SI VIS PACEM PARA BELLUM

Ewa Stankiewicz pyta: co robić? Odpowiadam: słabości przekształcić w siłę.

Znany chiński filozof Sun-tzu podaje interesujący przykład jak łatwo pokonać wroga, jeśli się zaatakuje jego serce. Cytat ten jest tak bardzo adekwatny do katastrofy smoleńskiej, że pozwalam go sobie zacytować w całości:

„W końcu epoki Han, K’ou Hsun najechał Kao Chun’a. Ten wysłał swego stratega, Huang-fu Wena, aby pertraktował. Huang-fu Wen był nieustępliwy i zawzięty. K’ou Hsun kazał go ściąć i posłał wiadomość do Kao Chun’a: >Twój oficer sztabowy nie wykazał pokory, ściąłem go więc. Jeśli chcesz się wytłumaczyć, możesz to jeszcze uczynić. Zrób to bezzwłocznie, albo przygotuj się do obrony<. Tego samego dnia Chun otworzył bramy swego fortu i poddał się. Wszyscy dowódcy K’oun Hsuna pytali: >Jak to się stało, że zabijając jego wysłannika, doprowadziłeś do kapitulacji jego miasto?<. K’ou Hsun odpowiedział: >Huang-fu Wen był sercem i wątrobą Kao Chun’a, jego najbliższym doradcą. Jeśli zachowałbym życie Huang-fu, wszystko potoczyłoby się zgodnie z planem, ale ponieważ go zabiłem, Kao-Chun stracił zupełnie swoją pewność<„.(link, s. 21)

Jest oczywiste, że nasz przeciwnik zrozumiał ten cytat dosłownie i gdy prezydencki samolot znalazł się na jego terytorium po prostu wykorzystał okazję, aby całkowicie zniszczyć nasze morale. Zniszczył „sercę i wątrobę” naszego państwa, a w rezultacie nasz premier Kao-Chun stracił zupełnie swoją pewność. Wywiesił „białą flagę”.

Postawienie nas przed faktem, że prezydent nas opuścił, a premier jest jakby „umarły za życia” wstrząsnęło każdym z nas i dotąd nie możemy się otrząsnąć z wrażenia. Ostatnio Ewa Stankiewicz postawiła pytanie co robić, jeśli – upraszczając jej wywód – pod Smoleńskiem doszło do zamachu.

W przeciwieństwie do kokosa26 uważam, że trzeba wygrać wybory, bo zamachy stanu i rewolucje jak na razie nie są „trendy” w naszej części świata i dają natychmiast pretekst do interwencji zbrojnej. Wkroczenie Rosjan na nasze terytorium w charakterze „sił pokojowych” ONZ byłoby klęską.

A zatem wybory. Jeśli wybory zostaną ogłoszone tej jesieni, to mamy trzy problemy naraz z którymi musimy się zmierzyć, a mianowicie
1. problem lemingów, czyli grupy „pożytecznych zagubionych”, liczącej co najmniej 20-30% głosujących wyborców, którzy tylko w znikomym procencie zagłosują na PiS.
2. problem możliwych fałszerstw wyborczych, czyli niezdolność do zorganizowania skutecznej kontroli i równoległego liczenia głosów,
3. problem systematycznej presji rosyjskich służb specjalnych, co może sprawić, że każdy nasz mały sukces będzie się zamieniał w wielką porażkę.

Mamy za mało czasu, aby przekonywać lemingi i zachęcać je do większej odwagi. Z doświadczenia wiemy, że one naprawdę boją sie wojny, a my nie możemy im zagwarantować, że jej nie będzie – ot tak, na słowo honoru. Dlatego od zeszłorocznych wyborów kołacze mi po głowie myśl, że jeśli nie ma innego wyjścia, lemingi – dla ich i naszego dobra – należy po prostu…  zniechęcić do udziału w głosowaniu!

