Wiwat maj, Trzeci Maj!

biało czerwona i żółto niebieska

Życie w regionie instytucjonalnej niestabilności i ciągłych kryzysów.

 

Na Ukrainie żałoba i wielka radość, a dla Rosji i dobrych wujków z Zachodu pauza strategiczna przed kolejnym starciem cywilizacji. Marszałek ukraińskiej konfederacji Oleksandr Turczynow stwierdził dzisiaj w parlamencie: „centrum władzy jest tutaj”. Człowiek ten przyjął na siebie taką rolę, że albo jest najlepszym przyjacielem Kremla, albo od dziś jego wrogiem nr 1. Może się o tym kiedyś dowiemy, gdy powstanie ukraiński IPN i udostępnione zostaną niedopalone akta ukraińskiej bezpieki (do lustracji nawołują teraz na Majdanie). Ale dzisiaj wierzę, że Turczynow jest przywódcą narodu i mam nadzieję, że historia to potwierdzi.

 

Faktem jest, że atmosfera w ukraińskim parlamencie przypominała dziś tę atmosferę, która nastała w Polsce z początkiem października 1788 roku, kiedy to pierwszy od śmierci Augusta III Wolny Sejm Rzeczypospolitej rozpoczął swoje obrady. Gdy to się zaczynało, Rosja zajęta była wojną z Turcją i Rzeczpospolita miała chwilę oddechu. A Ukraina tego oddechu w listopadzie zeszłego roku nie miała i mimo to zdecydowała się na walkę. Bo jeśli nawet igrzyska w Soczi potraktować jako „drugi front” Putina, to przecież Rosja i tak dysponuje mocami intelektualnymi aby zająć się także Ukrainą. Tym bardziej podziwiam Ukraińców. Chwała Bohaterom!

 

Korzystając z wspomnianej na wstępie pauzy strategicznej możemy na chwilę ostudzić emocje i zastanowić się nad kluczowym problemem historii Intermarium:

 

jak żyć w realiach instytucjonalnej niestabilności?

 

Nasi sąsiedzi, nasi „wielcy sąsiedzi” przećwiczyli w szczegółach i przetestowali przez trzysta z górą lat zarządzanie krajami Międzymorza. Polega ono w największym skrócie na wywoływaniu cyklicznych kryzysów, które prowadzą do instytucjonalnej niestabilności. Aż do momentu, gdy uda się wsadzić na kluczowe stanowisko króla, premiera lub prezydenta bezwolną kukłę, której jedyną zasługą jest to, że stabilizuje instytucje zniewolonego kraju. Jak więc żyć w realiach, które polegają na tym, że im bardziej chcemy się wyzwolić, tym bardziej wpadamy w niewolę? Próbując odzyskać Niepodległość najłatwiej ją utracić – taki paradoks, który „sprzedaję” wszystkim przyjaciołom i powoli jeden po drugim wszyscy przyznają mi rację… Sęk w tym, że nie próbując odzyskać Niepodległości też wpadamy w niewolę, tyle, że agonia trwa dłużej, a tortura jest rozłożona w czasie.

 

Nasi Wielcy Przodkowie przećwiczyli ten sam trudny problem w warunkach niezbyt sympatycznego, tak zwanego „wczesnego średniowiecza”. Były to czasy, gdy prezydenci nie tyle ginęli w wypadkach lotniczych, ile raczej nie mogli być pewni, czy wrócą żywi ze szczytów międzypaństwowych. Jak choćby sławnej pamięci Bolesław Chrobry. Ten książę napadnięty w Merseburgu przez nasłanych przez „cara” Henryka II zbirów ledwie uszedł z życiem i tak zaczęła się wieloletnia wojna, która dla ówczesnej Polski skończyła się geopolityczną katastrofą. Europejski projekt Ottona III popadł w zapomnienie, a w ruinach polskich kościołów zamieszkały dzikie zwierzęta.

 

Wieczyste bezkrólewie

 

Fakt faktem, że dopiero niemiecka ekspedycja przywróciła na tron Polski dynastię Piastów w osobie Kazimierza Odnowiciela. Po Bolesławie Śmiałym przez ponad dwieście lat trwało w Polsce „wieczyste bezkrólewie”. Istniało Królestwo Polskie, ale nie było króla. I prawdę mówiąc nikt go specjalnie nie pragnął. Zdawano sobie sprawę z rozlicznych kłopotów, jakie mogłaby wywołać koronacja – prawie pewna wojna z Niemcami, niechęć Rusi, zazdrość Czechów. Jednym słowem: instytucjonalna niestabilność w pełnej krasie. Podnieść się do walki – to znaczy zaryzykować wojnę z całym światem.

