Ulica Zoologicznych Antykomunistów 2

Na Ulicy Zoologicznych Antykomunistów pod numerem 2 stoi pewien stary dom, zbudowany za czasów, gdy w Ameryce południowcy ogłosili secesję. Jak i sama ulica, tak i dom był częścią starej dzielnicy Paryżewa Mazowieckiego. Jednak w tamtych czasach była ona zaledwie przedmieściem, a sam dom stał początkowo niemal w szczerym polu, sąsiadując z chałupami krytymi strzechą. Po wojnie z Septentrionami przyszła pora na rozbudowę Paryżewa. Grunty rolne wykupiono, a sam dom zapewne by zburzono lub nadano mu modernistyczną formę architektoniczną, gdyby na przeszkodzie nie stanęła pewna interesująca okoliczność. Otóż w domu tym mieszkała nikomu nieznana przyjaciółka jakiejś „księżnej Strumiłło”, do której podczas swojej wizyty w Sarmacji chadzał młody Charles de Gaulle – wówczas oficer łącznikowy przy armii sarmackiej, walczącej zwycięsko z Septentrionami.

O istnieniu tej pani dowiedziałem się jako młodzik, z zapałem studiujący żywoty wielkich mężów oraz ich miłosne podboje, których niejednemu szczerze zazdrościłem. Ale nigdy nie myślałem o de Gaulle’u jako o wielkim kobieciarzu, a tym bardziej się zdziwiłem, gdy usłyszałem o sprawie od kolegi-konserwatysty, który ciągle podejrzewał mnie o lewackie sympatie. „A wiesz” – powiedział, patrząc na mnie chytrze – „że ten twój ukochany de Gaulle miał u nas kochankę?”. Odparłem, że pewnie chodziło o jakąś rzekomą księżnę Strumiłło, ale że to były bardzo niejasne plotki, bez których tak zwane salony nie miałyby odpowiedniej strawy intelektualnej. „Otóż nie” – podkreślił dobitnie – „de Gaulle poznał u pani Strumiłło pewną czarującą Litwinkę i chętnie ją odwiedzał. A co najlepsze…” – zawiesił głos dramatycznie – „…a co najlepsze ta kochanka żyje do tej pory”.

Było to na tyle dawno, że z pewnym trudem przychodzi mi odtwarzanie szczegółów. Miałem zresztą wrażenie, że mój przyjaciel zaciągnął mnie w świat swoich baśni, które pisywał z upodobaniem podczas słuchania wykładów biblijnych profesor Anny Świderkówny. Ponieważ nie mieliśmy pojęcia, gdzie znajduje się ulica Zoologicznych Antykomunistów, zakupiliśmy przewodnik po Paryżewie angielskiego polityka Charlesa Williamsa*. Niestety przewodnik napisany był wyjątkowo źle i całe trzy godziny strawiliśmy na błądzeniu po niebezpiecznych zaułkach ulicy Winstona Churchilla i alei Roosevelta, gdzie gromadki wyrostków zabawiały się hazardem i paleniem szlugów. Początkowo mieliśmy dotrzeć na miejsce rano, ale udało się nam to dopiero około jedenastej przed południem.

Gdy znaleźlismy się na Ulicy Zoologicznych Antykomunistów, oczarowała mnie ona swoim niespotykanym pięknem i prostotą. W gruncie rzeczy była to aleja, obsadzona kwitnącymi w czerwcu akacjami. Szliśmy ulicą w pełnym słońcu, rozkoszując się zapachem kwiatów i brzęczeniem pszczół, wirujących bez końca w koronach drzew. Na samej ulicy domów było kilkaset. Ponieważ szliśmy w stronę rzeki, zaczęliśmy od numerów najwyższych i podziwialismy domostwa wybudowane za naszych czasów. Oto numer 276 – i nad drzwiami pięknego budynku uśmiechał się do nas niczym opiekuńczy duch sam Antoni Heda ps. „Szary”. Był jak żywy i dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to tylko płaskorzeźba czy raczej popiersie ukryte w swego rodzaju muszli. „Popatrz, popatrz tam” – mój przyjaciel pociągnął mnie za rękaw i zwrócił uwagę na okazały budynek pod numerem 275, nad którego bramą uśmiechał się do nas łobuzersko rotmistrz Pilecki. Oszołomiony spojrzeniami tych dwóch bohaterów nie zwracałem już uwagi na Leonarda Zub-Zdanowicza, Zygmunta Szendzielarza, Ludwika Muzyczkę, Zenona Sobotę, Rafała Gan-Ganowicza, Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, Kazimierza Świtalskiego i wielu, wielu innych, którzy patronowali poszczególnym domom pod kolejnymi numerami. Gdy doszliśmy do domów zbudowanych najwcześniej, pojawiły się popiersia nie tylko Polaków, lecz także – niejako honorowo – kilku ważniaków z zagranicy. Takich na przykład jak Czang-kai-szek oraz Charles de Gaulle. Oczywiście na pierwszym miejscu pod numerem jeden spoglądał na nas pogodnie dziadek Piłsudski, ale tego dnia interesowalismy się przede wszystkim numerem dwa, to znaczy jego uczniem, Charlesem de Gaulle’m.

