Pierścień Palikota

Misjonarza postępu i magnata-populistę można rozbroić, jeśli się należycie oceni to co mówi i to czego dokonał. (24.11.2011)

 

„…przybył do Daina wysłannik… z Mordoru…

Oznajmił mu, że Sauron Wielki pragnie naszej przyjaźni.

Ofiarowuje w zamian pierścienie, takie jak ongi rozdawał.”

 

J. R. R. Tolkien, Wyprawa

 

 

Przyznam, że do niedawna całkowicie lekceważyłem Janusza Palikota, gdyż pozował na przygłupa, a jego sukces wyborczy to w znacznej mierze nie jego zasługa. Ponieważ jednak obejrzałem kontr-exposé Jarosława Kaczyńskiego (tutaj: 1, 2, 3), youtube niczym tolkienowski palantir skusił mnie do obejrzenia wystąpienia również Palikota (tutaj: 1, 2). I ujrzałem człowieka chwilami ciągle jeszcze nieco śmiesznego jak Ikonowicz, Lepper czy Gadzinowski. Rozdawał on różne pierścienie – błyskotki, apelujące do potrzeby optymizmu i zaufania. Niestety również ujrzałem już pierwsze przejawy „nowego Palikota”: potencjalnie groźnego i zuchwałego wysłannika postępu, czerpiącego siłę nie z własnej osoby ani z wiary w swą szczęśliwą gwiazdę (jak na optymistę przystało), ale z misji która mu została powierzona lub też którą sam – jako człowiek inteligentny i odpowiedzialny – dobrowolnie przyjął. Zobaczyłem też czego się boi Janusz Palikot.

 

Swoje wystąpienie Palikot zaczął od pochlebstw pod adresem zdolności wyborczych Donalda Tuska. Był to jednak tylko retoryczny pretekst do ataku, składającego się z tez zaczerpniętych z postulatów wszystkich partii polskiego parlamentu za wyjątkiem PSL. Mówił zręcznie, poprawną polszczyzną, nieco tylko sepleniąc. Skonstatował fakt, że po exposé Tuska obawa przed nadchodzącym kryzysem musi się zamienić w pewność nadchodzącej katastrofy. I to zarówno wśród inwestorów („tłustych kotów”), jak i wśród 15 milionów ludzi biednych, których konsumpcja mogłaby przecież popchnąć polską gospodarkę do przodu. Jednak i ta krytyka rządu Tuska była zaledwie wstępem do własnego exposé, a właściwie kazania z ambony Janusza Palikota, którego nicią przewodnią był kapitał społecznego zaufania. Mimo, że 80% Polaków – jak stwierdził – przyznaje się do katolicyzmu, nie mamy do siebie zaufania. Więź religijna nie tworzy zaufania między obywatelami w życiu publicznym, lecz jedynie w życiu rodzinnym. Liberalne deregulacje proponowane przez Tuska nie mają sensu, gdyż mogłyby one zadziałać jedynie tam, gdzie ludzie mogliby mieć do siebie zaufanie. Ów brak zaufania między ludźmi wymusza konieczność istnienia pośredników między ludźmi, którymi są urzędnicy, notariusze i cała papierologia. W efekcie usługi będą zawsze drogie i nie powstanie nigdy w Polsce firma o zasięgu globalnym, gdyż taka firma mogłaby oprzeć się tylko na dużym kapitale społecznego zaufania. Następnie Palikot wymienił cztery sposoby budowy takiego kapitału. Jako pierwszy – edukacja. „Dzisiaj szkoła polska nastawiona jest tylko i wyłącznie na testy i indywidualny sukces. W swojej metodyce, sposobie zachowania, nie uczy zachowań grupowych. Ludzie w wyniku przejścia przez polską szkołę uczą się w życiu publicznym myślenia wyłącznie o sobie… To musimy do polskiej szkoły wprowadzić: a więc egzaminy – zespołowe, praca domowa – zespołowa”. Drugim sposobem budowy kapitału społecznego zaufania jest właściwa relacja między obywatelem a biurokracją. Administracja powinna pomagać obywatelom. Dokumenty, które obywatele nosili z urzędu do urzędu powinni nosić urzędnicy. Trzeci sposób budowy kapitału społecznego zaufania to zaprzestanie praktyki delegalizacji wszystkiego co robi problemy społeczne. PO 37 razy zmieniła kodeks karny. Dzisiaj za niepłacenie alimentów w wysokości 500 zł można trafić do więzienia na 2 miesiące co kosztuje 7000 zł. Człowiek, który prowadzi rower po dwóch piwach – trafia do więzienia. Człowiek, który wypalił jednego skręta – trafia do więzienia. Czwartym czynnikiem budowy kapitału zaufania jest kultura, rozwój kultury i używanie kultury „do budowania właściwych relacji społecznych”.

