nie mieli pensjów, kiedy naprzód przeciw takowemu braniu wyraźnego dotąd prawa nie było, po wtóre, kiedy przed sobą mają przykład z króla, który od dworów cesarskiego, moskiewskiego i pruskiego bierze milionowe pensje”. A więc „gruba krecha” w pełnej okazałości. Państwo się reformuje, obalane są kolejne instytucje stworzone przez sejm rozbiorowy, ale w samym środku entuzjastycznego tłumu tkwi agent carycy Katarzyny, którego nie sposób usunąć, pozbyć się, zdetronizować, bo jest on ciągle gwarancją istnienia państwa i jego uznania międzynarodowego! Więc wybierają sobie kozła ofiarnego, Adama Ponińskiego, jako głównego winowajcę rozbioru, odsądzają od czci i majątku, skazują na banicję, a przecież – jak stwierdza Kitowicz – „Poniński na przeszłych sejmach nie marszałkował, a jeżeli się nie mylę, podobno i posłem nie był, a po staremu nie brakowało potencjom zagranicznym Polaków wiernych sług swoich a ojczyzny zdrajców, z których jedni już poumierali, a drudzy jeszcze żyją, pieniądze zagraniczne biorą i ojczyznę zdradzają”. Czy tylko jeden OLIN jest wśród nas?

Tymczasem Sejm powinien się skończyć po dwóch latach (w 1790), ale posłom niespieszno żegnać się z poselskimi mandatami. Uradzają więc osobliwą nowość: Sejm nowy ma obradować pod laskami marszałków starego; posłów natomiast mogą obywatele na sejmikach albo wybrać nowych, albo zostawić starych, albo starych zostawić i dołączyć do nich nowych. Pojawia się nowa nadzieja, pod Krakowem gromadzą się wojska sprzymierzonego króla pruskiego oraz armia koronna, rzekomo w celu uderzenia na Austriaków i odzyskania Galicji. Kitowicz snuje domysły, że w zamian za Galicję król pruski chciał wymusić na Rzeczypospolitej oddanie sobie Gdańska, że może cesarz Leopold chciał uderzyć na Prusy i odebrać Śląsk, ale w końcu nic z tego nie wynika, Prusacy odchodzą do domu, Polacy zostają sam na sam z Austriakami i nawet chcą się bić, ale Austriacy usilnie nie dają im żadnego pretekstu, a w Sejmie odzywają się głosy, że armia niewyćwiczona, świeża, bez dostatku broni i chrzest bojowy w dal odpływa.

I tu Kitowicz mówi wprost językiem starego PiS-owca, bo odpowiadając na pytanie dlaczego Polacy tak małego są serca, powiada, że „trzeba teraz w Polakach uważać dwa narody, choć jednym językiem mówiące, ale naturą wcale od siebie różne. Jednym narodem są szlachta pomierna i uboższa, mieszczanie po małych miastach i chłopi; ci by szli na wojnę z ochota i biliby się dobrze, byle mieli dobrych wodzów(…). Drugi naród składa się z panów wielkich i majętnej szlachty. Ci wychowani po delikacku, pieszczono, w peregrynacji za granicą, tylko do tańców i podobania się fartuszkom wyedukowani, najmniejszego niebezpieczeństwa lękają się bardziej jak ognia piekielnego(…). Oni naprzód radzą z kobietami przy gotowalniach, co mają traktować w senacie, a gdy się kto odezwie między tymi Bellonami z propozycją wojny, natychmiast go przegadają wziętym powszechnie dogmatyzmem, że nie mamy jeszcze wojska utresowanego, że Leopold straszny, że Moskal straszny, że Turek słaby, że inne potencje dalekie, że porwawszy się na któregokolwiek sąsiada zginęlibyśmy od razu – i tak te panie miłościwe opanowały animusze Polaków, iż możno bez zawodu twierdzić, że ich rozumy większą połową kierują sejmowych obrad”. Aby ten opis wzmocnić sięga do satyry. „Między wielkimi panami” – oświadcza – mało jest prawdziwych Polaków z ojca; są to synowie rozmaitych cudzoziemców, metrów, tancmistrzów, fechmistrzów, langwistów, nareszcie kamerdynerów, fryzjerów, hajduków i turczynów. Wszakże niedawno żona jednego ministra koronnego urodziła Murzynka, której mąż chował na dworze swoim dorodnego Murzyna. Mąż nie mógł żony martwić za tak jawne cudzołóstwo, bo z niej panem został; ale nie chcąc szpecić białej swojej familii czarnym odrodkiem kazał go ochrzcić inakszym imieniem i oddał do szpitala dzieci podrzuconych. Wkrótce potem umarł, a pani żona wyjechała za granicę, żeby swobodniej mogła tam rodzić, choć niechcący, dzieci zdarzone białe i czarne albo pstrokate”. Skądinąd wiemy, że w społeczeństwie monogamicznym zdrada nie jest zjawiskiem rzadkim, ale przecież Kitowicz nie traktuje jej zbyt poważnie, jest ona rekwizytem satyrycznym, mającym ośmieszyć zniewieściałą elitę.

