Sposób na gender

Otrzymałem ostatnio alarmującego mejla z polecanym artykułem Gender – sposób na likwidację rodziny. Autor alarmuje w nim, że genderowcy stosują wypróbowane wcześniej we Francji metody. Zaczyna się od ataku na „pedofili w sutannach”, dzięki czemu wierni stają się nieufni wobec duchownych i przestają ich słuchać. Potem drzwi zostają szeroko otwarte i ideologia genderowa wkracza we wszystkie dziedziny życia, a przede wszystkim do szkół. Nie pomagają milionowe protesty i w końcu pozostaje już tylko modlitwa.

Przyznam, że przy takich tekstach mam zawsze mieszane uczucia. Pytanie zawsze brzmi: do kogo tekst jest skierowany? Jeśli do ogółu katolików w Polsce, to z pewnością skutku żadnego nie odniesie, bo Lemingrad jest bierny i pogodzony z losem. Zakładam, że jest to tekst, który ma zmobilizować opinię konserwatywną, katolicką. Ale tu z kolei pojawiają się problemy innego rodzaju.

Pole bitwy

Gender uderzył bowiem w najczulszy punkt i największą słabość konserwatywnego myślenia, jaką jest „oczywistość” posyłania dzieci do szkoły.

Jako dzieciak miałem naturalną skłonność do wszelkiego typu herezji i zachowałem ją do dzisiaj. Jeszcze na początku lat 90. jako nie-konserwatysta toczyłem ostre spory z kolegami-konserwatystami o naturze szkoły. Byłem przekonany, że polska szkoła to relikt komunizmu, pas transmisyjny tak zwanego „ukrytego programu” i potencjalne narzędzie totalitarnej indoktrynacji. Nawiasem mówiąc nie miałem też pełnego zaufania do „liberalnych pedagogów”, z którymi się w pewnym okresie zaprzyjaźniłem, bo szybko zrozumiałem, że chcą oni szkołę wykorzystać na swój sposób… Koledzy-konserwatyści niestety nie dostrzegali w szkole żadnego zagrożenia i dosłownie odnajdowali wspólny język z twardogłowymi nauczycielami-wychowankami komunizmu. Dyscyplina i musztra!

Obecnie sytuacja zmieniła się radykalnie. Wielu sprawach myliłem się, ale w tej akurat mam ponurą satysfakcję, że moja diagnoza się sprawdziła: polska szkoła to wręcz wymarzony pas transmisyjny dla wszelkiego typu perwersji, do której cywilizacja zachodnia historycznie rzecz biorąc jest nadzwyczaj skłonna. Dzieje się tak przez piekielne dziedzictwo gnostycyzmu, które przenika nasz świat w bardzo wielu dziedzinach, i które w wiekach przeszłych mogło być uważane za impuls do rozwoju nauki i techniki; dzisiaj jednak powraca jako forma świeckiej „religii” i to w swym najgorszym, bo bolszewickim, wydaniu. Ponieważ zdaniem gnostyków świat jest zły, a relacje międzyludzkie są na ogół chore i krzywdzące, należy wszystko wywrócić do góry nogami. Jeśli komuś jest za dobrze, powinien być za wszelką cenę wytrącony z dobrego samopoczucia. A wręcz idealnym miejscem do tego celu jest szkoła, która ze swej natury bywa dla dzieci opresyjna, gdyż jej podstawową metodą jest „urawniłowka” (dlatego nienawidziłem szkoły). Ci, którzy poddadzą się praniu mózgów będą „naszymi” klientami; ci którzy będą z „nami” walczyć – po prostu stracą mnóstwo czasu i nerwów. Jedni i drudzy będą po takim starciu zdeaktywowani i znużeni. A „my”? – no tak, „MY” będziemy rządzić. Nareszcie.

Kim jest przeciwnik?

