Republika prezydencka i Korpus Ochrony Pogranicza

Czy ktoś prowadził badania nad wzrostem prezydentów III RP po roku 1989? Pierwszy z nich – niestety – TW „Wolski” miał posturę wyniosłą, sztywną, choć nie posągową. Zdaje się, że również Komorowski jest na pewno wyższy od stojącego za nim na paluszkach konusa z kompleksem szoguna. Pozostali prezydenci byli raczej niskiego wzrostu, a i obecny prezydent Andrzej Duda nie sprawia wrażenia kogoś rosłego.

(blog-n-roll.pl, 28.09.2015)

Nie wiem, czy jest to prawidłowość, którą badają uczeni. Intuicyjnie dostrzegam w tym pewien paradoks: Polacy skrycie marzą o silnej władzy i republice prezydenckiej, ale z drugiej strony się jej boją, massmedia skutecznie mieszają im w głowach i ostatecznie głosują na konusów – fizycznych lub moralnych, albo jedno i drugie. W największym skrócie republika prezydencka to ustrój, w którym głowa państwa tworzy rząd i przedstawia projekt budżetu przed parlamentem. Niby nic strasznego, ale wzięcie za pysk całego tego bezhołowia, które panuje w Polsce, napawa wielu ludzi śmiertelnym przerażeniem, a massmedia to przerażenie potęgują. Byłoby fajnie mieć takiego mocnego prezydenta, jak we Francji, czy w Stanach – myślą sobie ludziska – ale jak zacznie nasyłać na nas policję obyczajową (Marek Jurek) i CBA (Mariusz Kamiński), to już fajnie nie będzie. Oby tylko nie było gorzej – dodają inni i robią dalej swoje trochę lewe, a trochę legalne interesy, bo w Polsce nikt nigdy nie może być pewny, co jest legalne, a co już zahacza o szarą strefę…

Pewna część zaszczutych i przestraszonych obywateli zebrała się ostatnio na odwagę i postanowiła poprzeć Pawła Kukiza, i jego nośne hasło JOWów. Polfic słusznie zauważył, że tym ludziom w istocie rzeczy nie chodziło o JOWy, a ja dodam od siebie, że tylko republika prezydencka mogłaby spełnić ich marzenia o normalności. Postulat silnej prezydentury od dawna krąży w szeroko rozumianym „PiSie”, ciągle jednak w obrębie demokracji parlamentarnej, gdzie parlament tworzy rząd, bo premier jest jednak do czegoś potrzebny.

Nie chcę Ludwika Filipa

Sugeruję, byśmy zupełnie porzucili wzory monarchii Ludwika Filipa czy V Republiki i przeszli na ustrój „amerykański”, oczywiście biorąc pod uwagę polską specyfikę i starą tradycję „monarchii prezydenckiej” z czasów I RP.

To, do czego tak naprawdę tęsknimy to sytuacja, w której władza wykonawcza ma odpowiedni autorytet, ale go nie nadużywa i grzecznie pyta obywateli o zdanie. Jedynym sposobem, by to osiągnąć, jest przetarg o budżet i podatki. Taki przetarg między parlamentem a głową państwa o pieniądze to fundament republiki. Bez tego przetargu w państwie o tej liczbie ludności co Polska, republika po prostu nie istnieje i zaistnieć nie może.

Zdajemy sobie sprawę, że takiego ustroju najbardziej boją się grupy robiące mętne interesy na czarnym rynku, przyssane do budżetu i skarbu państwa. Nie muszę też przekonywać, że te grupy trzymają w swoich rękach massmedia i straszą obywateli, że silna władza wykonawcza zajmie się przede wszystkim reformowaniem obywateli.

Te lęki nie są zupełnie nieuzasadnione. Ostatnio nasza władzunia zabrała się za zwalczanie śmieciowego żarcia w szkołach. Dochodzą mnie słuchy, że zamiast cukru do słodzenia ma być używany miód. Potrawy mają być nieprzesolone. Jak łatwo się domyślić, uczniowie noszą cukier do szkoły, a nauczyciele solniczki i kawę, która nagle znikła z bufetów. Co się zaś tknie miodu, to liczba pszczelarzy w Polsce maleje, pogłowie rodzin pszczelich spada, więc najpewniej na stoły trafi najtańsza podróbka rodem z Chin, ewentualnie miód odciągnięty z enzymów, a więc kompletnie bezwartościowy. Tak właśnie władza reformuje obywateli.

