Perfidnie i złośliwie

Co musiałoby się stać, abym zagłosował na Ruch Narodowy.

16.06.2013

Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia budzi nas ryk wojskowych samolotów i śmigłowców. Budzimy się zlani potem i wyglądamy przez okna. Nic co prawda nie widać, ale odległe dudnienie armat oznajmia nam, że Wielki Brat postanowił udzielić nam bratniej pomocy.

Dalej wszystko dzieje się o wiele za szybko – milknie radio i telewizja, odcięty zostaje internet, głuchną wszystkie telefony. Tylko w gazetach wielkimi literami: „WOJNA! Zdradziecki najazd Putina!”. Po kilku dniach zjawiają się ruskie tanki i bojowe wozy piechoty – przez nikogo nie zatrzymywane. Za nimi ciągną oddziały MWD, które grzecznie witają się z miejscową władzą (najpewniej z ZSL-u), którą po powitalnej pijatyce wywożą w nieznanym kierunku. Następują aresztowania inteligencji, księży, czynnych i emerytowanych wojskowych i policjantów. Nieprzyjaciel wydaje przerażonej ludności zakaz zamykania domów na klucz. Rozpijaczeni sołdaci jako sublokatorzy okupują wszystkie domostwa, domagając się tego co zawsze: wódki, ćpania, dziewczyn i pieniędzy.

Postawa ludności jest rozmaita. Część młodzieży kryje się po lasach i zaroślach, korzystając z chwilowego rozgardiaszu. Niektórzy nawet kupują od ruskich broń, co nie jest wcale trudne, jeśli się do sprawy podejdzie w odpowiedni sposób. Mając broń można stać się postrachem okolicy i lokalni przestępcy rychło wyczuwają koniunkturę dla siebie. Są jednak i tacy, którzy broń kupują w porywie patriotycznej desperacji. Zaczyna się spontaniczne spiskowanie i po dwóch tygodniach trwa już malutka wojenka szarpana na tyłach frontu, połączona z wyrównywaniem porachunków w stosunku do uzbrojonych przestępców, którzy grasują po okolicy.

Wszystko to dzieje się jednak dużo później. Tymczasem już drugiego dnia główny rzut wojsk agresora zostaje jakimś cudem zatrzymany na przedpolach Warszawy. Z jakichś powodów zawiodła łączność, cysterny z benzyną ktoś ukradł po drodze i dzielni spadochroniarze specnazu po zajęciu głównych budynków rządowych daremnie czekają na przybycie sił głównych. Sytuacja jest patowa. Premier, prezydent, wszyscy ministrowie, większość posłów i senatorów oraz wielu innych dygnitarzy znajduje się pod kluczem rosyjskich komandosów, których otaczaja z kolei oddziały polskiej policji oraz antyterrorystów. Daremnie prezydent z premierem apelują do rozsądku dowódców specnazu i próbują wynegocjować kapitulację. Nikt z Rosjan nie chce ich słuchać jako jeńców. Car nie rozmawia z nikim, póki zwycięstwo nie będzie pewne. A przecież w Polsce nie wystarczy schwytać króla i jego dworzan; trzeba przede wszystkim zniszczyć moralnie naród.

Pomimo licznych apeli i błagań Zachód nie kwapi się z udzieleniem pomocy. Węgrzy próbują zwołać przedstawicieli NATO i chcą nawet wysłać na pomoc jakieś stare samoloty, ale nieoczekiwanie Słowacja nie wyraża zgody na przelot nad swoim terytorium. Czesi deklarują przysłanie jednej dywizji zmechanizowanej, ale za kilka dni; Niemcy – zaangażowani wspólnie z Francuzami w wojnę o wodę w Afryce są gotowi pomóc, ale dopiero za dwa tygodnie. Na razie udzielają gwarancji, że Wrocław, Gdańsk i Szczecin zostaną uratowane, co zostaje odebrane w Polsce jak najgorzej.