Krótko i na temat: gender to pogrobowiec Związku Sowieckiego. Nie mam na to materialnych dowodów, ale wszystko na to wskazuje. Ustroje totalitarne, a zwłaszcza bolszewizm, mają gnostycyzm wpisany w swą naturę. Wszystko ma być inaczej, wszystko ma być na odwrót, wszystko trzeba poprzestawiać tak, by ludziom zamieszać w głowach. To ułatwia podbicie własnego narodu i sprawdza się też, gdy podbija się narody obce. Niestety zanim ideologia gender zebrała swe żniwo, Związek Sowiecki się rozpadł. Co za pech. Pozostała jednak Rosja.

Wyraźną poszlaką wskazującą na Rosję jako beneficjenta genderyzmu jest budowana w Rosji atrapa konserwatywnego porządku. Putin prezentuje Rosję jako kraj chrześcijański, tradycjonalistyczny i przeciwstawia ją „zgniłemu” Zachodowi. Na ten lep dali się zwabić nawet polscy biskupi (spuszczam zasłonę miłosierdzia, ale nie zapominam!). Propaganda ta silnie oddziałuje na konserwatywną publiczność w Polsce, która staje przed fałszywą alternatywą: Rosja czy Zachód?

Sama nazwa gender wskazuje wyraźnie na to, że genderyści uderzają po prostu w najczulszy punkt ludzkiego ciała. To nie szkodzi, że uderzenie to zaczyna się od intelektu (płeć jako pojęcie społeczne). W końcu seks zaczyna się w mózgu – jak mówimy dzisiaj. Eros rozumu. Krótko mówiąc, jakby nie patrzeć, od tego tematu nie ma ucieczki. Jesteśmy istotami seksualnymi.

Kolejna słabość polega na tym, że kultura orgiastyczna jest w cywilizacji zachodniej swego rodzaju „odwieczną nowością”. Pojawiała się co kilka pokoleń (renesans, oświecenie), była zwalczana, tłamszona, a potem znów się odradzała i za każdym razem wywoływała zdziwienie i oburzenie, że w ogóle coś takiego może mieć miejsce. Za każdym razem konserwatywna publiczność była w dużej mierze bezbronna i zbierała się do kontrakcji dopiero po pewnym czasie. Powód tego stanu rzeczy tkwi w ograniczaniu dostępu do informacji. Dzieci były na ogół wychowywane wstydliwie i na wiele sposobów ograniczano im dostęp do wiedzy i praktyki. Gdy więc pojawia się jakiś ruch, który głosi powszechne „wyzwolenie” energii seksualnej, to w naturalny sposób budzi on powszechne zainteresowanie i zyskuje sobie adeptów. Zwłaszcza, gdy wolność słowa (druk, massmedia) i egalitaryzm umożliwiają dostęp do wszystkiego. W demokracji masowej to takie proste!

To niestety nie koniec długiej listy słabości. Każdy, kto czytał Timajosa Platona ten dostrzeże w nim pierwociny nie tylko pogardy dla seksualności, ale i pogardy dla kobiety. Napisany lekkim językiem Timajos sprawia wrażenie intelektualnego żartu i tak też traktowali to dzieło starożytni chrześcijanie. Twierdzi się tam bowiem, że jeśli mężczyzna źle się sprawuje w życiu, to reinkarnuje się w ciele kobiety. Jeśli zaś i w ciele kobiety sprawuje się kiepsko, to w następnym życiu ląduje jako zwierz. Po prostu boki zrywać – bu cha cha cha – i tak zapewne reagowali kolesie Platona, zastanawiając się być może kto wcielił się w ciała ich żon: dziadek-pijak czy może inny stryjcio.

Jeśli mamy się trzymać żartobliwej konwencji, to z pewnych względów nie miałbym nic przeciwko temu, by odrodzić się w ciele kobiety, „poczuć jak to jest”. Niestety czytelnicy Platona nie poznali się na tym świetnym dowcipie i pokolenia mędrków zupełnie poważnie na tej podstawie wierzyły w reinkarnację. Nie mówię, że wiara w reinkarnację w ogóle nie ma sensu, ale dlaczego całą konstrukcję opierać na nieopatrznych żarcikach Platona?

