Otium – skrót

W latach 1980-1981 w skali masowej odrodziła się Złota Wolność. Czy odrodzi się jeszcze?

Złota Wolność to ustrój, w którym decyzje podejmuje się w drodze jawnej, wolnej debaty i zawartego konsensusu. W uproszczeniu można powiedzieć, że proces decyzyjny polega na tworzeniu publicznej narracji wokół spraw państwa w atmosferze wolności słowa, przy poszanowaniu kluczowych instytucji państwa, szczególnie zaś głowy państwa i parlamentu; w mniejszym zaś stopniu sądów i prawa. Narrację prowadzi zazwyczaj rząd, aktywnie uczestniczą w niej i oceniają ją obywatele. Proces decyzyjny trwa długo, wymaga wiele czasu poświęconego na politykowanie, negocjowanie, uzgadnianie i zwyczajne gadulstwo. Aby wszystko działało jak należy, obywatele z jednej strony muszą być wychowani patriotycznie, a z drugiej – nie mogą żyć w strachu przed policją i rządem. Powinni być ofiarni, ale budżet nie może być stały, zaś nałożenie podatków każdorazowo musi wymagać ich zgody. Ustrój także powinien posiadać niezbędne zabezpieczenia przed uzurpacją władzy; między innymi konieczna jest nieufność zarówno wobec rządu jak i wobec zjawiska partyjności; rząd powinien dysponować niezbędnym minimalnym budżetem stałym, aby nie stać się zakładnikiem bogatszych obywateli. Uogólniając, taki ustrój istniał w Pierwszej Rzeczypospolitej przed 1652 rokiem i nazywany był monarchią mieszaną (monarchia mixta).

Ustrój ten był jeszcze łatwy do pojęcia dla romantyków, ale w miarę upływu czasu zaczął obrastać epitetem „polskiej anarchii”. Dziś Złota Wolność to pojęcie skrajnie zniekształcone, prezentowane głównie jako synonim opilstwa i obżarstwa. Polska znajduje się pod realnym i ideologicznym butem ościennych mocarstw, program szkolny koncentruje się od dawna na wychowywaniu operatywnych najemników, toteż obywatele mają wielki kłopot z rozumieniem najbardziej podstawowych pojęć demokracji takich jak wolność słowa czy konsensus. Biurokratyczne unijne państwo-maszyna, w którym obecnie żyjemy, może samo się nazwać demokracją, ale realnie demokracją nigdy nie będzie. Jeżeli obywatele pragną demokracji, nie osiągną jej w oparciu o stworzone przez maszynę instytucje ustrojowe. Gatunek ludzki bardzo różni się od mrówek, pszczół, termitów i innych owadów społecznych, na których organizacji wzoruje się państwo-maszyna. Aby zrozumieć demokrację, musimy więc porzucić brukselską entomologię na rzecz polskiej historii. I to wcale nie bardzo odległej. W latach 1980-1981 Polacy na krótko odbudowali przecież Złotą Wolność i w dodatku przekształcili ją w ustrój masowy.

Nie do wiary? A jednak! Stało się to nieoczekiwanie, bo społeczeństwo polskie znało już partyjność (okres międzywojenny), a przeciez partyjność to zaprzeczenie Złotej Wolności (Sarmaci piętnowali wszelkie zalążki partyjności jako największe zło). Nieoczekiwanie, bo sowiecka biurokracja w najbardziej brutalny sposób próbowała sprowadzić nasz naród do społeczeństwa owadów społecznych. A jednak nie udało się.