Jeśli zniechęcimy lemingi, frekwencja będzie mniejsza, a jeśli zmobilizujemy naszych wyborców – uzyskamy lepszy wynik wyborczy.

Pomyślmy teraz jakie są dopuszczalne, czyli uczciwe formy zniechęcania lemingów i zachęcania nas samych.

Pierwszą z nich jest oczywiście degrengolada Platformy Obywatelskiej, jej rozpad na dwa-trzy ugrupowania. Lemingi utracą wtedy punkty odniesienia, staną się nerwowe i popadną w traumę, przypominającą im tamtą, pamiętną traumę z lat 2005-2007, ale o wiele silniejszą i obezwładniającą. Aby rozpad Platformy ostatecznie nastąpił, trzeba ciągle walić w smoleński bęben, bez ustanku. Ten postulat przynajmniej w internecie jest już spełniony, więc z czasem koalicja matołów z gangsterami pęknie jak wrzód nabrzmiały. Oby tylko przed wyborami…

Drugi postulat zależy już w dużej mierze tylko i wyłącznie od nas samych. Myślę, że wyborców zagubionych najłatwiej zniechęcić do głosowania, jeśli będzie istniało uzasadnione i powszechne przeświadczenie, że wybory mogą zostać w sposób ordynarny sfałszowane przez grupę trzymającą władzę. Przeświadczenie takie można ukształtować dzięki szeroko zakrojonej akcji kontroli wyniku wyborczego – czyli nieudanej rok temu akcji mężów zaufania. Jeśli dobrze rozumiem umysłowość typowego leminga, to możliwość wykrycia gigantycznych machlojek wyborczych skutecznie zniechęci go do udziału w głosowaniu. Do tej pory lemingi przez palce patrzyły na możliwość fałszerstw, usprawiedliwiając to koniecznością dziejową (dzięki temu PO utrzyma się przy władzy i „Rosja da nam spokój”). Rozpad PO zwolni lemingi z „obowiązku” podtrzymywania fikcji. Ponieważ jednak nie poprą one PiS-u, więc zwyczajnie odwrócą się od demokracji plecami. A gdyby faktycznie wykryto fałszerstwa wyborcze, to absencja lemingów w powtórzonym głosowaniu jest niemal gwarantowana! W tym wypadku napór moralny i „zapał rewolucyjny” zadziałałby bez pudła – pseudo-osobowość leminga zostałaby moralnie „zniszczona” i pojawiłaby się nadzieja na jej częściowe rozkodowanie (ulubiony termin prof. Zybertowicza).

Do tego miejsca mówiłem o tym wszystkim, co już jest robione i co możemy zrobić własnymi siłami. Aby odnieść sukces, należałoby jednak w bęben smoleński bić mocniej (i na wielu bębnach jednocześnie, por. moje prezentacje o dymitradach), a w akcję mężów zaufania zaangażowac się masowo. Jeśli tego nie zrobimy, możemy pluć w brodę tylko samym sobie.

Następny ruch należy już do władz PiS-u. Oczywiście moglibyśmy zrobić go samodzielnie – tyle, że wtedy jego nośność byłaby bardzo ograniczona. Trzeba pozyskać głosy tych wszystkich, którzy kiedykolwiek głosowali na PiS, ale się zniechęcili. W tym celu należy im w sposób jasny zakomunikować, że państwo polskie musi się przygotować do konfliktu z Rosją, który może być także konfliktem wojennym i dlatego konieczna jest wielka mobilizacja.

Po wygranych wyborach zwolennicy PiS powinni być emocjonalnie zaangażowani w tworzenie obronnej strategii państwa. W dawnych armiach, a szczególnie w armii Rzeczypospolitej, istniał zwyczaj nie tylko zagrzewania żołnierzy do walki, ale i wyznaczania im nieomal indywidualnych zadań. Szczególnie widać to na przykładzie sławnej bitwy pod Kircholmem, przed którą hetman Chodkiewicz objeżdżał wszystkie chorągwie i objaśniał swój plan działania. Pozwalało to żołnierzom przemyśleć własną rolę w bitwie i wykazać się inicjatywą; apelowało do ich umysłu i serca, a dodatkowo także budziło zaufanie wobec wodza („zna się na rzeczy”).

