Schabowy z kapustą

Nacjonalistyczne korzenie jarstwa i wegetarianizmu.

Kto nie próbował nigdy czegoś innego poza postnymi rybami, ten pewnie się nigdy nie dowie o nacjonalistycznej kuchni jarskiej promowanej przed II wojną przez narodowca, doktora Apolinarego Tarnawskiego. W dzisiejszej Polsce bowiem schabowy z kapustą to potrawa prawie tak samo święta i narodowa, jak wigilijny karp czy wielkanocny mazurek. Ów święty kotlet wyróżnia niewątpliwie Polaka od Żyda i Muzułmanina w sposób graniczący z pewnością. Pewien zdeklarowany mięsożerca-sarmata częstował mnie kiedyś kotletem niby-schabowym zrobionym z jakiejś sojowej papki i wykrzykiwał ciągłe pochwały jakiż to ten kotlet jest pyszny, choć przyznam, że „to coś” z trudem dawało się zjeść i było straszliwie włókniste. Najwidoczniej mój gospodarz pragnął zmniejszyć sobie cierpienia spożywania obiadu wspólnie ze mną (tym dziwakiem-jaroszem) i był przekonany, że ja również tęsknię za schabowym.

Otóż nie tęsknię. Kuchnia jarska jest dla mojego podniebienia i żołądka po prostu o wiele lepsza. Podobnie sądził też doktor Tarnawski. Melchior Wańkowicz odwoził swą żonę, Zofię, na kuracje do huculskiego Kosowa, w którym to Mistrz Apolinary prowadził swój zakład pod hasłem „Władaj sobą”. Po jarskiej kolacji w sali ogólnej pan Melchior zażądał kufla piwa czym obudził powszechne zgorszenie. Potem jego małżonka (zwana w książce Królikiem) strofowała go: „nie można tak… Trzeba się liczyć, że to jest jak klasztor… Ludzie wyjeżdżają, nie tylko przeczyściwszy organizm, ale i duchowo przewentylowani. Stary doktor nie znosi nikogo, kto psuje atmosferę zakładu. Niezwłocznie każe komunikowac, że jutro czekają koie, że ma wyjeżdżać”. Pani Wańkowiczowa spotkała kiedyś pulchniutką mężateczkę, popłakującą: „proszę pani… byłam na konsultacji wstępnej, stary doktor pytał co jem; jakem doszła z wyliczaniem po kolei do kolacji, wziął mnie za rękę i pociągną z pasją na tyły zakładu, pokazał świnię: »Patrz, pani, ona żre tyle samo, ale jest świnia«. Co mam robić, proszę pani?”

Muszę przyznać, że tej pulchniutkiej mężateczki trochę mi żal, ponieważ (jak mówili starożytni Rzymianie) kochanego ciałka nigdy za wiele. Zresztą uważam, że niewiasty dyscyplinuje sama natura i bliżej są klasztornego rytmu kosmosu, niż my, mężczyźni, oderwani od rytmów przyrody i stale poszukujący odpowiedniej dla siebie dyscypliny wewnętrznej. Nic dziwnego, że klasztory wymyślili jednak mężczyźni; kobiety z początku nie miały na to czasu. Wróćmy jednak do kosowskiego zakładu doktora Tarnawskiego. Oto bowiem do gabinetu starego doktora wkracza „King” czyli Melchior Wańkowicz w całej swej okazałej osobie. Tarnawskiemu rozbłyskują oczy, zwłaszcza, że pana Melchiora wprowadza wierna głodomorka kosowskiej pustelni, czyli własna żona Kinga – Królik. Mistrz jarstwa wypytuje mistrza pióra co jada na śniadanie:

-Ona – mówi złośliwie King – na śniadanie daje mi zwykle befsztyk z polędwicy, pokryty dwoma jajkami.

Cień Królika kurczy się na ławeczce pod ścianą.

– Z polędwicy? Z dwoma jajkami? – ożywia się stary doktor – A jak duży bywa ten befsztyk, jak duży?

– Ja tak lubię, żeby zwisał z brzegów talerza.

– To funt mięsa! To więcej niż funt! – emocjonuje się stary doktor. – a na obiad?