Tak więc jeśli zniewieściała elita robi rewolucję, to z biegiem czasu sprawy stają się bardziej zawikłane. Sejm chciałby powiększyć armię do stu tysięcy, ale już trzeci rok debatuje jak to zrobić. Ponieważ sprawy kraju jakby „nie chcą” iść do przodu, potrzebny jest jakiś przełom, ostateczne rozstrzygnięcie, wyzwanie, które ostatecznie zerwie nici łączące część elity z Petersburgiem, każe im dokonać wyboru. Dochodzi więc do zamachu stanu w wyniku którego uchwalona zostaje Konstytucja 3 Maja, ogłaszająca dziedziczność tronu. Tu dodam od siebie, że staje się to, czego pragnęli wszyscy niemal królowie polscy i co zawsze wróżyło kłopoty – mianowicie obalona zostaje formalna zasada wolnej elekcji. Katarzyna dostaje do ręki wyborny pretekst do wojny, wprawdzie już wcześniej obalono wszystkie narzucone przez nią instytucje, ale zasada wolnej elekcji była starsza, niż system rady nieustającej, była podstawową zasadą ustrojową jeszcze w czasach Jagiellonów. Teraz dopiero caryca raz jeszcze wystąpić może w roli obrończyni swobód szlacheckich; potrzebni są tylko malkontenci, którzy przebiorą się w teatralne kostiumy sprzed stuleci i będą imitować obrońców wolności. Na notę moskiewską Sejm odpowiada skromnie i nieomal pokornie, ale zapowiada obronę.

Wojna toczy się ze zmiennym szczęściem, ale wojska Rzeczypospolitej stale są w odwrocie; Kitowicz relacjonuje najnowsze nowiny z frontu i okazuje się, że zniesienie wszechwładności hetmanów wcale nie ułatwia dowodzenia; książę Józef wprawdzie ma komendę nad armią, ale ostateczne decyzje podejmuje król w odległej stolicy. Król zresztą imituje wolę walki, już, już ma jechać do obozu, już zbiera rekrutów, ale niewygód obozowych szczerze nie znosi, po czym przystępuje do konfederacji targowickiej. Kitowicz stwierdza, nie bez racji, że „niczego nam nie brakowało, tylko trwałego przedsięwzięcia i dobrego rozporządzenia, o co dwoje w polskich wojnach, jak dawnymi czasy, bywało trudno, tak w teraźniejszej jeszcze bardziej”. A zwolenników konstytucji porównuje z targowiczanami w sposób, nad którym trudno przejść do porządku dziennego: „konstytucja 3 maja stanęła w komplecie najmniejszym posłów; pan Szczęsny [Potocki] swoją konfederacją związał w kilka osób”.

