Post scriptum: w poszukiwaniu remedium

Tytuł artykułu – Otium dla mas – jest nieprzypadkowym nawiązaniem do tezy Karola Marksa, że religia to opium dla mas. Pokolenie Solidarności mogło przez ostatnie trzydzieści lat obserwować wszystkie fazy rozwoju i postępującej degeneracji solidarnościowej demokracji; dzisiaj możemy wyciągnąć wnioski, że mimo najlepszych chęci eksperyment się nie powiódł, gdyż efekty działań Solidarności zostały przez znaczącą część inteligencji i społeczeństwa podniesione do rangi fetyszu.

Jak to się stało? Odpowiedź wydaje się prosta. Choć debatowano w sposób wolny i zgodnie podejmowano wiele decyzji, to jednak przeważyła wola większości, aby suwerenność całego Związku przelać na osobę przewodniczącego i jego zaufanych. Nie pomogło tu wcale „otorbienie” Lecha Wałęsy silnymi przewodniczącymi zarządów regionalnych; nie pomogła kolektywna mądrość komisji krajowej. 13 grudnia 1981 roku nieopatrznie zwołana do Gdańska komisja krajowa została rozbita. O liderach związku społeczeństwo zapomniało; przetrwała w zasadzie tylko pamięć o liderach TKK – intensywnie lansowanych przez Radio Wolna Europa – i przede wszystkim o samym Wałęsie, który dzięki poparciu państw zachodnich na długie lata stał się w Polsce ikoną czy wręcz fetyszem Solidarności. Przelanie suwerenności na osobę przewodniczącego nie było wcale konieczne, gdyż Polska miała wtedy lidera o światowym zasięgu i chyba nie muszę pisać kto nim był. Wybory przewodniczącego przez cały Zjazd Krajowy okazały się ustrojową ślepą uliczką. Zjazd Krajowy nie zebrał się już nigdy więcej. Ze względu na marny mandat społecznego zaufania posłów (ordynacja proporcjonalna) Sejm III RP I kadencji był instytucją za słabą, aby rozliczyć Wałęsę z niespłaconego kredytu zaufania, uzyskanego po raz drugi w 1990 roku.

Tak zwany „II Krajowy Zjazd Delegatów” odbył się w 1990 roku. Była to już jednak zupełnie inna Solidarność, przez Andrzeja Gwiazdę słusznie nazwana „Neo-Solidarnością”. Inne związki zawodowe typu „Solidarność’80” czy „Sierpień’80” w żaden sposób nie kontynuowały solidarnościowej demokracji, a na ich czele stali niekiedy ludzie niegodni zaufania. Po roku 1989 Neo-Solidarność ani razu nie przeprowadziła ogólnokrajowego strajku generalnego, a po obaleniu rządu Suchockiej w 1993 r. stała się niezdolna do regionalnego strajku generalnego. Mimo że w jej ramach działało wielu uczciwych liderów, duch solidarnościowej demokracji wyparował niemal bez śladu. Przez długi czas ze złudną nadzieją oczekiwano, że dzięki decyzjom wyborców odrodzi się w Sejmie III RP. Niestety, ludzie administracji i mediów zręcznie podzielili społeczeństwo na grupy mniejszościowe o charakterze pseudo-etnicznym, cywilizacyjnym, konsumpcyjnym i środowiskowym. W latach 80-tych także narastało zjawisko subkultur młodzieżowych, które umożliwiło łatwe manipulowanie młodzieżą i kanalizowanie jej buntu. W rezultacie nastąpił rozpad demosu, rozpad narodu. Nastał czas kolorowych złudzeń „tęczowej demokracji”, w ramach której każdy złodziej może wyszarpać dla siebie smakowity kąsek. Jest to temat wart odrębnych, choć niezbyt wesołych studiów historyczno-socjologicznych.

