Targowica jest OK

Coraz większe dawki prawdy w najnowszym numerze „Uważam Rze Historia”.

Wyalienowanie elity od społeczeństwa to prawda, która w oczy kole i zarazem atrakcyjny przedmiot satyrycznych analiz. Nadęci arystokraci i ich dziwaczne upodobania, oryginalny światopogląd, połączony z zawsze ledwo skrywaną pogardą dla własnych poddanych – to cechy elity wielu zdegenerowanych kultur i narodów w dziejach ludzkości. Nie odbiegali od tego wizerunku targowiczanie, wśród których znalazłoby się przynajmniej jedną postać wybitną (Szymon Kossakowski, który przeraził carycę K2 swym brawurowym rajdem na smoleńszczyznę podczas konfederacji barskiej), przynajmniej jednego poczciwego głupca (poseł Suchorzewski, zwany początkowo „biczem na Moskali”, który dał się wciągnąć w karciane „biesiady” z obcymi dyplomatami), albo jednego zwichrowanego republikanina-patriotę (Szczęsny Potocki, który wyobrażał sobie RP jako federację magnackich królewiąt). Miłość do Ojczyzny połączona z nadmierną miłością własną to niewątpliwie droga do arcychwalebnej zdrady, okraszonej frazesami o obronie wolności narodowej przed „pełzającym puczem” tych potworów naszych czasów – Antoniego M., Jarosława K., wspomaganych przez sprzedajnego uczonego Wiesława B.

Proszę wybaczyć te aktualne wątki wplecione w szacowne dzieje Polski – ośmielił mnie do tego prof. Adam Zamoyski, który z publicystyczną swadą stwierdza w najnowszym numerze „Uważam Rze Historia” (2/2012): „dzisiejsze realia i obecna koniunktura polityczna wymagają od nas świeżego spojrzenia na ten epizod” (konfederacji targowickiej). Gdzie mi tam do wybitnych osiągnięć profesora Zamoyskiego, kawalera Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski! Jako skromny magister historii z pokorą przyjmuję tezę, że w Polsce działa jakiś „niezdrowy” i „ekskluzywny” patriotyzm, „piętnujący wszystkich, którzy nie myślą tak samo, mianem >zdrajców<. Patriotyzm zresztą autodestrukcyjny, ponieważ ludzi tylu odpycha, że ciągle kurczy się grono jego zwolenników. Atmosfera, którą tworzy, brzydzi młodzież i wypędza ludzi z Polski”. Myślę, że profesor Zamoyski ma rację; szczególnie tę obrzydliwą atmosferę czuje się w pośredniakach dla bezrobotnych, o czym zresztą sam wspomina: „Londyn, gdzie mieszkam jest pełen Polaków, którzy przyjechali tu nie tylko za chlebem i którzy ani myślą o powrocie do tak skłóconego kraju”.

Nie będę dalej rozwijał tez wybitnego profesora, aby nie odbierać chleba redaktorom „Uważam Rze Historia” i nie zmuszać ich, aby emigrowali do światowego centrum zgody i pojednania, wspomnę tylko o tym, że zdaniem tego uczonego, atmosferę w kraju „można uzdrowić tylko za pomocą dużych dawek prawdy(…), bo uczciwe badanie dawnych dziejów uczy nas zawsze zakładać, że racja istnieje po obydwu stronach i jeżeli nauczymy się uznawać, że targowiczanie nie byli żadnymi zdrajcami, to może nasi politycy przestaną się wzajemnie obrzucać tym przezwiskiem”. Popieram ten pogląd. Torysi nie powinni oskarżać wigów o zdradę, nawet jeśli ci ostatni sprzedają sowietom plany silników samolotów odrzutowych (o czym możemy zresztą przeczytać w tym samym „Uważam Rze Historia”). W końcu obie strony mają swoje racje, a wyspiarze nie powinni się przejmować jakąś tam nierównowagą na kontynencie europejskim.