 

Ale z jakichś powodów nasi przodkowie nauczyli się żyć w tym stanie i radzili sobie nie najgorzej. Po pierwsze Niemcy to jednak nie to samo co Mongołowie, więc było nam trochę łatwiej, niż Rusinom. Nade wszystko zachowano ideę wspólnego Królestwa, które miało się zrosnąć niczym pocięte przez Bolesława Śmiałego szczątki Świętego Stanisława. Kolejny postęp, to idea Korony Królestwa Polskiego – niematerialne wyobrażenie Państwa Polskiego, Rzeczypospolitej. Potem odsunięcie od władzy zdegenerowanej dynastii Piastów i pozbycie się niepotrzebnego balastu ziem zachodnich, czyli „Starego Królestwa” na rzecz Nowego Królestwa – okrojonego, ale zjednoczonego. Następnie faktyczne przejęcie władzy przez naród w drodze wyćwiczonych i dobrze przygotowanych konfederacji.

 

Żyjąc w warunkach tej niestabilności nasi przodkowie przećwiczyli ideologicznie i praktycznie egzystowanie w warunkach organizacyjnego chaosu i braku biurokratycznej administracji. Zjazdy rycerstwa odbywały się w wielu krajach Europy, ale u nas okazały się jedynym gwarantem stabilności państwa. Gdy zaś w czasach Jagiełły się okazało, że metoda jest skuteczna – stosowano ją coraz częściej, aż pojawiły się znane nam z narodowej mitologii Sejmy. Pierwsze z nich odbywały się już za czasów Kazimierza Jagiellończyka – a więc wcześniej, niż sądzono jeszcze do niedawna. Cele tych zjazdów były początkowo dość ograniczone: zjeżdżano się po to, aby uzyskać sprawiedliwość przed królewskim sądem odwoławczym i potargować się z królem o podatki, uzyskując stopniowo różne ustępstwa. Zjazdy te odbywały się coraz częściej, a główną ich zasadą była zgoda reprezentantów wszystkich ziem. A do zgody dochodzono w drodze żmudnych i nieraz wieloletnich negocjacji…

 

Tak wyglądały instytucje państwa, którego obywatele się nauczyli, że próba budowania biurokratycznej administracji jest w warunkach instytucjonalnej niestabilności skazana na niepowodzenie. Sąsiedzi najbardziej się bowiem nas boją, gdy rządy u nas przejmują dyktatorzy. Dyktat narodu wydaje się im mniej groźny – przecież takim Sejmem można na różne sposoby manipulować, rozbijać zgodę, podsycać niesnaski… Niby racja, ale jakoś tak dziwnie się stało, że gdy Sejm Polski zjednoczył Koronę, Mazowsze, Prusy Królewskie i Litwę, w Niemczech walczyły o władzę coraz mniejsze i coraz bardziej rozdrobnione księstewka i miasta, a rzeki spławne – rdzeń pacierzowy ówczesnej gospodarki – poprzedzielane były komorami celnymi, co czyniło handel rzeczny nieopłacalnym! U nas tego nie było; Wisła była dla wszystkich, cło płacił ten, kto tego naprawdę bardzo chciał – to był Wolny Kraj. I co najlepsze co roku dawni Polacy „ćwiczyli” na Sejmach wpadanie w instytucjonalną niestabilność i o dziwo ciągle odkrywali to samo: że bez kompromisu i zgody sława Królestwa Polskiego nie utrzyma się nawet roku. Że każda próba „wzmocnienia” władzy oznaczać będzie niezgodę wewnętrzną i interwencję obcych.

