Ziemia dla ziemniaków

Polska dla Polaków – pod tym hasłem, wypisanym przez skinów w latach 90. jakiś dowcipniś dopisał „ziemia dla ziemniaków”, a ktoś inny: „a księżyc dla księży”. W ten sposób nacjonalistyczne hasło straciło swoją nośność na długie lata, aż do roku 2010. Ruch narodowy istniał do roku 2010 jedynie potencjalnie. Synowie robotniczych rodzin z okresu PRL-u otrzymali w spadku po Rodzicach ból i rozpacz z powodu utraty miejsc pracy, zamykania fabryk, panoszenia się obcych. Śmierć Lecha Kaczyńskiego była dla nich sygnałem do buntu. Buntu nie przeciw Rosji, nie przeciw postkomunie, ale przeciw błędnej – ich zdaniem – polityce „kaczystów”. Tak jakby czyjaś śmierć była dowodem jego winy.

(blog-n-roll.pl, 12.11.2015)

Nic dziwnego zatem, że gdy typowy „kaczysta” chce 11 listopada poczuć się jak w Polsce, to albo zostaje w domu (ja wczoraj miałem katar), albo jedzie do Krakowa, gdzie wszystko jest Polską. Z jakichś powodów małopolscy chłopi zostali uobywatelnieni lepiej, niż chłopi z Kongresówki. Kiedy rozmawiam z ludźmi z tzw. Galicji, to niezależnie od opcji politycznej lepiej odnajduję wspólny język. Odnoszę wrażenie – zapewne mylne – że więcej ludzi w Małopolsce w ogóle ma świadomość, że istnieje coś takiego jak kultura wyższa i że ona naprawdę jest wyższa, nawet jeśli nie ma z nią żadnej styczności. Sprawia to zapewne sam klimat krakowskiego rynku i okolic Krakowa (Wieliczka, Bochnia, Wadowice, szereg innych wypieszczonych i ukochanych już w latach 90. miasteczek – jakże inny widok niż np. w ledwo co odpicowanej Warce czy w Błoniu pod Warszawą). Natomiast u nas, na Mazowszu, hierarchia wartości po prostu nie istnieje. W związku z tym hasło „Polska dla Polaków” rozumiem troszkę jako „Polska dla robotników”, albo „Polska dla pracowników”. Rzesza tych ludzi ukończyła dobre studia wyższe, ale nie zmieniło to ich świadomości. Świadomość narodowa narodowców w Warszawie jest w gruncie rzeczy dosyć słaba, bo prawdziwe wykształcenie otrzymuje się od Rodziców. W gruncie rzeczy to jest ruch klasowy. Klasa robotnicza, która uważa się za „Polaków”.

Wiem, wiem, na marszu niepodległości pojawiły się też węgierskie flagi, przemawiał jakiś Szwed, dręczący Stefana Michnika i ponoć byli jacyś delegaci z Francji, i tak dalej. A więc w sumie międzynarodówka. Nacjonalistyczna. A nacjonaliści dogadują się ze sobą tylko do pewnego poziomu – to znaczy wtedy, gdy są w defensywie i potrzebują pomocy przeciw całej reszcie. Potem będą na siebie trochę warczeć. Albo w końcu doprowadzą do jakiejś kolejnej wojny światowej, na gruzach której wrócą do władzy ustroje totalitarne.

Nacjonaliści walczą zazwyczaj z lewakami oraz ze wszystkimi „niewyraźnymi” czy „homoniewiadomo”. Dla nacjonalisty taki na przykład piłsudczyk to postać bardzo „niewyraźna”, którą trzeba zbadać. Najlepiej przeprowadzić rozpoznanie walką. Postawić go w ogniu krzyżowych pytań, a gdy zacznie, po swojemu, udzielać „niewyraźnych” odpowiedzi (bo on taki trochę Polak, trochę Litwin, trochę Ukrainiec), będzie go można obśmiać i przedstawić jak obciach. Można też zestawić jego „niewyraźne” poglądy z poglądami nacjonalisty i wykazać wyższość tych ostatnich, bo wyraziste znaczy po prostu lepsze. Kocha Pierwszą Rzeczpospolitą? My, nacjonaliści też kochamy, przecież na marszu niepodległości była jednak flaga z czasów dynastii Wazów. Bo przecież realizowaliśmy misję niesienia cywilizacji łacińskiej na wschód. Teraz już jej nie niesiemy, bo zmądrzeliśmy, wiemy, że stosunek do Rosji powinien być bardziej zniuansowany…

W sumie wszystkie moje rozmowy z nacjonalistami przypominały rozmowy jarosza z mięsożercami. I w istocie tak było. Co ty nam tu pieprzysz o jarskim jedzeniu? Schabowy – to jest obiad. A do tego szklaneczka piwka, może kieliszeczek wódeczki, a w lepszym domu – lampka wina. Mocne wrażenia. Ale ja wolę poczekać. Aż wam urosną brzuchy i zapchają się wam żyły. Zobaczymy, kto wtedy dobiegnie do mety…

Podobnie jest z nacjonalistami. Nacjonalizm jest ideologią pozornie łatwą, prostą, opartą na plemienności. Tyle, że naród nie jest plemieniem. Nie jest też klasą robotniczą. Prawdziwy naród to naród polityczny, obywatele. Ludzie, którzy z wyboru są Polakami. A to nie jest łatwy wybór. Szczególnie, gdy ktoś na przykład nie jest katolikiem, tylko prawosławnym albo protestantem. Albo żydem czy muzułmaninem. Albo gdy ktoś jest unitą i jak ów bazylianin w Połocku ośmieli się odezwać do cara Piotra nieostrożnym słówkiem, za co zostaje przez cara na miejscu okrutnie zamordowany. Albo gdy ktoś rzuca przyjaciół, rodzinę, pozycję społeczną wypracowaną od pokoleń i emigruje z Moskowii do Rzeczypospolitej goły i wesoły. Taka przykładowo rodzina Sołtykowów, znana później jako rodzina Sołtyków. Tak, tak, biskup krakowski Kajetan Sołtyk był rodowitym Moskwicinem, a przecież był Polakiem.

Nie jest Polakiem, ale chciałby pójść w Marszu Niepodległości

Taki tytuł dała internetowa wersja wiewiórczej. Pewnie prowokacja? Niestety nie, bo zrobił to mój Przyjaciel i wiem, że nie zrobił tego ze złej woli. A wiewiórcza oczywiście wykorzystała to po swojemu, do szerzenia swojej, obłudnej propagandy kolorowej, pedalskiej „wolności”. Kto chce, niech przeczyta. Linku nie podaję, bo nie wypada. A klasa robotnicza, nazywająca się „narodem polskim” niech to sobie po prostu przemyśli.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.