Ja też uważam, że zawsze istnieje ryzyko „wrogiego przejęcia” republiki prezydenckiej, ale mimo wszystko daje ona większe nadzieje na normalność. Bo rząd dysponujący realnymi kompetencjami będzie miał być może mniejszą skłonność do zajmowania się „duperelami”. Problem jednak w tym, jak doprowadzić do zmiany konstytucji? Raczej nie kroi się PiS-owi jakaś większość konstytucyjna, być może z najwyższym trudem utworzy rząd. Dlatego, aby przeprowadzić reformę konstytucji, trzeba przeprowadzić trudną kampanię informacyjną, obudzić nadzieje społeczne i stworzyć atmosferę masowego nacisku, dzięki któremu projekt zmiany konstytucji będzie się cieszył uznaniem i przejdzie przez Sejm lub zostanie poddany pod referendum. Zwycięskie referendum.

Od rady gabinetowej do republiki prezydenckiej

Jedną z instytucji, które można i należy wykorzystać w tej kampanii, jest instytucja rady gabinetowej, którą „przebudziła” Ewa Kopacz. Mam nadzieję, że zrobiła to na zgubę swoją i swojej formacji oraz całego administracyjnego reżimu III RP. Nie budźcie smoka! Artykuł 141 Konstytucji stanowi:

1. W sprawach szczególnej wagi Prezydent Rzeczypospolitej może zwołać Radę Gabinetową. Radę Gabinetową tworzy Rada Ministrów obradująca pod przewodnictwem Prezydenta Rzeczypospolitej.

2. Radzie Gabinetowej nie przysługują kompetencje Rady Ministrów.

Jest to więc jeden z bardzo wielu artykułów tej Konstytuty-Prostytuty, który w praktyce nie ma specjalnego znaczenia (patrz ustęp 2). A jednak w zasadzie Prezydent mógłby zwoływać radę gabinetową znacznie częściej, niż robi to zazwyczaj, szczególnie że narastają zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, a są to na ogół sprawy szczególnej wagi (tzw. „imigracja”, wojna na Ukrainie ze wszystkimi jej nasileniami, polityka energetyczna, stan budżetu obronnego, stan armii, stan służb specjalnych). W zasadzie rząd PO-PSL wywołał w państwie taki chaos i tyle problemów, że radę gabinetową można by zwoływać niemal po każdym zwykłym posiedzeniu rady ministrów, gdyż nowy rząd będzie miał ręce pełne roboty i prawie wszystkie zagadnienia będą miały szczególną wagę.

Czytelnik zada pytanie, po co to robić? Po co ożywiać instytucję, którą można zastąpić telekonferencją premiera z prezydentem lub zwykłym spotkaniem w pałacu prezydenckim z premierem i ministrami? Po pierwsze dlatego, że jest to instytucja konstytucyjna. W sprawach publicznych rząd nie może się spotykać z prezydentem prywatnie, bo to natychmiast zostanie wykorzystane przez przeciwników. Po drugie dlatego, by włączyć prezydenta w prace rządu i by stworzyć wrażenie, że rząd zawsze pyta prezydenta o zdanie przed podjęciem ważnej decyzji. Należy przyzwyczajać obywateli, że rząd i prezydent stanowią prawie jedno ciało. Stąd tylko krok do społecznej akceptacji dla republiki prezydenckiej.

Warunkiem powodzenia kampanii jest zręczna gra z wrogimi mediami, dobre rządzenie (aby złe decyzje rządu nie obciążały prezydenta) oraz nieustanne prowadzenie dialogu z obywatelami – to właśnie, co zaoferował wyborcom Andrzej Duda i co będzie zapewne kontynuował.

Republika prezydencka a wojsko

W zasadzie im więcej władzy, tym kadencja powinna być krótsza. Jednak ze względu na bliskie sąsiedztwo z Nieprzyjacielem, ta reguła musi ulec korekcie. Prezydent powinien mieć kadencję minimum sześcioletnią, a najlepiej siedmioletnią z możliwością drugiej kadencji, by polityka obronna miała dłuższy okres ciągłości. Zgadzamy się chyba wszyscy, że reforma armii jest głównym zadaniem całego państwa w najbliższych dziesięcioleciach. To prezydent powinien też tworzyć rząd. Armia powinna mu być podporządkowana bezwzględnie i w całości, łącznie z pionem cywilnym i ministrem obrony, którego powinien też naznaczać prezydent. Taka centralizacja władzy wykonawczej ułatwi reformę armii.