Można powiedzieć, że w świeckim tego słowa znaczeniu patronem „Solidarności” był patronujący zgodzie Duch Święty. A więc mistyczne słowa Jana Pawła II – „Niech zstąpi Duch Twój” – potraktowano jako praktyczną wskazówkę ustrojową i zrealizowano na sposób sarmacki. W działaniach maksymalnie dążono do jedności, a wręcz unikano partyjności, maskowano podziały. Aby uniknąć rozłamu nie ujawniano nawet znanej „mózgom” Solidarności agentury w kierownictwie Związku. Ale zasada zgody nie była jedyną cechą „Solidarności”. Gdy wybuchły strajki, ludzie zamiast wychodzić na ulicę (gdzie milicja – jak w 1970 roku – mogłaby ich łatwo rozpędzić) zamknęli się w zakładach niczym w kresowych fortecach i zawiązali pięć konfederacji regionalnych: MKS Gdańsk, MKS Szczecin oraz trzy konfederacje górnośląskie (w Jastrzębiu, Bytomiu i Hucie katowice). W miarę jak strajk się przedłużał, narastał swego rodzaju kapitał demokracji. Ludzie nie mieli co robić, nudzili się, grali w karty, czasem bali się stłumienia strajku siłą, więc żeby ich czymś zająć, przywódcy strajku w naturalny sposób nakłonili ich do debatowania nad sprawami państwa. Nieformalny sejmik trwał wiele dni. Komuniści próbowali zyskać na czasie, ale im dłużej trwał strajk, tym dłużej trwał czas wolny poświęcony sprawom państwa. Ten czas wolny był w rzeczywistości podstawowym warunkiem zaistnienia demokracji. W czasach renesansu określano go mianem otium, to znaczy wolnego czasu, który zamożni obywatele poświęcają na rozrywki intelektualne, a w tym – na politykowanie.

Ktoś ważny może ironicznie spytać, w jaki sposób robotnicy są zdolni do rozrywek intelektualnych. Jak zapewnić otium dla mas, skoro masy wcale go nie pragną? Ano, ogłosić strajk. A więc zasada zgody i strajkowe otium to przyczyny, dla których Pierwsza Solidarność tak bardzo przypominała Pierwszą Rzeczpospolitą. Demosem demokracji nie są bowiem wszyscy formalni obywatele, ale obywatele choć trochę świadomi swego obywatelstwa, poświęcający wolny czas nie tylko na grillowanie czy oglądanie meczu – ale również na aktywne politykowanie. Latem 1981 roku demos, lub – jeśli ktoś woli – naród w Polsce liczył 9 476 584 dorosłych, co stanowi około 1/3 ogółu mieszkańców.

Zatrzymajmy się nad sześcioma dniami lata 1981 roku, podczas których najlepiej zobaczymy funkcjonowanie dobrze zorganizowanego demosu. Jest to nam dzisiaj potrzebne, abyśmy nie dali się otumanić doktryną brukselskiej entomologii. W dniach 5-10 września odbywała się w hali sportowej Olivia I tura Pierwszego Krajowego Zjazdu Delegatów. Moim zdaniem, Zjazd był Sejmem Niepodległej Rzeczypospolitej, ale bez pełnej kontroli nad terytorium państwa. A więc jego faktyczną rolę można porównać do roli Walnej Rady Konfederackiej, to znaczy takiego Sejmu, którego uchwały stać się mogły prawem dopiero w wyniku bądź kompromisu z wrogiem wewnętrznym bądź pełnego zwycięstwa nad wrogim mocarstwem. Skoro był to Sejm Niepodległej Rzeczypospolitej, to warto w specjalny sposób przyjrzeć się jego procedurze obrad. Moja analiza (szerzej patrz wersja rozszerzona) wykazuje, że Pierwszy Krajowy Zjazd Delegatów z powodzeniem można porównać do izby poselskiej Sejmu Pierwszej Rzeczypospolitej sprzed pierwszego liberum veto w 1652 roku. Tak, pokolenie „Solidarności” stworzyło efemeryczny ustrój, który śmiało można nazwać ustrojem metasarmackim. Piszę „efemeryczny”, co nie oznacza, że był on z natury nietrwały. Faktem jest, że został zaatakowany i nie przetrwał, a w drugiej połowie lat 80-tych nie posiadał już zdolności do samoczynnego odrodzenia. Nie oznacza to jednak, że nie odrodzi się w przyszłości w jakiejś nieznanej jeszcze odsłonie.

Kto ciekawy szczegółów, tego zachęcam do uważnej lektury rozszerzonej wersji niniejszego tekstu. Tutaj chcę zwrócić uwagę tylko na kilka kluczowych zagadnień. Zaznaczam jednak, że dotyczą one wyłącznie I tury I KZD.

1. I KZD był zgromadzeniem „wolnym”, czyli nieskrępowanym sztywną procedurą. Od procedury odstępowano każdorazowo, gdy pojawił się nacisk liczącej się grupy delegatów lub gdy zgłoszone zostały argumenty merytoryczne. Swoisty rytuał parlamentarny był bardziej istotnym organizatorem obrad, niż regulamin. Są to cechy typowe dla staropolskiej izby poselskiej, choć poddane rozmaitym modernizacjom.