 

Po tym kazaniu umoralniającym Janusz Palikot wysunął postulat uchwalenia pakietu ustaw antytransferowych. „Ludzie bardzo bogaci, zamożni wydają głównie na produkty importowane” – grzmiał Palikot – „Nie ma żadnego powodu żebyśmy to tolerowali. Trzeba te pieniądze za wszelką cenę w naszym kraju zatrzymać”. Mały biznes ruszy, jeśli będzie miał prawo do błędów podatkowych (3 miesięczny okres bez podatków zaraz po założeniu firmy oraz prawo do samodzielnej interpretacji przepisów podatkowych). Trzeba wprowadzić podatek transakcyjny od operacji finansowych. Trzeba ludziom ułatwić przenoszenie się w poszukiwaniu pracy poprzez zwiększenie liczby mieszkań na wynajem. Mogłoby się to dokonać poprzez przekazywanie na rzecz budowy tych mieszkań gruntów należących do skarbu państwa (tu Palikot wskazał na rozwiązanie proponowane przez Kaczyńskiego, choć Kaczyński nie mówił o mieszkaniach na wynajem, lecz w ogóle o budowie mieszkań dla młodych ludzi, co jest zasadniczą różnicą). Konieczne są świadczenia socjalne dla ubogich. Pieniądze na to można wziąć z redukcji liczebności Sejmu, rozwiązania senatu, likwidacji powiatów, urzędów wojewódzkich oraz dzięki połączeniu ZUS i KRUS. Liczne agencje rządowe typu ARR, ANR można zlikwidować i pozyskać środki na wsparcie dla biednych. Tusk zaproponował rząd nie dla Polski, lecz dla Platformy Obywatelskiej. „Skasował pan Schetynę, musiał pan dowartościować Gowina… Nie możemy poprzeć pańskiego rządu także symbolicznie z powodu osoby Jarosława Gowina… Powołał pan na ministra sprawiedliwości funkcjonariusza kościoła katolickiego… Już pomijam, że nie ma na świecie drugiego człowieka, który słyszy zarodki”.

 