W każdym razie pozycja kobiety nigdy nie była szczególnie mocna i wbrew temu co się sądzi nie wzmocniła jej wysoka pozycja Matki Boskiej w katolicyźmie. Nie chodzi mi tu o pozycję społeczną, bo ta była rozmaita – zależnie od hierarchii społecznej. Nie chodzi mi też o dostęp do edukacji, bo i tu sytuacja była bardzo zróżnicowana. Chodzi mi o podejście do seksualnej natury kobiety. Jeżeli zdaniem Platona rozwiązłość mężczyzny jest powodem, dla którego odradza się on w ciele kobiety, to kobieta staje się symbolem grzechu, istotą o naturze niższej, bo seksualnej. W dawnych czasach samotna kobieta była zjawiskiem podejrzanym lub śmiesznym; aby podwyższyć swój status mogła co najwyżej wstąpić do klasztoru. Przypomina mi się casus Zofii z domu Opalińskiej, którą bracia Opalińscy (Krzysztof i Łukasz) tak długo trzymali w domu i tak przegłodzili w oczekiwaniu na dobrą partię, że wygłodniała doznań zmysłowych panienka wykończyła w łóżku najpierw chorego na nerki hetmana Stanisława Koniecpolskiego, a potem ostatniego z rodu księcia Samuela Krzysztofa Koreckiego, któremu tuż przed ślubem otwarła się stara blizna i kilka tygodni później doprowadziła go do śmierci. Zofia nie umiała też wytrzymać dyscypliny klasztornej, bo i tej drogi próbowała z tym skutkiem, że mniszki miały jej serdecznie dosyć. Najwyraźniej w ówczesnej obyczajowości nie było dla niej miejsca.

Podaję ten przykład nie po to, aby utwierdzić żartobliwy pogląd Platona, ale by pokazać kliniczną sytuację, w której mężczyźni nie rozumieją, nie chcą zrozumieć i nie potrafią sobie poradzić z seksualną naturą kobiety; traktują ją instrumentalnie lub też próbują stłamsić. Jest to kolejna słabość tej naszej cywilizacji, skwapliwie wykorzystywana przez dzisiejszy feminizm. Oczywista rzecz, poza Polską panował o wiele większy patriarchalizm, a kobiety były bezwzględnie podporządkowane mężczyznom. A jednak trwałość patriarchatu choćby w Chinach i innych krajach wschodu wskazuje na to, że chyba lepiej rozumiano seksualną naturę kobiety i (że tak powiem) umiano znaleźć dla niej odpowiednie zastosowanie. My natomiast mamy z tym odwieczne kłopoty.

Cel genderyzmu

Cel jest prosty i zawiera się on w starym perskim przekleństwie: „oby każde twoje życzenie natychmiast się spełniało”. Bez żartów: chcesz być kobietą? OK, załatwimy ci operację i kurację hormonalną. Nie musisz czekać do następnego wcielenia; technologia zapewni ci to dzisiaj! Chcesz zawrzeć „ślub” z osobnikiem płci tej samej? Załatwimy ci ślub, może nawet w kościele… Chcesz mieć dzieci wbrew naturze? Pan doktor ci pomoże. Nawet jeśli jesteś mężczyzną, przecież surogatka zawsze się znajdzie… Masz, kobieto, niedobór uczuć rodzinnych? Nie ma problemu: zawrzyj związek poliamoryczny, będziesz miała dzięki temu dużą „rodzinę”: czterech samców do sprzątania kuchni, pokoju, kibelka i wynoszenia śmieci. Dla każdego coś miłego. A konsekwencje? No cóż, jakieś tam będą. Ale teraz nie czas myśleć o konsekwencjach, postęp jest najważniejszy. Gdyby Kopernik myślał o konsekwencjach, to pewnie słońce dalej okrążałoby ziemię, prawda?

