Z tarczą albo na tarczy

Sarmacki Obszar Wolności za wikipediąUkraina… marzenie przeszłości i wielki zawód polskiej historii. Najpierw nieszczęsne powstanie Chmielnickiego, potem walki o Lwów po I wojnie światowej, wreszcie katastrofalne ludobójstwo na Wołyniu. Ciąg nieporozumień, masowa, wzajemna nieufność i… nieliczne grupki marzycieli, którzy próbują na nowo skleić starodawne, sarmackie mocarstwo.

Marzenia te można określić jako w pewnym sensie realne i w pewnym sensie nierealne. Realne są one w tym znaczeniu, że właściwie nie mamy innej drogi do mocarstwowości. Nam Polakom i im, Ukraińcom (szerzej: Rusinom w dorzeczu Dniepru), czegoś brakuje do tego, aby samodzielnie stworzyć imperium. Łącząc siły mamy szanse zdecydowanie większe. Tworzymy co prawda międzycywilizacyjną hybrydę, ale hybryda ta co najmniej raz w historii pokazała swoje kły barbarzyńcom ze wschodu i zachodu. A przecież o nic innego nie chodzi, jak tylko o wzajemne gwarancje bezpieczeństwa. Nierealność naszych marzeń wyrasta z ponurej realności. Barbarzyńcy ze wschodu i zachodu robią wszelkie wysiłki, aby taka hybryda realnie nigdy nie powstała. Wystarczy spojrzeć na mapy historyczne Europy wieków XV-XVI, aby zrozumieć, że jedność Sarmackiego Obszaru Wolności automatycznie nieomal oznacza stopniowe rozdrobnienie Cesarstwa Rzymskiego narodu niemieckiego. Oznacza dlań wewnętrzne wojny religijne. Oznacza wzrost potęgi Turcji. Natomiast na obszarze mongolskim wyrasta co prawda agresywna tyrania moskiewska, ale jej wpływy ciągle są równoważone przez Chanat Krymski.

Konieczność powołania środkowoeuropejskiego mocarstwa będzie jeszcze bardziej oczywista, gdy uświadomimy sobie, że Polska pierwszych Piastów nie była zdolna do utrzymania swojej suwerenności. Początkowo Piastowie tego nie rozumieli, ale wkrótce musieli ustąpić pod naporem niemczyzny. Ruś Kijowska padła natomiast w wyniku najazdu mongolskiego. Papiestwo, które niczym Ameryka z dalekich przestworzy udzielało Polsce cywilizacyjnej pomocy, nie było w stanie uchronić Polski przed popadnięciem w stan rozkładu po klęsce pod Legnicą.

Pomyślmy więc o tym, jak mogłoby wyglądać to odrodzone, sarmackie mocarstwo.

Wariant pierwszy: Ukraińcy „niewolą” Polaków

W tej chwili i w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat Ukraińcy mogą zainicjować jego powstanie, ponieważ najbardziej go w tej chwili potrzebują. Ze strony polskiej nie ma jednak dostatecznie silnej odpowiedzi pozytywnej, gdyż społeczeństwo polskie naładowane jest złymi wspomnieniami o banderowcach i – jednocześnie (lemingi) – skutecznie sterroryzowane katastrofą smoleńską. Na bazie tych dwóch emocji u obu „narodów polskich” (moherów i lemingów) barbarzyńcy ze wschodu paraliżują naszą wolę działania. Jeżeli w ciągu najbliższych kilku lat Polska nie odpowie na ofertę Ukrainy, Ukraina stanie w obliczu konieczności wywarcia na Polskę nacisku graniczącego z przymusem. Na razie takich możliwości Ukraina nie posiada, ale niewykluczone, że Amerykanie dostarczą jej w tym celu niezbędnych środków. Wyobraźmy sobie Bula, który w dramatycznym wystąpieniu telewizyjnym jako obrońca „polskiej racji stanu” przeciwstawia się „złym nacjonalistom z Ukrainy”, którzy próbują zmusić Polskę do zawarcia sojuszu, względnie do utworzenia wspólnego rynku i otwarcia gospodarki dla ukraińskich oligarchów. Bul będzie z pewnością apelował do naszego patriotyzmu i zapewne otrzyma wsparcie z Moskwy, nawet jeśli będzie ona poważnie osłabiona. Zostaniemy w ten sposób wepchnięci w typowy dla polsko-ukraińskich relacji konflikt emocjonalny, w którym świadomość dziejowej konieczności takiego sojuszu będzie walczyła z trudnym do przezwyciężenia odruchem niechęci i nienawiści.