Przyjrzyjmy się uważnie tezom Janusza Palikota – będzie to być może podpowiedź jak rozbroić misjonarza postępu, ujrzeć co są warte oferowane przez niego pierścienie. Otóż po pierwsze formacja Janusza Palikota jest osobliwym potwierdzeniem jego tezy, że w Polsce brakuje kapitału społecznego zaufania. Palikot wyraźnie się boi, że stworzony ad hoc ruch poparcia nie ma oparcia w spójnym systemie wartości i w razie kryzysu przywództwa po prostu się rozpadnie. Mówi więc do Tuska: macie 4 lata kadencji. Pomóżcie! Jest jeszcze czas zanim do ataku ruszy straszliwy prezes lub jakiś inny lider prawicy. Musimy wyedukować moich wyborców. Przede wszystkim musimy jeszcze raz obniżyć wymagania odnośnie zdobywania wykształcenia, zgodnie ze starą sentencją, że „co jedna głowa, to nie dwa półgłówki”. Przyznaję, że ten postulat „grupowej edukacji” ma podłoże również racjonalne. Jest faktem, że internet styranizował system edukacyjny. A w internecie uczniowie nie tylko mogą znaleźć niemal wszystkie odpowiedzi na belferskie pytania, ale są także zmuszeni do działań zespołowych. Opublikowanie w youtube zwykłego filmu animowanego wymaga często współpracy kilkunastu osób, a nie wspomnę już o poważnych projektach naukowych, których już nie da się prowadzić w pojedynkę. Ponadto działania grupowe są w demokracji umiejętnością konieczną. A więc te „rzucone w kosmos” edukacyjne pomysły Palikota są warte poważnego rozważenia. Edukacja dla demokracji w Polsce nie istnieje, a bez niej trudno będzie PiS-owi wygrywać wybory. Kolejny jego ładnie brzmiący postulat, aby administracja nie oczekiwała od obywatela noszenia papierków między urzędami jest oczywiście słuszny, ale biorąc pod uwagę całokształt programu Palikota może też mieć oblicze i mniej przyjazne. Dopóki bowiem to obywatel musi te papierki przenosić, sprawuje on niejako kontrolę nad obiegiem dokumentów w swoich sprawach. Gdy tę kontrolę utraci, może ją utracić także w tych dziedzinach, które powinny być dla niego zastrzeżone (np wychowanie dzieci). Zdaniem Palikota należy też pozyskać sobie wszystkich tych, którym się noga omsknęła. To znów brzmi dosyć racjonalnie, bo czy warto zamykać do więzienia za drobne przewinienia? Czy nie lepiej stworzyć warunki poprawy? Ale o umożliwianiu poprawienia się Janusz Palikot ani słowem nie wspomina. Bo być może jazda rowerem po wypiciu piwa czy palenie skrętów to nie jest dla niego żaden problem. Ale już dzwonek alarmowy zapala mi się, gdy słyszę, że kultura ma być narzędziem budowania „właściwych” relacji społecznych. Czytelnik niech uruchomi wyobraźnię samodzielnie i powie mi, które relacje społeczne są „właściwe”.

 

Pomijam dalszą część wystąpienia Palikota, która nie była już kazaniem, lecz zbiorem różnorakich konkretnych postulatów, zaczerpniętych z lewa i prawa, barwnych pierścieni, oferujących lepsze jutro. Niektóre jednak brzmią niezbyt sympatycznie. Palikot po prostu „poszukuje” pracowników sezonowych, którzy tułają się po kraju za pracą – stąd ten postulat mieszkań na wynajem. A przecież wiemy, że jeśli ludzie ciągle wędrują za chlebem, nigdy się nie zakorzenią, nigdy nie stworzą kapitału społecznego zaufania, który wynika przecież z dobrej znajomości sąsiadów, z przyjmowania niepisanego założenia, że jeśli postawię rower pod płotem to nikt mi go nie ukradnie, bo nikt nie chce zostać lokalnym banitą. Zdumiewa mnie tylko propozycja, aby ludzie bogaci nie wydawali pieniędzy na towary importowane. W wystąpieniu Palikot wspomina o wieku XVII, ale dobrze wiadomo, że gdyby nie konsumpcja importowa, Pierwsza Rzeczpospolita już w I połowie XVII wieku zawaliłaby się pod ciężarem inflacji, która byłaby efektem nadmiaru pieniędzy pozyskanych z eksportu. Złoto nie tworzy bogactwa – czy trzeba o tym ciągle przypominać?

 

