Ragnarok

uroborosCzasy mamy niepewne. Uczeni przekraczają kolejne granice przyzwoitości, a prawnicy nie nadążają za radosną twórczością specjalistów od „lepszego jutra”. Wiele z tych zaskakujących wydarzeń bazuje na naszych przyzwyczajeniach i przekonaniach, i konsekwentnie zmierza do tego, aby zamieszać nam w głowach. Szczególnie, jeśli są to przekonania oparte na Wierze.

Przyjrzyjmy się jak ludy skandynawskie wyobrażały sobie koniec świata. Wymienię tu tylko kilka zjawisk o charakterze przyrodniczym.

Wyobrażenie pierwsze – pożarcie słońca i księżyca

Dwa straszliwe wilki goniące Słońce i Księżyc wreszcie dopadną swe ofiary. Wtedy Słońce i Księżyc przestaną istnieć, gwiazdy pospadają i cały nieboskłon ulegnie zniszczeniu. Wyobrażenie oparte na fałszywym wyobrażeniu, że coś „goni” słońce i księżyc. Tak jakby nasza gwiazda i nasz satelita nie mogły poruszać się same z siebie. Może to przez niedostatek wiedzy astronomicznej, bo przecież wedle naszej dzisiejszej wiedzy to nie Słońce krąży wokół Ziemi, ale Ziemia wokół Słońca. Problem w tym, że nikt mi nie umiał wytłumaczyć skąd się ten ruch bierze. Fizycy używają wobec profanów słów-wytrychów w rodzaju „zakrzywienia czasoprzestrzeni” wywołanej przez masę Słońca i temu podobnych, które niczego nie tłumaczą. A więc może jednak skandynawowie mieli rację – coś goni Słońce i Księżyc, bo innej przyczyny dla ich ruchu nie znajduję…

Wyobrażenie drugie – oceany występują z brzegów

Mieszkający w czeluściach morza wąż Jormugand wyjdzie z wody na ląd, by wspólnie z innymi swoimi kamratami – duchami żywiołów – wyniszczyć rodzaj ludzki. Opowieści o globalnym potopie zapładniają nasza wyobraźnię od czasów starożytnych i co i rusz pojawiają się kolejne teorie (ostatnia o powstaniu Morza Czarnego!). Powstają na ten temat piękne filmy S-F, a globalna szajka naciągaczy wmawia ludziom, że emisja dwutlenku węgla może roztopić lodowce i zalać obszary nadbrzeżne. Wyobrażenie oparte na wierzeniach, podpieranych teoriami naukowymi.

Wyobrażenie trzecie – niebo zawali się nam na głowę

Według skandynawów, armia „żywiolaków” na czele z Lokim będzie próbowała wejść po tęczy do nieba, aby obalić rządzącą tam elitkę Asów. Niestety tęcza nie wytrzyma ich ciężaru i po prostu się zawali. Jednak w jakiś cudowny sposób ognisty olbrzym Surtr, władca Muspelheimu, używając płomiennego miecza zemsty, podpali Asgard i pozostałe światy. Wtedy wszystko zostanie zniszczone. Wyobrażenie to oparte jest na fałszywym wyobrażeniu tęczy jako bytu materialnego, porównywalnego do mostu łączącego dwa światy. Pomijam fakt, że po pożarciu Słońca (patrz wyobrażenie pierwsze) tęcza naturalna zaistnieć raczej nie może i nie będzie już nikogo, kto mógłby ja wywołać sztucznie. Nawet Biedronia z marszałkiem Grodzkim i natchnioną przez nie-wiadomo-co HGW już między nami nie będzie.

Między religią a nauką

Wszystko to brzmi bardzo zabawnie, a większość tych opisów końca świata zawartych w pięknej mitologii skandynawskiej można traktować w kategorii metafor, względnie wyobrażeń opartych na fałszywych założeniach naukowych.

Problem zaczyna się wtedy, gdy wierzenia organizują nasze życie. W gruncie rzeczy życie każdego z nas oparte jest jakiejś wierze lub przynajmniej nadziei, że jakieś rzeczy mają się tak jak nam się wydaje. Gdy wszystko się wali i wyobrażenia sprawiają nam zawód, następuje nasz mały ragnarok. Przyznam, że ja ten ragnarok przeżywam przez cały okres trwania II PRL, który nie od razu odsłonił swoje rzeczywiste oblicze i przez długi czas łudził nas po staremu narodowymi barwami, Mazurkiem Dąbrowskiego i czym tam jeszcze… Owszem, ja i moi przyjaciele, ciągle sobie powtarzaliśmy, że to wszystko ułuda, ale siłą rzeczy żyliśmy w tym złudzeniu, przyzwyczailiśmy się do niego, a nawet mieliśmy pewne poczucie absurdalnej, ale jednak stabilizacji… Aż do 10 kwietnia 2010 roku.