Mógłbym tak opisywać inne reakcje naszych sojuszników w możliwie najbardziej dowcipny sposób, lecz mogłoby to być jednak zbyt nużące. Dwóch z nich jednak nie mogę pominąć, to znaczy reakcji Holandii oraz reakcji Stanów Zjednoczonych. Holandia mianowicie deklaruje odpowiedni transport leków dla wojska, z marihuaną na pierwszym miejscu. Stany Zjednoczone natomiast otwierają Polsce linię kredytową na zakup uzbrojenia – odbiór sprzętu w Kaliforni, transport we własnym zakresie. Na więcej ich nie stać; toczą właśnie ciężką wojnę z Arabią Saudyjską, która ośmieliła się zakupić od Iranu technologię produkcji broni jądrowej.

Nic dziwnego zatem, że wśród polskiej elity panuje całkowite załamanie morale. Wprawdzie Rosjanie zostali zatrzymani, ale jest to w gruncie rzeczy kwestia przypadku – tak przynajmniej wydaje się większości. Samoloty i śmigłowce Polski nie bombardują; z jakichś powodów w ogóle ich nie ma nad polskim niebem. W końcu dochodzi do Polski informacja, że Chińska Republika Ludowa postawiła Moskwie ultimatum w sprawie Polski i zarządziła ostre pogotowie. W rosyjskich miastach dochodzi do licznych aktów dywersji i sabotażu; wybuchają bomby, a gdzie nie gdzie nawet zamieszki. Chińskie samoloty nieustannie naruszają przestrzeń powietrzną Federacji Rosyjskiej. Korea Północna zatwierdza atak rakietowy na Rosję.

Waszyngton ogarnia panika. Nikt nie ma pojęcia jak należy postąpić. Republikańscy nafciarze wspólnie z częścią demokratów cisną Biały Dom, aby udzielił Rosji bezwarunkowego poparcia. Większość kongresmenów i senatorów poważnie jednak obawia się tego kroku. Zalecają oni Białemu Domowi mediację pomiędzy Rosją a Polską. A ściślej biorąc cisną prezydenta, aby nakłonił Polaków do przyjęcia jakiejś części warunków, które postawi Putin.

Moskwa znajduje się w bardzo trudnej sytuacji. Przerzucenie wojsk lądowych na drugi kraniec Azji nie jest zadaniem logistycznie łatwym, biorąc pod uwagę chociażby nagle wysadzane w powietrze mosty na syberyjskich rzekach. Rosyjscy stratedzy źle przewidzieli reakcję Chin na małą wojenkę w „nieistotnej” Polsce; sądzili, że Chińczycy wesprą raczej Arabię Saudyjską. Rosyjskie przywództwo ogarnia ferment, Putin obawia się o swoje życie i planuje już nawet ucieczkę, gdy nagle dobija się do niego specjalny wysłannik prezydenta USA.

Car z miejsca odzyskuje swoją godność i butę. Zapytany o to, na jakich warunkach zgodziłby się zaprzestać działań wojennych w Polsce, Putin odpowiada, że Rosja czuje się przez Polskę zagrożona i musi zagwarantować swoje bezpieczeństwo strategiczne i energetyczne. Musi mieć gwarancję, że złoża łupków w Polsce będą eksploatowane tylko przez firmy rosyjskie. „No, ewentualnie białoruskie” – dodaje po chwili namysłu, ale ambasador USA nalega, aby zrezygnował z tego pomysłu. Próbuje mu perswadować, by poprzestał na amerykańskiej gwarancji, że złoża łupków w Polsce nie będą wydobywane nigdy. Putin z wielką niechęcią odpowiada, że musi to skonsultować z Gaspromem.