„To tutaj” – szepnął mój kumpel, wskazując dom pod numerem dwa – „ona tutaj mieszka”.

Nie ośmieliłbym się zapewnie przekroczyć progu tego domu, bo zamiast tradycyjnie spotykanych krasnoludów, chroniących bramę przed otarciem kołami dyliżansów, ujrzałem tam dwa spiżowe posągi w osobliwych nakryciach głowy. Pierwszym z nich był Napoleon Bonaparte, który mierzył mnie groźnym spojrzeniem, jakby chciał zapytać, czemu nie przyprowadziłem posiłków pod Waterloo, a drugim był Napoleon III ze wzrokiem tak smętnie zapatrzonym w dal, że można było tylko załkać z rozpaczy nad Francją, umęczoną wstrząsami i rewolucjami od 1789 do 1958 roku. Uspokojony nieco protekcjonalnym, lecz serdecznym wyrazem twarzy de Gaulle’a zebrałem się na odwagę i wraz z kompanem wkroczyłem w chłodny cień bramy, która o dziwo nie śmierdziała psimi sikami.

Dziedziniec był jeszcze milszy niż front budynku. Znajdował się tu prawdziwy ogród z drzewami owocowymi, a słodkie morele kusiły swoim widokiem nieodparcie. Gdy podszedłem w stronę drzewa, aby ukradkiem zerwać najniżej zwieszający się owoc, nagle ujrzałem siedzącą pod drzewem na ławeczce staruszkę, która przypatrywała mi się przenikliwie, jakby doskonale rozpoznała moje zamiary. „Dzień dobry” – wydusiłem bez przekonania, lecz staruszka nadal milcząco świdrowała mnie wzrokiem. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest głucha, ale ona powiedziała: „Proszę, niech pan zerwie. Szkoda żeby się zmarnowały. Są zupełnie dojrzałe”. Nie śmiałem odmówić jej zaproszeniu, choć wiedziałem, że jedzenie owoców z drzewa gdzieś kiedyś przyniosło komuś niejakie kłopoty. Zaledwie przełknąłem pierwszego kęsa, staruszka zaczęła mówić. Mój przyjaciel nie mówił nic i o nic nie pytał, ponieważ podobnie jak i ja zrywał kolejne owoce i pożerał je, głośno mlaskając. Ja również nie mówiłem nic, tylko jadłem, bo nie mogłem się powstrzymać. A staruszka mówiła i przez długi czas nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek skończy. Z całej jej opowieści zapamiętałem tylko tyle.

Otóż Charles de Gaulle był ostatnim normalnym Francuzem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że II wojna światowa nie wybuchła przez nadmiar nacjonalizmu, lecz przez jego brak w elitach kierowniczych Francji. Dlatego też przez całe swoje życie próbował ten specyficzny francuski nacjonalizm, a ściślej mówiąc – patriotyzm – odbudować i wzmocnić. Był konserwatystą, który rządził lewicowym państwem i uratował je przed jego własną utopią. Obserwując bardzo uważnie charakter i poczynania swego mistrza – marszałka Piłsudskiego – zorientował się, że ma do czynienia z mistrzem blefu, który dla dobra swego kraju jest zdolny przybrać maskę socjalisty, centrysty, nacjonalisty, żubra kresowego, a nawet faszysty – jeśli okoliczności tego wymagają. Na dodatek obserwując przebieg wojny z Septentrionami docenił rolę manewru podczas wojny i bodaj jako pierwszy we Francji postulował tworzenie dywizji pancernych z prawdziwego zdarzenia. Niestety czołgi francuskie zawiodły na całej linii, a szturmy, które de Gaulle (dowodzący dywizją pancerną) przypuszczał na Niemców pod Crécy i Abbeville w 1940 roku, miały znaczenie tylko moralne – pokazały, że jest w armii francuskiej generał, który ma głód walki. Zgodnie też z naukami swego mistrza – Piłsudskiego – de Gaulle do rangi cnoty podniósł niesubordynację w obronie honoru Ojczyzny. Wyjazd do Anglii i utworzenie sił Wolnej Francji było niczym innym, jak tylko zdradą legalnie działającego państwa francuskiego, z którym Churchill ciągle nie chciał całkowicie zrywać, mając nadzieję na jego neutralność w dalszej wojnie z Niemcami. Nie była to jednak zdrada Francji, bo tej de Gaulle był wierny do końca życia.