Wpadają wojska pruskie do Rzeczypospolitej i odbierają przysięgi na wierność królowi pruskiemu, sejm grodzieński zatwierdza rozbiór, Kitowicz toczy pianę z ust, że do uwolnienia Polski trzeba „nie gadania, nie pióra i kałamarza, nie manifestów i żalów, ale cholery bohatyrskiej, szabli i harmaty”. Zjawia się więc brygadier Madaliński, podnosi rokosz przeciw Prusakom, zaczyna się insurekcja kościuszkowska, którą właściwie ocenia Kitowicz jak najgorzej, bo nie takich bohaterów oczekuje. Ostatnie zaś karty pamiętnika poświęca królowi, przebywającemu w Petersburgu, który – jak twierdzi – „umarł na ból głowy” lub „z przeziębienia” albo otruty. Pogrzeb car sprawił królowi niewątpliwie królewski, osobiście zdobiąc głowę trupa koroną i organizując ogromny kondukt żałobny, a za tę maskaradę nasza szlachta rosyjskiego zaboru zapłacić miała kontrybucję. W słowach najgorszej kpiny ocenia postać króla nasz „bloger”, a przede wszystkim ma mu za złe „chuć nieszczęsną panowania”, która go zaślepiła i przywiodła do „sromotnego końca”.

Lektura XVIII-wiecznego blogera arcyciekawa i broni się w dobie internetu znakomicie. Tak, proszę Państwa, nawet najbardziej zapracowany ksiądz rzymski ma większe możliwości obserwowania przemian obyczajów i oceniania ludzkich postaw, niźli najbardziej nawet bystry żurnalista, produkujący swoje teksty z prędkością karabinu maszynowego, a także historyk, który stara się poznać wszystkie źródła i wszystkie motywacje głównych graczy. Kitowicz co prawda przedstawia różne interpretacje wydarzeń, ale zdanie swoje zaznacza wyraźnie, daleki jest od „obiektywizmu”, a przecież jego uwagi i oceny zachowują aktualność, gdyż mają charakter ponadczasowy.

W Pamiętnikach Kitowicza historycy naliczyli ogromną liczbę zafałszowań, przeinaczeń i nieścisłości; prof. Konopczyński post factum „namawiał” nieboszczyka, aby został powieściopisarzem, ale dzielny i bystry księżulo wymykał się łatwemu szufladkowaniu. Wiemy już na pewno, że w dobie internetu czułby się jak ryba w wodzie i z pewnością wykorzystałby wszystkie walory sieci do opisywania na bieżąco wszelkich docierających do niego plotek lub widzianych osobiście wydarzeń. Zapewne nie wszystkie chciałby ujawniać, aby się nie narażać na zemstę rzekomo „pomówionych”, może prowadziłby też jakiś sekretny dziennik blogerski, przykazując ujawnić jego zawartość po swojej śmierci. Bo rzecz pewna, że z pewnością nie taiłby skali swego oburzenia na niemal wszystkie postępki ostatniego 20-lecia.

Kitowicz byłby blogerem. Prowadziłby śledztwo smoleńskie z wielką gorliwością, żądał ukarania winnych. Pomstowałby na system dwupartyjny, a przecież wspierałby pamięć prezydenta Kaczyńskiego i angażowałby się po stronie jego brata. Stale poszukiwałby jaskółek nadchodzącego pozytywnego przełomu i piętnowałby przełom pozorny, prowadzący do klęski.

A jak oceniłby Tuska i Komorowskiego? Tego jeszcze nie wiemy, choć na pewno dostrzegłby nadmierną ambicję władzy u pierwszego, a drugiemu życzyłby, aby w dziejach Polski nie był jej ostatnim prezydentem. Nie pozostaje mi nic innego, jak do życzeń tych z całą powagą się przyłączyć.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.