Podsumowując: pomysł Janusza Palikota polega na zastosowaniu różnych idei i środków w celu pozyskania czy nawet wykreowania szerokiej rzeszy zwolenników. W skład tej rzeszy mają wejść ludzie biedni i odrzuceni, niezależnie od przyczyn biedy i przyczyn odrzucenia. Ten akcent warto podkreślić: Palikot z jednej strony słusznie przyjmuje niewypowiedziane założenie, że przestępczość nie ma jednego źródła, że jest niejako definiowana przez działania ustawodawcy, policji i sądów, że to nie 10 przykazań określa kto jest, a kto nie jest przestępcą. Ale z drugiej strony próbuje zrównać uczciwych biedaków (którzy mają poczucie odrzucenia) z ludźmi faktycznie odrzuconymi z powodu łamania prawa czy patologii społecznej. To jest droga, którą kiedyś już poszli komuniści i której to drogi żaden uczciwy biedak nie powinien akceptować. Od urodzenia żyłem 35 lat w dzielnicy robotniczej otoczony normalnymi, uczciwymi ludźmi, ale przez to nieszczęsne komunistyczne założenie, że patologiczne rodziny należy integrować ze zwykłymi obywatelami, zawsze mieliśmy kłopoty z rozmaitymi meliniarzami, chuliganami, milicjantami, dziwkami i innym „elementem”. Na tym przykładzie widać czym jest pozorny „liberalizm” Janusza Palikota. Opanował bardzo zręcznie liberalne słownictwo, ale nadaje mu treść zgoła nieliberalną (nawet liberałowie się do niego nie przyznają). A może rację mają ci, którzy twierdzą, że komunista to liberał, któremu się śpieszy…

 

Wiemy już, że Janusz Palikot przyjął rolę misjonarza sił postępu rozdającego pierścienie. Nasuwa się pytanie: dlaczego to zrobił. Pomocą w odpowiedzi jest zrozumienie motywów działania XVII-wiecznego magnata-populisty, „tłustego kota”, który przemawia do ludu dobrze brzmiącymi sloganami. Zjawisko to opisane jest choćby w książce Leszka Kieniewicza Senat za Stefana Batorego oraz w licznych publikacjach i wystąpieniach Jana Dzięgielewskiego. W niektórych przypadkach latyfundium bywa nieefektywne ekonomicznie i wymaga stale wsparcia państwa – to dlatego patron postanawia włączyć się do życia publicznego i „zniżyć” do poziomu zwykłych obywateli, aby uzyskać poparcie a dzięki temu łaskawe oko króla i dzięki odpowiednim nadaniom królewskim uwolnić się choć od części kosztów. Źródłem samozadowolenia i inspiracją do działania są dla magnata-populisty jego klienci, o których musi zadbać i którzy nawzajem dbają o jego karierę. Otóż panuje powszechne przekonanie, że Palikot odniósł sukces gospodarczy (1), zresztą jeśli poczytać łatwo dostępną książkę Obłoja i Palikota pt. Myśli o nowoczesnym biznesie, to widać, że on wie co mówi. Na przykład w rozdziale Inny punkt widzenia stwierdza wyraźnie, choć nieco innymi słowami, że nowoczesna firma powinna wychowywać pracowników poprzez ingerowanie w ich życie prywatne. To oczywiście nie jest wprost patronat, ale z kontekstu wyraźnie wynika, że między szefem (firmą) a menedżerem tworzy się coś w rodzaju doraźnej więzi osobistej, że chodzi o paternalizm. Taka więź niekoniecznie musi być sama w sobie czymś złym, przecież nie wszyscy dorośliśmy do równości, a delikatne i taktowne poddaństwo jest niekiedy koniecznością bardzo życiową. Ale znów wyraźnie widać co trapi Palikota: alkoholizm pracowników. „Taki, który jeszcze nie czyni z człowieka warzywa” – stwierdza – „ale rodzi konieczność codziennego picia, zwłaszcza wieczorami.” Jako abstynent wiem na pewno, że te przedsiębiorstwa z których Palikot jest najbardziej znany są przedsiębiorstwami czerpiącymi zyski głównie ze sprzedaży złudzeń. Gdy widzę leżące wzdłuż wiejskiej drogi małe, puste piersióweczki, to mam wrażenie, że gdy odkorkuję butelkę, niczym dżin wysnuje się z niej Janusz Palikot i zacznie tyradę o pożytkach płynących z zalegalizowania marihuany. Tym właśnie sposobem ów magnat-populista staje się zakładnikiem systemu, który tworzy. Naturalne jest, że aby system ten utrzymać, musi go rozszerzać, a wraz z nim rozszerzać patologię, pozyskiwać nowych pijaków, gdy starym i zdegenerowanym zabraknie już funduszy na zakup złudzeń. Nie znam przykładu, aby grupowe spożycie alkoholu budowało samo z siebie jakieś więzi społeczne. Kto mądry ten pije tylko z przyjaciółmi, kto niemądry – ten ufa przygodnym towarzyszom kielicha. W jaki sposób można budować kapitał społecznego zaufania, gdy wędrując od miasta do miasta za chlebem szuka się przypadkowego towarzystwa i nie ma się pewności, czy na prywatce nie pomyli się szklanki kogoś innego i nie wyląduje się na detoksie z powodu zatrucia opiatami? A pigułkę gwałtu też wymyślili kaczyści? A sąsiad-pijak, który przez dwadzieścia lat kocha i wyzywa za ścianą swoją nałożnicę – czy on również zbuduje kapitał społecznego zaufania? Nie trzeba tłumaczyć, że rozbudzanie konsumpcji alkoholu (także poprzez prohibicję!) co prawda na krótką metę ratuje dochody, ale na dłuższą metę ogranicza lub uniemożliwia rozwój. Świadczy o tym aż nadto cała historia Rosji, a szczególnie Rosji sowieckiej. Tak więc dokonania Palikota, nawet jeśli rzeczywiście świadczą o życiowym rozmachu i osobistej energii, są w istocie bardzo kosztowne dla społeczeństwa, świadczą przeciw magnatowi i przeciw temu co mówi. W oparciu o konsumpcję alkoholu i marihuany można najwyżej zbudować system klientalny dla wybranych obywateli, nie zaś prawdziwy kapitał społecznego zaufania. A przyznać trzeba, że kapitał społecznego zaufania istotnie bardzo jest potrzebny i nie może być oparty wyłącznie na więziach parafialnych.