Pamiętam, że wtedy to właśnie staruszka westchnęła i powiedziała: „o, gdyby nasz kraj miał wówczas takiego przywódcę! Takiego, który nie dałby się omotać Anglikom i podkreślałby przede wszystkim wielkość własnej Ojczyzny, na przekór wszystkim przeciwnościom losu!”. Niestety sarmackim rządem na uchodźctwie zarządzał człowiek zupełnie niepodobny do de Gaulle’a, a przecież dysponujący armią bez porównania większą i bitniejszą. Być może Francja leży w bardziej bezpiecznej odległości od Syberii. A może jednak de Gaulle nie miał u Anglików żadnych osobistych długów, które musiałby spłacać… Uprzykrzał się im przy każdej okazji i nieustannie twierdził, że „Francja to wielkie mocarstwo” i to właśnie wtedy, gdy rząd Vichy czołgał się przed Hitlerem w najgłębszym uniżeniu. Nie pozwolił się wymanewrować ukochanym sojusznikom – Amerykanom i Anglikom – i na przekór kłodom rzucanym mu przez nich pod nogi, po długiej drodze przez pustynie Afryki, morza i plaże Normandii zawitał w swoim starym gabinecie w ministerstwie wojny w Paryżu 26 sierpnia 1944 roku, by następnego dnia poprowadzić wzruszającą defiladę wojsk odnowionej Francji.

Gdy Francja nie spełniła jego oczekiwań, de Gaulle odsunął się w cień. Będzie czekał w swoim Sulejówku na dogodny moment i doczeka go w wieku 67 lat. W przeciwieństwie do Piłsudskiego generał nie miał jednak oddanych sobie wiarusów i nie chciał się stać zakładnikiem armii, której od podstaw nie tworzył. Genialnie manewrując więc między partiami politycznymi, a wojskowymi z Algierii, ustawił się w roli arbitra i w 1958 roku powrócił do władzy przy powszechnym entuzjazmie Francuzów. Konstytucja napisana pod dyktando de Gaulle’a była w dużej mierze zainspirowana polską konstytucją kwietniową z 1935 roku i zapewniła Francji długie lata stabilizacji i rozkwitu. Zgodnie z ideami marszałka Piłsudskiego, de Gaulle dążył do pełnego trójpodziału władzy i odsunięcia partii od wpływu na władzę wykonawczą. Udało się to niestety tylko częściowo, a sam prezydent ostatecznie pogodził się z rolą przywódcy partii rządowej – na głębsze reformy ustrojowe nie starczyło mu już czasu.

Sentymentalne wspomnienie o de Gaulle’u nie zatarło jednak w pamięci staruszki faktu, że jej ukochany generał wydał nasz kraj na pastwę Septentrionów, uznając niesławny rząd lubelski. Taki był koszt ocalenia Francji przed totalitarną utopią. W myśl zaleceń Stalina francuscy komuniści mieli na razie gorąco popierać generała. Naturalnie w 1945 roku żądali od de Gaulle’a jednej z trzech najważniejszych tek: obrony, spraw zagranicznych lub wewnętrznych, ale generał po prostu ich wyśmiał. Niektórych z nich zresztą przekabacił, jak choćby zdolnego André Malraux, mistrza propagandy. Generałowi udało się komunistów podporządkować i ani na chwilę nie dopuścić do władzy. Aż do niesławnego maja 1968 roku, kiedy to niejaki Daniel Cohn-Bendit wywołał studencką rewoltę pod hasłem wprowadzenia koedukacyjnych akademików…

Był wieczór, gdy wyszliśmy od staruszki, poczęstowani wspaniałą kolacją i uraczeni pokazem albumów rodzinnych z fotografiami niezliczonych jej wnucząt. Pamiętam, że kolega miał do mnie pretensje, czemu nie zadawałem żadnych pytań odnośnie prywatnego życia generała. „No co ty, zwariowałeś?” – zapytałem zdumiony – „nie należę do pokolenia 1968 roku. Życie prywatne to życie prywatne, a polityka to polityka”.

Zamilkł, bo oczywiście zawstydziłem go, jako konserwatystę, który przecież o pewnych sprawach nigdy nie rozmawia.

 

Jakub Brodacki

 

*Charles Williams, Ostatni wielki Francuz. Charles de Gaulle, Warszawa 2007.

 

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.