W pewnej mądrej książce antropologicznej czytałem o tym, że w dawnych społecznościach pierwotnych tylko szamani mieli prawo zmieniać postać „na życzenie”. Mogli przebierać się w stroje zwierząt lub nawet pozornie „zmieniać” płeć kulturową. W jednym z takich plemion małżeństwo szamanów wyglądało tak, że kobieta ubierała się jak mężczyzna, a mężczyzna ubierał się jak kobieta. Taka mała zmyłka, żeby złe duchy nie wiedziały kto jest kim…

Ale zadaniem szamana jest prowadzenie różnorakich trudnych obrzędów, których celem jest między innymi leczenie ludzi, zachowywanie solidarności we wspólnocie, rozwiązywanie problemów, z którymi nie można sobie poradzić zwykłymi metodami. Natomiast genderyzm oferuje: zostań swoim własnym szamanem! Szamanizm w pigułce! Technologia sprawi, że wczoraj byłeś biznesmenem Bęgowskim, dzisiaj jesteś marszałkiem Grodzkim, a pojutrze będziesz księżniczką zaklętą w ropusze. Wszystko to po to, aby zmylić „złe duchy” obskurantyzmu, kołtuństwa i zaściankowości…

A przecież wystarczy trochę studiów nad historią, aby zrozumieć, że rola szamana jest zarezerwowana dla jednostek o szczególnych predyspozycjach charakterologicznych i psychicznych, o szczególnych uzdolnieniach i wrażliwości, która dla mas jest niedostępna. Technologia nie zastąpi naturalnego wglądu w świat duchowy! Ten wgląd jest zarezerwowany dla niektórych. Nie każdy będzie Słowackim.

Jak pokonać gender?

Muszę niestety przywołać stary taoistyczny pogląd, że ze złem nie ma sensu walczyć, należy je przetworzyć w dobro. Nie pytajcie mnie jak, bo nie ma jednej recepty. Jeśli gender uderza w najczulszy punkt naszej osobowości – czyli w płeć, to sposobów przetworzenia zła w dobro jest co najmniej tyle, ilu jest ludzi na świecie.

Myślę jednak, że skoro gender chciałby przy użyciu technologii udostępnić masom „wtajemniczenie szamańskie”, może warto poszukać tych prawdziwych szamanów i zapytać ich co z tym fantem zrobić. Wielu katolików odpowie, że mają prawdziwego szamana co niedzielę na mszy świętej. Ale nie dla każdego ksiądz jest tym prawdziwym szamanem. Mówię to za siebie, jak by kto pytał….

Rozejrzyjmy się wokół. Czy widzimy wśród swoich bliskich (także dzieci), krewnych, przyjaciół, znajomych, wśród swojego otoczenia, osoby obdarzone szczególną wrażliwością? Ilu z nas czysto śpiewa, ładnie maluje, pięknie tańczy? Ilu z nas pisze wiersze? To jest sprawa zasadnicza. Nie wszyscy artyści mają zdolności „szamańskie” i nie wszyscy są godni zaufania, ale niektórzy mogą pomóc w przejściu przez to Morze Czerwone, jakim jest zalew genderyzmu. Czasem też taką osobą jest również ksiądz. Czasem, ale nie zawsze…

Wiem, że dla wielu czytelników blog-n-rolla to są po prostu jakieś herezje. Niech i tak będzie. Ćwiczmy umysł na wszystkie możliwe sposoby. Wiele osób narzeka na relatywizm i widzi w nim główne zagrożenie. Inni psioczą na postmodernistyczną dekonstrukcję. A mi uszy puchną od tego narzekania i uświadamiam sobie, że póki w Polsce byli Żydzi, mieliśmy dostęp do intelektualnych spekulacji na wysokim poziomie, które nam były zakazane, ale które otwierały Żydom szerokie horyzonty i zapewniały im intelektualną siłę, która przejawiała się w wysokiej liczbie żydowskich wynalazców, artystów i uczonych… Trzeba ćwiczyć umysł! Bloger to ktoś więcej, niż zwykły zjadacz chleba. Ponosimy większą odpowiedzialność za stan umysłów, niż niejeden dziennikarz. Trzeba wcielać się w różne postacie i tworzyć różne scenariusze, a nie tkwić w „konserwatywnym” maraźmie pod berłem sterydowego pedała z Kremla.

Jakub Brodacki

Pierwotnie opublikowane: blog-n-roll.pl, 17.01.2014

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.