Myślę, że przed brytyjskimi historykami otwiera się misja tworzenia atmosfery pojedniania, natomiast przede mną otwiera się dalsza lektura coraz większych dawek prawdy, szczególnie zaś obecnych w błyskotliwym artykule Piotra Skwiecińskiego o tym, jak to w 1612 roku zaprzepaściliśmy jedyną w swoim rodzaju szansę unii polsko-moskiewskiej, która zapewniłaby nam „zapierające dech w piersiach perspektywy”. W przeciwieństwie do profesora Zamoyskiego, mam nad Skwiecińskim tę przewagę, że jestem historykiem XVII wieku, a źródła, które on powinien był przestudiować, przeczytałem niedawno bardzo dokładnie. Interpretacja wydarzeń musi się opierać na faktach, a fakty są takie, że Moskovia panicznie bała się projektów unii z Rzecząpospolitą, gdyż po wojnie z Batorym była bardzo osłabiona i w unii tej musiałaby mieć pozycję dużo słabszą, wręcz wasalną. Wysuwane przez obie strony projekty unii były więc grą pozorów, maskującą plany obu stolic względem siebie. Aby użyć współczesnych porównań, politycy dworu krakowskiego mieli usta pełne frazesów o „pogłębionej integracji europejskiej”, a politycy moskiewscy narrację tę podtrzymywali tak długo jak się da w nadziei na to, że opóźni się nieuchronną wojnę i że uda się ją kiedyś odwrócić na drugą stronę i użyć idei integracji na swoja korzyść. W istocie rzeczy obie strony nieustannie kopały pod sobą dołki i podgryzały się na każdym kroku; jeśli sięgnąć do jakichkolwiek źródeł dyplomatycznych z tamtych czasów, to widać wyraźnie, że podczas negocjacji granicznych między oboma stronami nieustannie dochodziło do wybuchów wrogości; granica była wciąż niespokojna, nie próżnowały też wywiady i szpiedzy po obu stronach granicy.

Niestety Skwieciński nie jest pierwszą ofiarą oficjalnej propagandy dworu polskiego, ma bowiem chwalebnego poprzednika w osobie genialnego hetmana Stanisława Żółkiewskiego, który uwierzył w slogan o „jednoczącej się Europie” i w mię „jedynie słusznego euroazjatyckiego systemu wartości” na własną rękę i bez zgody króla wynegocjował tron moskiewski dla królewicza Władysława. Marzenie hetmana o imperium było dla Rzeczypospolitej niesłychanie kosztowne i przedłużyło wojnę o co najmniej kilka lat.

Ale skoro o naiwności mowa, to chcę zwrócić uwagę, że Polska i Litwa w końcu jednak weszły w unię z Państwem Moskiewskim – po kongresie wiedeńskim car był przecież królem polskim i w toku dalszej historii otworzyły się przed Polakami i Litwinami „zapierające dech w piersiach perspektywy”. Nie trzeba tworzyć wizji kontrfaktycznej, Panie Piotrze. Napisał Pan: „I tylko ta Czeczenia… Od podbicia przez Paskiewicza i Prądzyńskiego północnego Kaukazu ten kraik ciągle się burzy. Nie pomagają kolejne pacyfikacje. Krwawią kolejne rzuty doborowych oddziałów polskiego i rosyjskiego specnazu, a bomby terrorystów wybuchają w Moskwie i Krakowie”. Tak, Panie Redaktorze! „Polski specnaz”, formowany z kolejnych pokoleń konfederatów i powstańców, pacyfikował niejeden bunt „prymitywnych plemion” na obrzeżach wielkiej, rosyjskiej cywilizacji. Wspólnie realizowaliśmy doniosłą misję cywilizowania tych bezrozumnych zwierząt, nie znających nawet smaku wody ognistej, bo przecież nie ma jak Rosja drugiego takiego kraju, gdzie tak „wolno diszit czieławiek”. Bez wódki nie rozbierjosz.

Polecając czytelnikom niepoprawnych najnowszy numer „Uważam Rze Historia” pragnę raz jeszcze zapewnić i uspokoić, że żyję w kraju, którego elita próbuje oświecić własne społeczeństwo i skłonić do dalszej pogłębionej integracji i ogólnej miłości. Ponieważ jednak nowotwór „ekskluzywnego patriotyzmu” rozpełza się po całym kraju, dawki prawdy należy zwiększyć wielokrotnie.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.