Upływają nerwowe godziny, podczas których napięcie w Waszyngtonie dobiega zenitu. W końcu Putin deklaruje, że owszem, gotów byłby przystać na amerykańską propozycję, ale ma kilka innych, drobnych warunków. Po pierwsze czasowa okupacja terytorium, które już zostało zajęte. Nie można przecież tak od razu wycofać żołnierzy („oczywiście, oczywiście” – skwapliwie potakuje amerykański wysłannik). Po drugie, na całym obszarze Polski zostaną rozpisane przedterminowe wybory prezydenckie i parlamentarne, ponieważ zdaniem Putina obecna władza w Polsce prawdopodobnie nie reprezentuje narodu. „Są na muszce moich komandosów” – dodaje z przekąsem, na co gość wybucha nerwowym śmiechem. „Czy wybory będą całkowicie wolne?” – pyta Amerykanin, mrużąc oczy. „Oczywiście” – odpowiada Putin z rozbrajającą szczerością – „wszystko zgodnie ze standardami światowej demokracji”. Gdy rozmówca wyraża w tej sprawie pewne wątpliwości, Putin pokazuje mu wycinek z jakiejś polskiej gazety sprzed kilku lat, w którym polski minister spraw zagranicznych stwierdził, iż Rosja nigdy nie była tak bardzo demokratycznym krajem, jak jest obecnie. „Sami widzicie” – mówi – „że także wśród Polaków są ludzie zdolni do obiektywnego myślenia”.

W tym momencie rozmowę przerywa telefon i Putin przepraszając rozmówcę zostaje poproszony o pilny udział w naradzie rosyjskiego sztabu generalnego. Generałowie są przerażeni sytuacją. Rosyjska armia nawet nie rozpoczęła właściwego przemieszczenia w stronę wschodniej granicy. Pokazują przypuszczalne kierunki ataku Chińczyków. Choć właściwie znacznie bardziej obawiają się dywersji. „Jeśli Chińczycy uruchomią całą swoją agenturę, to mogą właściwie już nie wypowiadać wojny, bo i tak wojna będzie wygrana” – oznajmia jeden z generałów. Putin blednie, lecz długoletnie wyszkolenie pomaga mu się opanować. „Spokojnie, towarzysze” – odpowiada – „rosyjska armia nie będzie musiała się wcale ruszyć z Polski. Wszystko już załatwiłem z Amerykanami. Musimy tylko zmusić Polaków, aby to wszystko przyklepali w swoim Sejmie”. Gdy jeden z generałów zwraca Putinowi uwagę, że na tyłach frontu działa coraz więcej polskich desperatów z bronią w ręku, Putin odpowiada: „Nie bójcie się, Polacy to odpowiedzialny naród. Na pewno zaufają Amerykanom. Musimy im tylko przywrócić łączność i umożliwić nadawanie radiu i telewizji. Włączcie także internet”. „A intiernet toże?” – pyta jeden z generałów ze zdumieniem. „Da, intiernet toże” – potwierdza z lekką irytacją car Putin i powraca do swego amerykańskiego rozmówcy.

Wszystko już ma pod kontrolą, toteż na stole negocjacyjnym pojawiają się wódka i zakąski. Jest co świętować. Wybory będą co prawda wolne, ale nie wszyscy będą mogli w nich brać udział, czego Amerykanin jeszcze nie wie. A no i pół kraju będzie ciągle pod rosyjską kontrolą. W Warszawie budynki rządowe nadal są w rękach specnazu, zaś Polacy nie podejmują próby odbicia jeńców. Jakoś nikt tych jeńców nie lubi. Rosjanie sugerują raczej wyłonienie rządu tymczasowego, który jak najprędzej podpisze rozejm.