 

Coroczny „shutdown”

 

Sejm jako poligon instytucjonalnej niestabilności? Tak! Amerykanie co kilkanaście lat ćwiczą swój słynny „shutdown” – a więc odmowę uchwalenia budżetu przez Kongres. My taki „shutdown” mieliśmy co roku, z tą różnicą, że u nas stały budżet to może i był, ale na papierze i w praktyce starczał na utrzymanie dworu królewskiego, królowej, kilku dyplomatów i trzech-czterech tysięcy armii kwarcianej („armia” – to brzmi dumnie). Ustrój taki miał swoje dobrze nam znane wady, ale miał też i pewne niezaprzeczalne zalety. Porównując z taką na przykład Moskwą widać wyraźnie, że tam zmiana władzy przebiega w sposób niezwykle bolesny, zarówno dla elit, jak i dla ludu. Pod rządami carów kraj żyje w atmosferze cmentarnego spokoju, który ujście złych emocji znajduje wyłącznie w urządzaniu najazdów na kraje ościenne. Rzecz w tym, że wojskami moskiewskimi często dowodzili może i zdolni wodzowie, ale armia niewolników nie zawsze się sprawdza w starciu z inteligentną armią obywatelską. A każda klęska jest dla totalitarnego reżimu zagrożeniem totalną niestabilnością. Szczególnie gdy do rządów dorwie się jakiś Iwan Groźny i doprowadzi swój kraj na krawędź rozpaczy. Inaczej mówiąc, coroczne „ćwiczenie kryzysu”, jakie odbywało się na polskich Sejmach było swoistą szczepionką i uodparniało kraj na wypadek rzeczywistego kryzysu.

 

Każdy może spytać: skoro było tak dobrze, to dlaczego skończyło się tak źle? I co z tym cholernym liberum veto, które w powszechnym mniemaniu było odwrotną stroną zasady jednomyślności?

 

Rozdziobią nas kruczki prawne

 

No to przyjrzyjmy się wydarzeniom dzisiejszego dnia na Ukrainie. Ukraiński parlament konstytucyjna większością głosów przegłosował odsunięcie od władzy Wiktora Janukowycza. Prawda to czy fałsz? Prawda. Co na to Janukowycz? No, tego, tamtego, decyzja podjęta z naruszeniem procedury, i takie tam trele-morele. A więc prawnicze kruczkarstwo. To właśnie było to, co zabiło naszą kochaną Rzeczpospolitą. Już w latach 30-40 XVII wieku pojawiło się dążenie do ścisłego przestrzegania prawa proceduralnego. Zrazu nie znajdowało ono wielkiego posłuchu, bo rozsądek i miłość Ojczyzny ciągle jeszcze górowały. Kluczowy przepis proceduralny stanowił o tym, że Sejm nie może trwać dłużej, niż sześć tygodni. Gdy zaś pojawiała się potrzeba przedłużenia obrad, pytano po kolei wszystkie województwa o zgodę i na ogół ją uzyskiwano – choć było to systematyczne łamanie prawa! Jak to w praktyce wyglądało? Ano posłuchajmy słów znanego pamiętnikarza Albrychta Stanisława Radziwiłła:

 

„…nadszedł wieczór i długo dysputowano o prolongacie [przedłużeniu] sejmu, czego jedni wcale nie chcieli, inni godzili się na dzień następny, pozostali zasłaniając się uroczystościami niedzieli palmowej [29 III] naznaczali poniedziałek [30 III]. Litwa protestowała, że jeśli nie powrócą jutro, to posłowie nie pozostaną dłużej nawet godziny. Tak się też stało, że wszyscy postanowili stawić się po obiedzie”

 

Jak widzimy, kryzysowa sytuacja w roku 1643 została chwilowo rozwiązana na skutek szantażu. Niestety nikt nie lubi być szantażowany. Następnego dnia posłowie

 

„…Przybyli koło drugiej godziny po południu, choć nie wszyscy i niejeden z nich nie mógł się pochwalić zupełną trzeźwością. Rzecz zaraz od początku źle postępowała, bo Kazimierski szorstką replikę rzucił w twarz prymasowi za jedno słówko o koziej wełnie. Gdy starosta sochaczewski Oborski proponował, by tak uroczysty dzień uszanować i przenieść obrady na następny, biskup krakowski niezbyt fortunnie, w gwałtownym uniesieniu rzucił, że jako laikowi raczej wypada mu zostawić ten skrupuł duchownym, którym leży na sercu, by sprawy Rzeczypospolitej były dzisiaj rozpatrywane. Dał tym okazję do najgłębszej obrazy, bowiem i starosta, i inni porwali się i przygotowywali się do tłumnego wyjścia”.