– A drugiego śniadania pan doktor nieciekawy? Woźny mi przynosi: a to bigosik… a to wątróbkę…

– Wątroba nic gorszego na skazę moczanową… Bigos pływa w tłuszczu, prawda?

– Aha – przytwierdza z lubością King, który przy porannym śniadaniu na próżno usiłował naładować się rzepą. Po czym w gargantuicznych rozmiarach i obfitościach maluje obiad, który go czeka, przygotowany pod auspicjami jawnogrzeszącej żony. Stary doktor przyskakuje i poczyna miętosić pacjenta po brzuchu.

– Jaka wątroba! Co za powiekszenie wątroby – mówi z zachwytem. W głosie tli się niewątpliwie symopatia, jaką mają policjanci dla rasowych gangsterów. King więc kreśli wyszukany obraz podwieczorku z »kumpiem«, kolacja rozrasta się w ucztę Lukullusa.

– A potem to już tylko podkurek.

– Cóż to znowu?

– To już całkiem późno wieczorem, na kładzenie się spać jakieś jedno, drugie danie gorące. mam taką naturę, że nie mogę spać na pusty brzuch.

Sukces był kompletny. Nie tylko stary doktor nie zagroził wyjazdem, ale rad widział. Może jako eksponat.”

Dowcipne, prawda? Wańkowicz pod koniec życia cierpiał na raka żołądka. Tarnawski – choć zdrowia słabego – umarł jednak zdrowszy w wieku całkiem sędziwym. Niestety okoliczności śmierci dostarczyły mu sporej dawki goryczy. Zmuszony w 1939 roku do wyjazdu ze swego ukochanego Kosowa ostatnie lata życia spędził na emigracji w Palestynie. Nie znosił Żydów, bo pewien Żyd doniósł na niego austriackiej policji i naraził go na karę śmierci za rzekomą zdradę cesarsko-królewskiej ojczyzny. Śmierci tej doktor cudem uniknął, choć już był pogodzony z oczekiwanym losem. Najwyraźniej jednak dążenie do higieny ciała i ducha jakimś fatum pchało pana Apolinarego na wschód. Tam w Palestynie, staruszek zaprzyjaźnił się z żydowskim doktorem Halevym i zobowiązał swego syna, Wita, że po wojnie zaprosi syna Halevy’ego do Polski, aby tam nauczył się przyrodolecznictwa!

Tarnawski był gorącym polskim patriotą. Na pewno bliżej mu było do ruchu narodowego. Metod Piłsudskiego nie akceptował, lecz czuł do Marszałka coś na kształt szacunku i zrozumienia, jak do osoby w pewnym sensie podobnej. Choć sam w głębi ducha nie był katolikiem, dzieci swe wychowywał po katolicku, aby „dać dobry przykład”. Wychowany wśród ośmiorga rodzeństwa był wszechstronnie uzdolniony i miał wszelkie cechy geniusza naukowego i artystycznego. Kapitalnie pisał, pięknie grał na fisharmonii, miał także znakomitą intuicję, a nawet swego rodzaju dar proroczy. W lecznictwie (o zgrozo) cenił jogę i przyjaźnił się z profesorem Wincentym Lutosławskim, autorem pierwszego polskiego podręcznika jogi.

Jego metoda lecznicza opierała się na wierze w samouzdrowienie i w uzdrawiające moce przyrody. Źródłem zdrowia człowieka było – jego zdaniem – przede wszystkim czyste, nieskażone powietrze, a życie w miastach uważał za powolne duszenie się. Higienę odżywiania stawiał na drugim miejscu, na trzecim ruch, a na czwartym – dbałość o skórę, między innymi poprzez naturystyczne kąpiele słoneczne (umiarkowane!), noszenie przewiewnych ubrań oraz kąpiele w górskich potokach. Hartował pacjentów. Przyuczał ich do chodzenia spać i wstawania z kurami. Potępiał nałogi.