„Jak najprędzej” – szepcze cała Warszawa, a wraz z nią cała Polska. Jaki ten Putin łaskawy! Nie tacy straszni ci ruscy, jak ich malują. Co prawda zza Wisły dochodzą informacje o jakichś incydentalnych gwałtach, grabieżach, znikaniu inteligencji, ale wszystkie środki masowego przekazu, cały internet, ulice pełne ludzi – są szczęśliwe. Pod ambasadą amerykańską dochodzi do wielotysięcznej manifestacji wdzięczności. Przeciwnicy Rosji próbują co prawda wyjaśniać i perswadować, że powinno się manifestować wdzięczność raczej pod ambasadą chińską, ale ich głos tonie w powodzi ogólnego hurra-optymizmu. Zresztą Chińska Republika Ludowa wkrótce normalizuje stosunki z Federacją Rosyjską, bo tak naprawdę sytuacja na Bliskim Wschodzie jest dla niej o wiele bardziej niepokojąca, niż sytuacja w Polsce, która nie potrafi nawet się zachować jak człowiek. Amerykanie biją Saudyjczyków na głowę, ale rzeka chińskich pieniędzy idzie na podtrzymanie saudyjskiej partyzantki. „Widzicie?” – mówią przeciwnikom Rosji rozentuzjazmowani zwolennicy rozejmu – „Chiny i tak by nam nie pomogły, a Rosja jest blisko i jest groźna. Cieszmy się, że Amerykanie nam pomogli, a Putin okazał się rozsądny”. „Ależ wojska rosyjskie cały czas stacjonują na naszym terytorium!” – perswadują rusofoby – „jeśli warunkiem zawarcia rozejmu mają być nowe wybory, to jak one mają być wolne, jeśli 1/3 kraju jest pod okupacją, a co więcej na zachodnim brzegu Wisły aż do Odry kręcą się rosyjscy dywersanci?”. Taka ogólnonarodowa debata przewala się na facebooku i w całej blogosferze i mało kto już zdaje się pamiętać o tym, że wśród tych znakomicie piszących po polsku blogerów działa kilka tysięcy znakomitych rosyjskich polonistów, sowicie opłacanych przez FSB i GRU. A jednak nawet ich wpływ nie znaczy tyle, co nagła ulga i spodziewany pokój.

Jakiś czas później pojawia się opinia, że dla zawarcia trwałego pokoju dobrze byłoby poprzeć dwa ugrupowania polityczne, które do tej pory nie sprawowały władzy, to znaczy Ruch Narodnicki oraz Ruch Marksizmu-Lesbianizmu. Ten ostatni co prawda miał już w parlamencie swoją reprezentację, ale używany był raczej jako bicz na tych głupich rusofobów z opozycyjnej partii Postępu i Sprawiedliwości. Ruch Narodnicki natomiast w parlamencie nie siedział, ale próbował znaleźć sobie trochę więcej przestrzeni poprzez krytykę Partii Okołorządowej i urządzanie hałaśliwych bójek z policją w centrum stolicy. Opinia, że należy poprzeć nowe ugrupowania, szerzy się niczym pożar. „Potrzebujemy zmian” – powtarzają jak mantrę młodzi marksiści-lesbianiści – „do czego wy, starzy, doprowadziliście? Do wojny z naszym sąsiadem, z którym przecież można się dogadać. A wiecie jakie tam są perspektywy handlu? Jesteśmy obywatelami świata, nie będziemy umierać za Warszawę!”. „Potrzebujemy zmian” – potakują im młodzi narodnicy – „do czego ta Zoolidarność doprowadziła? Rozprzedali cały majątek narodowy, uzależnili nas od Zachodu i wprowadzili do Polski lesbianizm. Rosja jest zdrowa moralnie i ma swojego papieża. Możemy się z nią dogadać”.

Sojusz narodników i marksistów-lesbianistów wokół walki o pokój zatacza coraz szersze kręgi. Sondaże wyborcze wskazują, że te dwa ugrupowania odniosą w wyborach piorunujące zwycięstwo. Kto jednak uzyska większość, tego nie wiadomo, bowiem sondaże nie obejmują okupowanej części kraju, na której sytuacja robi się coraz mniej wesoła. Ale i na zachód od Wisły nie ma się z czego cieszyć. Niemcy okupują Wrocław, Szczecin i Gdańsk, i nieoficjalnie grożą poważnymi konsekwencjami, jeśli wybory wygra którakolwiek z „młodych” partii.

* * *

Ten absurdalny potok świadomości, który jest oczywiście całkowicie nieprawdopodobny, mógłbym ciągnąć całymi godzinami. Przechodzę więc do sedna: tak, zagłosowałbym na Ruch Narodowy pod jednym warunkiem. Że zdołałby mnie przekonać, iż ma w swoich szeregach poważną grupę rusofobów, takich jak ja. Grupę na tyle poważną, że posiadającą nad całym ruchem nienaruszalny pakiet kontrolny. I wydaje się, że poprę taki Ruch Narodowy. Chyba nazywa się on jakoś tak: Prawo i Sprawiedliwość.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.