 

Misjonarza postępu i magnata-populistę można rozbroić jeśli się należycie oceni to co mówi i to czego dokonał. W cytowanej już książce Obłoja i Palikota czytamy: „W starożytnej Grecji obywatelem był człowiek, który nie musiał pracować. Kto więc pracował i tworzył dobra konsumpcyjne? Niewolnik. Kto dziś jest obywatelem? Nikt. Nawet politycy w końcu XX wieku to ludzie zapracowani. A szefowie firm? Także. Kto zatem? Artyści? Nie, oni pracują. Dziś nie ma obywateli, są tylko niewolnicy. Obywatelami mogliby być bezrobotni, ale nie są do tego przygotowani. W czasach greckiej świetności człowiek uczył się być obywatelem – uczył się przemawiać, dyskutować, rozważać, biesiadować. Większość bezrobotnych to ludzie źle wykształceni”. Taki jest świat według misjonarza postępu. Ale w jego sejmowym wystąpieniu słyszałem wyraźnie, że wśród bezrobotnych jest sporo ludzi z wyższym wykształceniem. On chyba zapomniał, a może nigdy nie wiedział o tym, że zmora komunizmu – „Solidarność” – narodziła się właśnie dlatego, że podczas strajku ludzie mieli wreszcie czas na to, aby się uczyć jak być obywatelami…To było właśnie to renesansowe otium, które pozwalało obywatelom troszczyć się o losy państwa.

 

A przy okazji niewolników i niewolnictwa, to może warto pamiętać o dokumentacji IPN (1). Bo jeśli zapomnimy, to może się zdarzyć, że za jakiś czas przybędzie do naszych drzwi nocą wysłannik z Mordoru i powie: „Sauron pragnie otrzymać od was drobny zadatek na poczet przyjaźni… Prosi mianowicie, żebyście odszukali… pewien mały pierścionek, najmniejszy z pierścieni…”. Ten mały pierścionek to pierścień władzy. Dajcie mi władzę, a system, który stworzyłem wokół fabryki snów i rzygów zastąpi wam Ojczyznę. Będziecie wolni. Będziecie mnie kochać i przeklinać.

 

Jakub Brodacki

 

ps. jeśli chodzi o uczciwych biedaków, to mówi o nich inny Janusz, mianowicie Janusz Śniadek, którego wystąpienie polecam.

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.