Zdesperowany biedą, zdradą i brakiem perspektyw zatomizowany demos podjął trzecią już błędną decyzję w ciągu tego trzydziestolecia: zrzekł się części własnej suwerenności na rzecz instytucji Unii Europejskiej. To prawda, że dzięki temu wielu ludzi – zwłaszcza na wsi – uzyskało środki na utrzymanie; wieś polska jakby nieco „przytyła”, na łąkach nagle znowu pojawiły się krowy. Tu i ówdzie zbudowano boiska szkolne, wylano asfalt i położono eurokostkę. Wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta dał chwilę złudnej nadziei, że w ramach prawnego gorsetu brukselskiej biurokracji możliwa jest własna droga i budowanie nieformalnego sojuszu państw Europy środkowo-wschodniej przy poparciu Unii, a nawet bez jej poparcia. Wybór Kaczyńskiego to chyba jedyna trafna decyzja demosu w tym trzydziestoleciu, toteż reakcja Moskwy była adekwatna; nie wystarczało już internowanie, należało fizycznie zniszczyć polskie centrum decyzyjne, rozgrywając do tego wybujałe ambicje premiera Tuska.

Nasuwa się zatem ciągle pytanie: czy to zawsze musi się tak kończyć? Oczywiście nie, ale z tej historii chyba taki jest morał, że w cywilizacji zachodniej pełna demokracja nie jest możliwa. Starożytne demokracje stosowały dość okrutne mechanizmy zabezpieczające przed tyranią jednostek (ostracyzm, wygnanie lidera). W średniowieczu pogańscy Lutykowie ponoć bezwzględnie rozprawiali się z tymi, którzy uparcie sprzeciwiali się zgodnym uchwałom wspólnego zgromadzenia. To co jest możliwe w kulturze pogańskiej, okazało się nie do przeprowadzenia w kulturze „tęczowego chrześcijaństwa”: lustracja się nie powiodła, a o dekomunizacji już nikt nawet nie wspomina. Gdzie zatem szukać recepty na katastrofę, którą wokół siebie widzimy na każdym kroku?

Być może warto przyjrzeć się mądrości naszych przodków. Zawsze wierzyłem, że demokracja – ustrój Złotej Wolności – to ulubiony ustrój pana Boga, wymyślony dla ludzi dorosłych, ofiarnych i odpowiedzialnych, którzy lubią debatować i decydować o sprawach państwa. Demokracja jest ustrojem dobrym, ale jego wadą jest to, że dyktatura demosu może nieopatrznie przelać swój autorytet na mniejszość, co w warunkach agresji zewnętrznej prowadzi do miękkiej tyranii („wałęsizm”) lub do utraty suwerenności (słynne liberum veto). Z tej właśnie przyczyny mądra szlachta polska jeszcze w czasach Zygmunta III Wazy niezbyt ceniła czystą demokrację, skłaniając się ku mieszanej formie ustrojowej, w której populus dzieli się władzą z na w pół dziedziczną arystokracją (familiami senatorskimi) i z na w pół dziedziczną monarchią (tzw. ustrój dynastii elekcyjnej). Pierwsze jaskółki katastrofy ustrojowej pojawiły się za panowania Władysława IV, gdy izba poselska podjęła próbę zdominowania króla i senatu1, zaś władca nie chciał, a senatorowie nie potrafili się temu przeciwstawić. Za tymi pozornie demokratycznymi reformami kryła się wzmożona inwazja magnackich synków w szeregi poselskiej braci: wielu z nich (za przyzwoleniem króla) stawało się w izbie poselskiej liderami i stopniowo odsuwało w cień naturalnych liderów ziemiaństwa2. Obyśmy tego uniknęli w przyszłości.

Podejrzewam, że wkrótce znowu zdecydujemy się na metasarmacką kontrrewolucję. Zanim to jednak nastąpi radziłbym dobrze zapoznać się zarówno z błędami, jak i z mądrością naszych poprzedników, pamiętając o słowach nieodżałowanego Jana Chryzostoma Paska: „wszystkie na świecie publiki — cień to jest przeciwko sejmom. Nauczysz się polityki, nauczysz się prawa, nauczysz się tego, o czym w szkołach, jako żyw, nie słyszałeś”.

1 Wprawdzie podobne inicjatywy próbował przeprowadzić również Jan Zamoyski, ale na szczęście się nie powiodły. Por. Malec Sejm, s. 479.

2 Dzięgielewski Sejmy s. 186-189.

Otagowany , , , , , , , , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.