Jako człowiek niespotykanego kręgosłupa moralnego, wszystkie zalecenia dla pacjentów wypróbowywał najpierw na sobie. Pragnął uzdrowić naród polski poprzez higieniczny, jarski tryb życia. Chętnie przyjmował pacjentów także ze sfery polityki, m.in. bywali u niego Roman Dmowski i Ignacy Daszyński. Ze sławnych pacjentów na czoło wybija się postać Olgi Małkowskiej – założycielki żeńskiego harcerstwa i zdeklarowanej wegetarianki, która dożyła sędziwego wieku 91 lat. Wśród kuracjuszy widzimy też profesorów Ignacego Chrzanowskiego, Władysława Konopczyńskiego, wielkiego twórcę i wolnomolurza Juliusza Osterwę, literatkę Gabrielę Zapolską i wielu, wielu innych. Wielu ludzi leczył zupełnie za darmo, jeżeli tylko wiedział, że przysłużyli się Polsce w sztuce, muzyce, w nauce i konspiracji. Odpoczywali w Kosowie Polacy po pruskich i rosyjskich więzieniach. Dożywiali się głodujący literaci i malarze. Taki to był człowiek!

Mistrz Apolinary miał swoich poprzedników: mocno ekscentrycznego Konstantego Moesa-Oskragiełłę, który uważał, że Słowianie byli pierwotnie wegetarianami, hołdującymi wegańskiej diecie hinduskich joginów oraz doktora Józefa Drzewieckiego, który (o Niebiosa!) leczył homeopatią i został zamordowany przez dwa podejrzane indywidua z powodów bliżej niewyjaśnionych. Maria Czarnowska (z domu Glotzówna) wydała trzy znakomite jarskie książki kucharskie, wśród których wybija się zwłaszcza Nowa ilustrowana jarska kuchnia, zawierająca ogromny zestaw dań i porad dla jaroszy. W ogromnej części pozostały aktualne do dzisiaj. Uważam, że jest znacznie lepsza, niż późniejsza Kosowska kuchnia jarska, która jest dziełem kuchni raczej galicyjskiej, a więc nie bardzo w moim guście.

Dlaczego jednak o tym wszystkim tak tu niedbale szkicuję? Ostatnio na niepoprawnych wielkie emocje budziła sprawa uboju rytualnego i w związku z tym odżyły stare niesnaski narodowościowe. A przecież jeśli – jeśli – zazdrościmy innym ich siły witalnej, powinniśmy raczej popracować nad własną, nieprawdaż? Słyszałem opinię pewnego lekarza-higienisty, że jesteśmy narodem straszliwie pozbawionym energii, jakby bez życia. Alkohol, papierosy, poranna kawa z mleczkiem, nieuregulowany tryb życia, wreszcie przedziwna dieta, w której królują wieprzowina, roślinne tłuszcze utwardzone, węglowodany oraz dodawana do wszystkiego mączka sojowa… na to wszystko nakłada się duszne powietrze miast i klimatyzowanych pomieszczeń biurowych, woda, której nie da się pić, tony leków, które nikogo nie leczą i skalpel jako jedyna metoda „uzdrawiania”… I ostatnio także narkotyki… Myślę, że to pomału wykańcza mój naród i czyni go gromadą schorowanych niewolników. I nie mówcie mi, że wszystkiemu winni są jacyś „oni”.

Nie musicie mi wierzyć, że jarska dieta jest zwyczajnie lepsza. Możecie wziąć przykład właśnie z Żydów albo z Muzułmanów. Wołowina naprawdę pachnie o niebo lepiej, niż wieprzowina. Czosnek pachnie naprawdę bardzo przyjemnie, w przeciwieństwie do cebuli (kto mi powie jak jeść cebulę, aby nie szkodziła? Bo ja się o tym dowiedziałem od pewnego Czeczena!). A chrzanik, a borówki – te zapomniane przysmaki, dzięki którym spożywane pokarmy białkowe nie psują się w żołądku? Pewien hodowca chrzanu mówił mi, że ludzie teraz jedzą tak mało chrzanu… A stara polska kultura spożywania ryb w dużym asortymencie? A dziczyzna? A umiar w jedzeniu i piciu? Kto szuka zdrowia, ten je znajdzie, niekoniecznie w huculskim Kosowie…

Jakub Brodacki

Lista lektur godnych polecenia

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.