Ragnarok, który dopiero nadejdzie

Tak więc przeżyłem swój ragnarok, ale obawiam się, że wielu Polaków jeszcze go w pełni nie przeżyło. Spodziewamy się, że coś takiego nastąpi wkrótce i niejasno wyobrażamy sobie groteskowe i zarazem tragiczne wydarzenia, które go mogą zapoczątkować. Podam tutaj takie, które do czasu pogrzebu WRONY wydawały się zupełnie niemożliwe, ale teraz nabierają barw coraz bardziej realnych.

Przykład pierwszy. TW „Bolek” zostanie pochowany na Wawelu. Niemożliwe? Możliwe. Olbrzym Surtr czeka tylko na odpowiednią chwilę, aby zniszczyć nasz narodowy Asgard, zrzucić go na ziemię i zmieszać z błotem. I co my wtedy zrobimy? Prawdopodobnie będziemy protestować. Czyli nie zrobimy prawie nic. Bo przecież zdecydują o tym biskupi, przeciw którym pyszczyć katolikowi nie wolno. A jak zapyszczą niekatolicy, to najprościej będzie określić ich mianem „prowokatorów” i odesłać do wszystkich diabłów.

Przykład drugi. Po zajęciu Polski przez szajkę z Kremla, Stolica Apostolska zobowiąże polski kościół do nawiązania bliskiej współpracy z prawosławnymi popami patriarchatu moskiewskiego. W celu ocieplenia wzajemnych relacji, każdej niedzieli w kościołach będą się odbywać wspólne modlitwy z udziałem popów (w razie braków kadrowych FSB oddeleguje swoich pracowników). Porządku w kościołach będą pilnować uzbrojone oddziały Kadyrowców. Naturalnie, pojawi się zjawisko małego sabotażu i różne incydenty, ale na nic więcej bym nie liczył, bo en masse katolik nie sprzeciwi się Stolicy Apostolskiej. Chyba, że, dajmy na to, na tronie papieskim pojawi się taki na przykład papież Formozus, albo pojawi się kilku antypapieży. Czasy mamy takie, jakie konserwatyści kochaja najbardziej, czyli „średniowieczne”, więc wszystko jest możliwe.

Przykład trzeci. W ramach obrony konserwatywnych wartości Władymir Putin zainspiruje polską prawicę do aktywnej akcji „zakaz pedałowania”. Dojdzie do kilku linczów i samosądów. Ku ogólnej radości zdemontowana zostanie tęcza na Placu Zbawiciela, natomiast pomnik Czterech Śpiących zostanie otoczony troskliwą opieką. Prace na łączce będą kontynuowane pod nadzorem oficerów FSB, a zwłoki bedą pieczołowicie identyfikowane z pomocą rosyjskich archiwistów i archeologów. Przecież wspólna pamięć o „żydowsko-bolszewickim” totalitaryźmie nie może zostać zapomniana…

Specjalnie dobrałem przykłady, które zapewne niejednemu czytelnikowi podwyższą nieco ciśnienie. Oba są z gatunku tych, opisanych w kronice Galla Anonima: Wtedy to Czesi zniszczyli Gniezno i Poznań… A wspomniane miasta tak długo pozostały w opuszczeniu, że w kościele Św. Wojciecha męczennika i Św. Piotra apostoła dzikie zwierzęta założyły swe legowiska”. Zapytajmy więc samych siebie: gdy zniknie wszystko to, co materialnie przypomina nam o naszej przeszłości, lub gdy zostanie pohańbione; gdy takoż to, co dostarczało wielu Polakom duchowej siły (albo jej złudzenia) zdradzi Polskę i zabełta Polakom w głowach – co wtedy z nas zostanie? Czy będziemy katolickim pół-narodem przypominającym Łużyczan – religijnych i bardzo płodnych artystycznie, ale pozbawionych ikry, zniewolonych, ośmieszonych?

I może wtedy zapytamy Ukraińców o to, jak się buduje naród i państwo – z nicości?

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.