To nie była pretensjonalna scena

Scena, w której Lech Kaczyński i inni pasażerowie prezydenckiego tupolewa witają się z czekającymi na nich cieniami Katynia. Nie było tu żadnego niepotrzebnego patosu, wszystko przebiegło naturalnie i było ciepłe.

(blog-n-roll.pl, 26.09.2017)

W ogóle film Krauzego emanuje ciepłymi emocjami, dobrymi emocjami. Dlatego zacznijmy od tego co w tym filmie jest dobre. Konwencja – plus, z pewnym zastrzeżeniem o którym na końcu. Dziennikarskie śledztwo jest tutaj konwencją naturalną. Główna bohaterka – kostyczna brzydula, niedopieszczona córuchna, wykazująca chorobliwą ambicję wybicia się za wszelką cenę w dziennikarskim półświatku telewizji TVMSAT – plus. Jej szef – zimny słoik z prowincji, który prawdopodobnie już w akademiku się nauczył, że w wielkiej Warszawie można się przebić – ale trzeba mieć twarde łokcie i zero skrupułów – plus. Chłopak głównej bohaterki – plus, plus, plus. Od razu budzi automatyczną sympatię i jest jej absolutnym przeciwieństwem: nie rzuca się, ocenia świat z dystansem, flegmą i spokojem, myśli niezależnie i wykonuje pracę, w której może zachować czyste sumienie. Lech Kaczyński – kolejna ciepła postać tego filmu – plus. Pani generałowa Błasikowa – plus. Większość scen – plus. Muzyka – plus, plus, plus. Kabina pilotów – plus. Postacie rosyjskie, lotnisko – plus. Atmosfera w stacji TVMSAT – plus. Nota bene nie wiem dlaczego, większość redakcji – ilekroć się w nich znalazłem – budziło we mnie zawsze złe emocje i starałem się unikać takich miejsc o „złej aurze”. Rozmowa z amerykańskimi dziennikarzami w Chicago oraz dziennikarz amerykański w stacji TVMSAT – plus. Mnóstwo fajnych postaci, gra aktorska niezła.

A teraz uwagi krytyczne. Na początku wydaje się, że film ma konwencję thrillera politycznego. Jednak główna bohaterka nie jest niczym zagrożona. Nie jest to Julia Roberts w „Raporcie Pelikana”, która cudem unika śmierci i jeszcze demaskuje zabójców swojego chłopaka. Raz tylko „życzliwy” ostrzega o seryjnym samobójcy, a poza tym – dziennikarka robi co chce, spotyka się z kim chce, nikt jej nie goni, nie ma pościgu, nie ma rozwiniętego wątku śledzenia itp. Może to i dobrze, bo w końcu ona jest lemingiem – niby odkrywa, że „coś tutaj nie gra”, ale nie umie sobie z tym poradzić, nie drąży tematu zbyt namiętnie. Jest w sumie przeciętniaczką, dobrze wyedukowaną, ale przeciętniaczką, która w gruncie rzeczy nie jest nikomu potrzebna, chyba, że działa „na zlecenie”. Odnosi się wrażenie, że sprawa ją po prostu przerasta. Jest jak nadęty balon, z którego spuszczono powietrze.

Nie jest to więc thriller polityczny, tylko raczej coś w rodzaju gawędy, opowieści o katastrofie smoleńskiej. Autorzy filmu stali przed trudnym zadaniem. Jak pokazać prawdę w ciągu dwóch godzin i w jakiej formie? Ale przede wszystkim – czy pokazać coś, co się spodoba tylko „naszym”, czy również coś, co przemówi do widzów spoza naszego kręgu kulturowego, wychowanków TVN-u czy Kamila Durczoka lub Moniki Olejnik. Sponsor filmu – czyli (oprócz SKOK-u) te rzesze darczyńców – zobowiązywał do pokazania filmu w konwencji gawędy o Smoleńsku, przekazania tych emocji, które towarzyszyły mi także na placu teatralnym w Warszawie, gdy żegnałem jadące w trumnie szczątki Prezydenta. W rezultacie film jest czymś pośrednim między opowieścią a filmem dokumentalnym. To zaś powoduje, że zdjęcia autentyczne zabierają sporo czasu, który mógł być poświęcony na konstruowanie filmowej intrygi.

Ta kompromisowa formuła powoduje, że akcja się nie klei, brakuje czasu na pokazanie szerszego kontekstu politycznego właśnie. Do widza docierają emocje, pojedyńcze informacje i aluzje, które są zrozumiałe wyłącznie dla stałych czytelników „Gazety Polskiej”, widzów TV Republika, czytelników portali blogerskich czy wpolityce.pl. Dla czytelników Michnika są one zapewne całkowicie nieczytelne i nie wiążą się zupełnie z niczym znajomym. Co nie znaczy, że nie ma sposobów, aby do nich przemówić…

Nietrafione są wywiady z pilotami Jaka, bo niczemu nie służą, a tworzą niepotrzebne dłużyzny.

Wypad do Chicago służy wyłącznie temu, by ojciec głównej bohaterki mógł jej wyjaśnić co to są nożyce Golicyna. Inaczej mówiąc postać ojca występuje w charakterze rekwizytu. Podobny rekwizyt – facet, który ostrzega bohaterkę przed seryjnym samobójcą.

Scena erotyczna ni przypiął ni przyłatał. Ani nie jest zrobiona ładnie, ani niczego do filmu nie wnosi. Nota bene w ostatnich scenach filmu dziennikarka stoi oparta o mur pałacu prezydenckiego jak prostytutka – czy to świadomy zabieg?

Prawda może być pokazana na różne sposoby i trzeba szukać sposobów przemawiania do ludzi, którzy z prawicowym myśleniem i światem pojęć nie mają nic wspólnego. Albo mają – ale zbyt mało, by głosować na PiS. Są jednak często zbyt cenni dla naszej niepodległości, by ich pomijać. Pamiętajmy, że na przykład Andrzej Gwiazda dość późno przekonał się do braci Kaczyńskich. Wielu innych przekonało się dopiero po 10.04.2010 r. Inni przekonali się dopiero w ostatnich wyborach. Trzeba popracować nad pozyskaniem kolejnych.

Najwyraźniej po filmie mam poczucie ostrego niedosytu. Potrzebny jest drugi film – skierowany do szerszej publiczności, bardziej zniuansowany, mniej oczywisty, pozwalający „widzom niezaangażowanym” na obserwowanie całej sprawy Smoleńska z „bezpiecznej odległości”, bez angażowania emocji od razu i „na rozkaz”. Takie emocje zazwyczaj się pojawiają po pewnym czasie, gdy po zapoznaniu się z faktami widz nieoczekiwanie zderzy się z narracją strony przeciwnej i doświadczy całej tej agresji, której byliśmy ofiarami przez długich pięć lat.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.