Ponieważ chodzą słuchy, że ministrem obrony ma być Antoni Macierewicz, możemy się spodziewać wściekłego ataku i pielgrzymek od telewizji do telewizji różnych ponurych indywiduów w rodzaju Dukaczewskiego czy Czempińskiego. Pojawią się zaraz oskarżenia, że Macierewicz rozwala armię.

„Gdybym był Kaczyńskim”, zasugerowałbym Panu Antoniemu dwutorową reformę armii. Z jednej strony reforma tej armii, która już istnieje, bez wielkiej nadziei na stosunkowo szybkie efekty. Ten aparat będzie stawiał długotrwały opór, będzie wielka awantura, a ruchy kadrowe prawdopodobnie niewiele tutaj zmienią, bo domyślać się można, że starsi oficerowie stosowali do tej pory dobór negatywny. Należy więc stworzyć armię równoległą, która z czasem zastąpi stare wojsko. Chodzi mi o odrębną formację, podlegającą bezpośrednio ministrowi, którą sentymentalnie nazywam Korpusem Ochrony Pogranicza.

Celem KOP byłaby kompleksowa ochrona granicy wschodniej, czyli w istocie podstawowe zadanie Wojska Polskiego na najbliższe lata. Kadra KOP powinna być młoda, dobrana w przytłaczającej większości spośród absolwentów szkół wojskowych oraz ochotników bez wykształcenia wojskowego. Trzeba też włączyć w to spontanicznie powstające oddziały obrony terytorialnej. Warto, by w KOP byli ludzie mocno zainteresowani tematyką wschodnią, wierzący w ideę Międzymorza, znający dobrze tamtejsze języki i stosunki, nie ograniczający się li tylko do płytkiej ochrony granicy. KOP powinien mieć zarówno struktury typowo wojskowe, jak i cywilne, w tym w szczególności zajmujące się obroną cywilną, białym wywiadem i propagandą, analizujące sytuację na całym kierunku rosyjskim oraz zajmujące się dobrymi relacjami z mediami w Polsce i zagranicą. Powinna istnieć ścisła współpraca z organizacjami społecznymi czy paramilitarnymi (np harcerstwo). KOP powinien być najlepiej dofinansowaną i uzbrojoną formacją WP. W skład KOP powinny wchodzić nie tylko oddziały ochrony pogranicza, lecz także wszystkie rodzaje sił zbrojnych (lotnictwo, siły aeromobilne, pancerne, zmechanizowane itp). Całkowicie odrębna struktura KOP i odmłodzenie kadry będzie gwarancją, że stara agentura rosyjska w wojsku nie będzie mogła zbyt łatwo przenikać do nowo tworzonych jednostek. Centrala formacji nie powinna się znajdować w Warszawie, gdzie łatwo mogłaby zostać wciągnięta w rozmaite intrygi, lecz w jednym z miast lub miasteczek na ścianie wschodniej (na przykład w Drohiczynie). W takim małym miasteczku, gdzie wszyscy wszystkich znają, a potencjalny krąg podejrzanych jest stosunkowo niewielki, zabezpieczenie kontrwywiadowcze jest z pewnością łatwiejsze, niż w ludnej, ruchliwej Warszawie…

Z czasem KOP powinien wchłonąć inne jednostki WP i zmienić duszę całej armii.

Warunkiem powodzenia tej reformy jest jednak republika prezydencka z prezydentem o długiej kadencji, gdyż może się zdarzyć, że następne wybory (oby nie te najbliższe!) wygra formacja prorosyjska. Musi być więc ciągłość działania armii i ścisła podległość wobec prezydenta.

Centralizacja władzy wykonawczej może też potencjalnie wzmocnić bezpieczeństwo głowy państwa. Dotychczas bezpieczeństwem prezydenta zajmował się rządowy BOR… Podporządkowanie rządu prezydentowi automatycznie wykluczy też żenujące „kłótnie o samolot”, nie wspominając już o takich „drobnych incydentach”, jak katastrofa smoleńska. Zamachy zdarzają się zawsze i wszędzie, ale zlikwidowanie tak znaczącej części elity państwa będzie już o wiele trudniejsze.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.