Wariant drugi: Polacy „niewolą” Ukraińców

Wariant ten zgłosił jakiś czas temu Jan Bogatko. Chodzi o to, że naciskana przez Moskwę i okrajana z kolejnych kawałków terytorium Ukraina dostanie od Polski ofertę unii państwowej, na zasadach równorzędności lub autonomii. Jako że Polska jest członkiem NATO z jakimiś tam gwarancjami bezpieczeństwa, Ukraina automatycznie stanie się członkiem (czy raczej pod-członkiem) NATO. Tu oczywiście nasuwa się wątpliwość, czy kraje NATO rozciągną owe wątpliwe gwarancje na „nowe terytorium” Polski. Gdyby Ukraina została – formalnie rzecz biorąc – „wchłonięta” do Polski, to pewnie nie byłoby przeszkód z prawnego punktu widzenia. Gdyby jednak powstała unia równorzędna, to wówczas Ukraina musiałaby zapewne osobno negocjować swoje członkostwo w NATO. A ponieważ nie wierzę w to, aby Ukraińcy zechcieli tak łatwo się Polsce podporządkować, więc wariant wydaje mi się mało realny i prawdopodobnie zostałby wyciągnięty jak królik z kapelusza dopiero wtedy, gdy moskiewska armia byłaby gdzieś nad Zbruczem. O, wtedy niewątpliwie społeczeństwo polskie przyklasnęłoby temu pomysłowi, ale nie wiem, czy Ukraińcy tak łatwo stali by się lojalnymi obywatelami naszego kraju… Byłoby to zresztą zrealizowanie moskiewskiego scenariusza: Polska bierze Lwów, Moskwa bierze resztę. Obawiałbym się w takim razie powtórki rzezi na Wołyniu w jakiejś nowej, jeszcze gorszej odsłonie.

Wariant trzeci (najlepszy): sojusz obywatelski

Ujmując rzecz najkrócej: oba kraje uznają nawzajem obywateli drugiego kraju jako swoich własnych. Ukraińcy mogą głosować w Polsce, Polacy mogą głosować na Ukrainie. Formalnie rzecz biorąc oba kraje pozostają z osobnymi rządami, systemami prawnymi, instytucjami, ale dzięki tej „wymianie obywateli” stopniowo powstaje naturalny sojusz i stopniowo powstają jego instytucje. Stolicą sojuszu obywatelskiego staje się w sposób naturalny Lwów lub któreś z sąsiednich miast na Ukrainie. W tym tyglu dochodzi do rutenizacji polszczyzny i spolszczenia języka ukraińskiego. Oba te języki są zresztą sobie tak bliskie, że przychodzi to w sposób zupełnie naturalny. Za kilkaset lat powstanie nowy język, zwany nie bez kozery językiem sarmackim. Bez żadnych odrębnych umów i negocjacji międzyrządowych powstaje to wszystko, co niezbędne dla wspólnej koegzystencji. W chwilach zagrożenia Polski, Polacy mogą łatwo wymusić na rządzie Ukrainy udzielenie pomocy (są przecież jej obywatelami). I na odwrót: zagrożona Ukraina może być pewna, że rząd polski pośpieszy jej na pomoc, bo w przeciwnym razie trudno by mu było zachować stabilność.

W przyszłości sojusz może przechodzić różne kryzysy i nawet kilkudziesięcioletnie okresy zerwania, a może i wojny. Pozostanie jednak pamięć o korzyściach z niego płynących i rosnący sentyment. Obywatele będą wymuszać na rządach powrót do sojuszu. Wkrótce też wokół sojuszu będą orbitować inne kraje Europy Środkowej: Litwa jako pierwsza zrozumie korzyści z niego płynące. Gdy przystąpi do niego także Estonia i Łotwa, przyjdzie czas i na Białoruś. Związki z krajami południa będą luźniejsze, ale wkrótce do sojuszu przystąpi Słowacja i Węgry. Rumunia będzie się czas jakiś opierać, ale wobec wzrostu wpływów tureckich, również zdecyduje się na związek ze Lwowem. Miasto to rozrośnie się i będzie przeżywało kilkusetletni okres swojego rozkwitu.

W tym samym czasie na Zachodzie i w Moskowii wzrosną tendencje rozkładowe. Rosnąć będzie natomiast potęga Chin, które będą wspólnie z Sojuszem trzymać obszar stepowy w ryzach. Nieprzypadkowo przecież szczyt potęgi dynastii Ming przypadł na czas, gdy Jagiełło był władcą Sarmackiego Obszaru Wolności.

Ale się rozmarzyłem, co? Realnie nie realne. Ale jeśli nierealne, to biada nam. Wrócimy nie z tarczą, ale na tarczy. I kolejnej szansy już nie będzie.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.