Regalista, dobry król i „źli doradcy”

Co robić, gdy nasze prywatne interesy wchodzą w konflikt z rządem, który wybraliśmy? To pytanie zadaję sobie od wczoraj po przeczytaniu pozwu sądowego, skierowanego przeciwko Gadającemu Grzybowi.

(blog-n-roll.pl, 11.06.2016)

Żeby nie było nieporozumień: nie należę do „zmielonych”, „oburzonych”, „zawiedzionych” czy „nowoczesnych.pl”, popieram Prawo i Sprawiedliwość od chwili jego powstania (a wcześniej takie formacje, jak PC i ROP) i generalnie jestem zadowolony z dotychczasowych posunięć Prezydenta i Premier. Szczegółów prac rządu nie znam i obecnie nie mam specjalnie czasu, żeby się z nimi zapoznać. Jednak posunięcia rządu i Prezydenta to jednocześnie stały dialog i ze mną, i z pozostałymi wyborcami (oraz przeciwnikami) Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli sygnały te odczytuję poprawnie, rząd koncentruje się na zapewnieniu Polsce bezpieczeństwa dyplomatycznego, militarnego, gospodarczego i wywiadowczego w pierwszej kolejności oraz na pozyskaniu sobie stałego poparcia wśród wyborców, czego sztandarowym przykładem jest program 500+. Uznaję to za działania zadowalające na tym etapie rządów.

Popieram też perspektywę zawiązania się sojuszu państw Międzymorza. Szczególnie zaś dlatego, że jest ona wielowariantowa i nie wyklucza ona żadnych rozwiązań, a idealnie wpisuje się w oczekiwania wielkich mocarstw, nawet jeśli są one ze sobą sprzeczne. Sądząc z różnych oznak na niebie i ziemi, zarówno Chiny, jak i Ameryka są zainteresowane w takiej czy innej stabilizacji tego regionu, najlepiej bez dominacji rosyjskiej. Korzystając z tego faktu, rząd i Prezydent będą mogli podjąć próbę wyciągnięcia maksimum korzyści zarówno od Chińczyków, jak i od Amerykanów (swing-state). Mam nadzieję, że działania w kierunku stałej obecności NATO w Polsce uczynią nasz kraj bardziej atrakcyjnym dla Chińczyków. I odwrotnie: ewentualny napływ chińskich inwestycji zmusi Amerykanów do aktywnych działań w regionie. Tymczasem zaś rząd i Prezydent zyskają czas, aby wzmocnić potencjał militarny i gospodarczy naszego kraju i całego regionu. Innej drogi nie widać: sojusz z Niemcami czy Rosją prowadzi prędzej czy później do utraty wolności.

Jestem więc – mówiąc językiem naszych sarmackich przodków – „regalistą”. Popieram „króla”, czyli nasz rząd i naszego Prezydenta, bo dążą do wzmocnienia Polski. Ewentualne błędy przypisuję nie złym intencjom liderów, ale „złym doradcom”, którzy miewają dostęp do ucha „króla”. Robię tak czasem nawet w złej wierze, przymykając oko na wady naszych pupilów, na różne ich zaszłości, małostki, drobne świństewka, których w polityce jest przecież niemało. Rozumiem też potrzebę różnych niemiłych kompromisów, czasem poświęcania różnych słusznych spraw na rzecz wzmocnienia kraju jako całości.

Niemniej jednak jestem tylko obywatelem, nie politykiem. Gdyby stratował mnie samochód, wiozący akurat jakiegoś przyjaciela Prezydenta, miałbym uzasadnione prawo do odszkodowania. Jako regalista, zastanawiam się więc, jak komunikować „królowi” fakt, że komuś dzieje się krzywda, a jednocześnie nie szkodzić pracom rządu jako całości.