W tym wypadku powinniśmy pozwolić zadawać ludziom „niewygodne pytania”. Na przykład co mamy robić, jeśli Rosjanie otwarcie zagrożą zrzuceniem bomby atomowej na Warszawę? Co możemy zrobić, aby Rosjanie nie ośmielili się stosować atomowego szantażu? Jaka jest adekwatna odpowiedź na terror państwowy? Jak mamy się zachować w przypadku zamachu na naszych przywódców? Czy zagrożenie atakiem atomowym zwalnia nas ze stosowania niektórych zwyczajów wojennych i konwencji w imię własnej niepodległości?

Krótko mówiąc, PiS powinien zaangażować patriotów w – co tu ukrywać – swego rodzaju jawne „rozpracowanie” przeciwnika pod każdym możliwym względem. Nie wierzę oczywiście w to, że wszyscy mamy kompetencje do planowania strategicznego, ale odpowiednio zorganizowane uczestnictwo w takiej debacie, pozwala zaangażować negatywne emocje w sposób pożyteczny dla jednostki i dla wspólnoty. PiS powinien przedstawić ogólną, jawną strategię przeprowadzenia konfliktu po naszej stronie i zachęcić do współudziału w rozpisaniu strategii na szczegóły – każdy na swoim terenie. Podam tylko przykład z poletka blogerskiego. Otóż szczególnie pouczające byłyby masowe „wizyty” polskich internautów w rosyjskim internecie. Co do mnie to nie czuję się na siłach, aby uczestniczyć w toczonych tam forumowych dyskusjach, ale zapewniam, że język rosyjski nie jest aż tak trudny do opanowania, szczególnie w epoce googletranslate. Początkowe trudności sprawiają tylko ruskie bukwy, ale cieszmy się, że to nie chińskie znaki. Zupełnie spokojnie można się ograniczyć do robienia wypisów, tłumaczenia ich i publikowania w internecie wraz z odpowiednimi linkami. Znaczna część rosyjskiego youtube powinna być sukcesywnie tłumaczona na polski i intensywnie popularyzowana z odpowiednim komentarzem. Należy uświadamiać rodakom z kim mamy do czynienia, jakie są rosyjskie mocne strony i jakie słabości, co takiego Rosjanie mogą wykorzystać przeciw nam, a co my możemy wykorzystać przeciw nim.

Masowa akcja tego typu byłaby drogą do twórczego zaangażowania negatywnych emocji strachu, lęku, niepewności jutra. Odwróciłaby też uwagę od często bezsensownych sporów wewnętrznych. Z pewnością zainteresowałaby również lemingi i ułatwiłaby ich rozkodowanie. Świadomość, że istnieje jakaś debata o zagrożeniu rosyjskim i że powoli wykluwa się jakaś ogólna strategia konfliktu, która nie omija sytuacji najbardziej skrajnych i przerażających, pomogłaby im w przezwyciężeniu chronicznych niedomagań odwagi. Gadanie to znakomita forma psychoterapii…

Co więcej, świadomość, że Polacy choćby mentalnie przygotowują się do wojny, nie uszłaby uwagi nie tylko rosyjskiej elity, ale i zwykłych Rosjan. W takiej atmosferze można by przeprowadzić jawny „dialog operacyjny” ze zwykłymi Rosjanami, omijając kremlowskich gangsterów. A to – jak pokazuje historia dymitriady – byłoby już dla Kremla śmiertelnym zagrożeniem.

Sun-tzu powiedział: „osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem osiągnięć. Najwyższym osiągnięciem jest pokonać wroga bez walki”. To oczywiście metafora; niewiele jest wojen podczas których nie stoczono by jakiejś bitwy. Rzymianie mieli rację. Si vis pacem, para bellum.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.