 

Jak widać, nadmierny pośpiech i zwyczajne chamstwo biskupa doprowadziło do jawnego już kryzysu parlamentarnego. Przy okazji warto zwrócić uwagę na to, że nie wszyscy posłowie byli obecni – część pewnie jeszcze leczyła kaca. Zobaczmy jednak jak rozwiązano tę sytuację:

 

„nadbiegli senatorowie, marszałek wołał, by zamknięto drzwi. Ja z podkanclerzym litewskim zatrzymałem pisarza płockiego wbrew jego woli, inni pozostałych. Tumult trwał godzinę, wreszcie burza się uspokoiła; powiedzieliśmy, że chcemy przedstawić pewne rzeczy, resztę zachowując na dzień następny, ponieważ sejm nie może się nigdy kończyć w niedzielę. I tak wzięliśmy ich podstępem. Usłyszawszy to, wielu nietrzeźwych odeszło, jedni, by się przespać, reszta, by nie poniechać przygotowanych uczt. Ubyło trzydziestu ośmiu posłów. Tymczasem my dalej działaliśmy, a przyniesionymi dla pozostałych posłów i dla senatorów kielichami znakomicie zagrzaliśmy głowy. Jednym słowem, wszystko zostało uchwalone i o czwartej godzinie po północy przyszliśmy do spoczywającego króla, gratulując sobie szczęśliwego zakończenia sejmu”.

 

Można patrzeć na tę wyjątkową sytuację jak na rozpaczliwą próbę zażegnania katastrofy i „typowy” objaw „polskiej anarchii”. No cóż, pewnie w hitlerowskim Reichstagu panował większy porządek i szacunek dla autorytetu… A tak serio: faktem jest, że senatorowie naprawili tylko popełnione przez siebie i Litwinów błędy taktyczne. Pierwszy błąd: nadmierne trzymanie się procedury i dążenie do jak najszybszego zakończenia sejmu zgodnie z prawem. Tego typu postępowanie tylko rozdrażnia nasz Naród i dobrze o tym wiemy. Grzeczność i etykieta to cechy ludzi kulturalnych. Drugi błąd: niezrozumienie dla zmęczenia tych, którzy po prostu chcieli sobie dobrze zjeść, napić się i trochę odetchnąć (posłowie zazwyczaj nie robili przerw na posiłki i obradowali bez przerwy od rana do wieczora!). Obrady można było przesunąć o jeden dzień, ale Litwinom się dziwnie śpieszyło. Tylko cham się śpieszy. I trzeci błąd: wdawanie się w sprzeczki z podchmielonymi głowami tych, którzy próbowali z jednej strony świętować Niedzielę Palmową, a z drugiej strony wypełnić swój obywatelski obowiązek. Tym razem skończyło się nieźle, bo posłowie, którzy poszli spać nie wnieśli protestu przeciw podjętym uchwałom i byli mocno zawstydzeni swoim stanem.

 

Niestety w latach pięćdziesiątych doszło do fatalnego precedensu. Podczas Sejmu w 1652 roku jeden z posłów, Władysław Siciński, niezbyt głośno zgłosił protest przeciw przedłużeniu obrad i cichutko jak myszka wyjechał z Warszawy. A co zrobili nasi politycy? Zamiast zignorować dezertera, uznali, że nie mogą podjąć decyzji wobec nieobecności jednego posła. No bo, panie, tego, procedura, prawo i takie tam. Podczas gdy właśnie na ówczesnej Ukrainie odradzało się wtedy powstanie Chmielnickiego, a armia koronna zmierzała w stronę katastrofalnej klęski pod Batohem.

 

Tak Proszę Państwa, to nie „polska anarchia”, ale fałszywe zamiłowanie do prawa i procedury zniszczyło nam Polskę. Ukraińcy to zrozumieli – pytanie na jak długo. I czy nie ugną się przed presją wielkich tego świata, którzy tak bardzo są przywiązani właśnie do prawa i jego niedobrej macochy – procedury? Jeśli więc zbierzemy się kiedyś na jakimsi polskim majdanie i nagle staniemy oko w oko z prawem proceduralnym i jego idiotyzmami, przypomnijmy sobie słowa wielkiego polskiego prymasa Stanisława Karnkowskiego: „jedno w cale [całości] tylko zgoda nas zachowa”. Nie procedura.

 

Byle do wiosny!

 

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.