Banki i bankowość od dawna budziły mój niepokój. Kilkanaście lat temu poszedłem do jednego z banków (później ocenianego jako „zombie-bank”), żeby sprawdzić, na jakich zasadach udzielają kredytów konsumpcyjnych. Jeśli dobrze zrozumiałem, bank oferował mi kredyt na 11%. To było i tak dużo (w średniowieczu taki procent określono by jako lichwę), ale znając conieco różne niezbyt czyste zagrania i małymi literkami drukowane regulaminy, zacząłem drążyć temat i pytać o różne dodatkowe opłaty. Tym sposobem, od słowa do słowa, koszt kredytu skoczył nagle do 20%. Wiedziałem już, „jak to działa” i w poczuciu ulgi (że nie jestem nałogowym kredytobiorcą), opuściłem błyszczący i lśniący lokal owego banku.

Wiem, że są ludzie, którzy nie mogą żyć bez kredytów. Szczególnie dotkliwy jest brak mieszkań (pamiętacie tę reklamę? „Bogdan mówi >bankowy<”). Ludzie ci skazani byli na „łatwe pieniądze”, które oferowano im w latach 1990. i 2000. Alternatywą było gnieżdżenie się u rodziców, a przecież to miał być koniec PRL-u, nowa, lepsza Polska. Polska na kredyt.

W tamtym czasie kilka razy spotkałem się z Jackiem Rossakiewiczem, twórcą idei Demokracji finansowej, z którą to ideą na pewno warto się w całości zapoznać. Recepty proponowane przez Jacka szły bardzo daleko, jak dla mnie zbyt daleko. Również lewicowi krytycy obecnego systemu bankowego proponują rozwiązania często utopijne (płaca minimalna za nic – referendum w Szwajcarii – a do czego doprowadziły darmowe telefony na Kubie?). Propozycje niektórych prawicowych liberałów są z kolei nieskuteczne (powrót do parytetu złota = bogactwo Rosji i nędza dla Polski). Ale sama diagnoza sytuacji dokonana przez wiekszość krytyków była trafna. Nie można kreować pieniądza bez pokrycia w nieskończoność. To jest droga donikąd. Kryzys 2008 roku (bańka hipoteczna) tylko to potwierdził. Amerykańskie banki okazały się niekompetentne w zakresie zarządzania pieniądzem. W naturalny sposób podważyło to zaufanie do całości systemu bankowego na świecie, do całego systemu pojęć z bankowością związanych. Obywatele zaczęli „drążyć temat”. A banki, jak gdyby nigdy nic, nie wyciągnęły żadnych wniosków z tej lekcji.

Wszyscy boją się kolejnego kryzysu i wybuchu wielkiej wojny. Każdy rząd stara się więc przesunąć koszty nieodpowiedzialnej polityki finansowej na kogoś innego (Ukraina, Syria) i prawie nikt nie próbuje rozwiązać problemu u jego źródeł. Bo prawda jest zapewne taka, że nikt nie wie jak to zrobić bez wywołania światowej zawieruchy. A szczególne trudności mają takie kraje, jak Polska, które nie leżą na wyspie, znajdują się w samym centrum wydarzeń, i w dużej mierze czekają na ruchy głównych graczy.

Tym zatem tłumaczę sobie powściągliwe wypowiedzi wicepremiera Morawieckiego i oferowanie „pomocy” dla ofiar kredytów frankowych, w miejsce oczekiwanych przez nich słusznie im należnych praw. Niestety, wypowiedzi te ośmielają banki do bardziej energicznych działań skierowanych przeciw ich krytykom, w tym przeciw Gadającemu Grzybowi. Nie byłoby więc od rzeczy, gdyby wicepremier zapewnił ofiarom tych ataków przynajmniej ochronę prawną, na przykład dobrych adwokatów. Może być tak, że racja stanu wymaga działań ostrożnych, ale żadna racja stanu nie uzasadnia pozostawiania na lodzie ludzi pokrzywdzonych. Państwo ma być silne dla silnych i wyrozumiałe dla słabszych”, prawda?

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.