2. Specyficzna ordynacja wyborcza nadawała delegatom wysoki mandat społecznego zaufania, gdyż wybierani byli kwalifikowaną bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy uprawnionych do głosowania. Zasady te przynajmniej teoretycznie stawiają autorytet delegatów bardzo wysoko, zbliżają go do statusu części posłów w staropolskiej izbie poselskiej (wybieranych jednogłośnie), a w większości przypadków nawet przewyższając, gdyż poza kilkoma wspomnianymi wyjątkami sejmiki co prawda dążyły do jednogłośnego wyboru, ale w razie niezgody wybierały posłów zwykłą większością głosów. Autorytet delegatów na I KZD podwyższała ich równość: w przytłaczającej większości reprezentowali oni bowiem okręgi liczące sobie 10 tys. osób. Autorytet delegatów wzmacniało i to, że choć wybierano ich w głosowaniu tajnym, jednak kontrolę nad jego przebiegiem sprawowali zgromadzeni na walnych zebraniach wyborcy. Jest to sytuacja nieporównanie lepsza, niż w przypadku całodniowych wyborów, kontrolowanych przez partyjne komisje wyborcze, które w lokalnych ośrodkach mogą się dopuszczać fałszerstw. Wprawdzie na walnym zebraniu może dojść do zaburzeń (jak wiemy sejmiki nie zawsze były wzorem kultury politycznej), utrudniających lub uniemożliwiających wybory, ale bez wątpienia nie ma lepszego sposobu kontroli, niż obecność wszystkich głosujących podczas głosowania.

3. Niektórzy delegaci, jak np Marek Janas i Patrycjusz Kosmowski, zdawali sobie sprawę z podobieństw demokracji solidarnościowej i demokracji sarmackiej.

4. Na sali obrad delegaci na I KZD siedzieli nie według podziałów partyjnych, lecz terytorialnych; ta sama zasada obowiązywała w staropolskiej izbie poselskiej. Taki porządek zasiadania na I KZD wynikał z zagwarantowanych statutowo praw regionów do „samostanowienia”. „Solidarność” była niejako federacją związków regionalnych, co nadawało reprezentacjom regionów status bardzo wysoki. Według statutu delegaci mieli otrzymywać od wyborców instrukcje wyborcze. Przepis ten zniesiono dopiero na samym Zjeździe, zmieniając słowo „instrukcje” na „zalecenia”. Prawa regionów w istotny sposób utrudniały powstanie partyjności i dominację większości nad mniejszością. Zmiany w statucie wymagały ratyfikacji przez zarządy regionalne (większość kwalifikowana). Podobieństw z demokracją sarmacką chyba nie muszę wyjaśniać.

5. Niektóre wieksze i aktywniejsze regiony cieszyły sie wiekszym autorytetem, co przypomina autorytet reprezentacji tzw. „górnych województw” w staropolskiej izbie poselskiej.

6. Komisje do różnych zadań Zjazd wybierał en bloc, czyli każdy sektor na sali wyznaczał jednego członka komisji i skład komisji automatycznie uznawano za wybrany. De facto była to zasada zgody reprezentacji terytorialnych (zgrupowanych w wieksze sektory).

7. Wyniki głosowania w przytłaczającej większości uzyskiwano na podstawie oceny wzrokowej, dokonywanej przez komisję skrutacyjną. Podawano, że wniosek uzyskał znaczną większość lub że został odrzucony, a w przypadku liczenia głosów podawano tylko liczbę głosujących „za”. Pozwalało to uniknąć chamskiego triumfowania większości nad upokorzoną mniejszością. Głosowano tylko jawnie, nawet nad sprawami ocierającymi się o kwestie personalne (co akurat było dość ryzykowne).

8. Zjazd wybrał przewodniczącego większością, ale pozostałe głosy, oddane na kontrkandydata, uznano za jednakowo ważne i kontrkandydat został wiceprzewodniczącym Zjazdu. Ponadto wybrano kolektywnego „marszałka obrad” w postaci licznego prezydium Zjazdu. Obrady prowadziły rotacyjne „trójki prowadzące”, nie zawsze przewodniczący czy jego zastępca. Przez długi czas uniknięto w ten sposób buntu delegatów wobec przewodniczącego. Rozwiązania te są zupełnie inne, niż rozwiązania sarmackie, ale realizują bez wątpienia sarmackiego ducha zgody.

9. Prowadzący obrady miał prawo odebrać delegatowi głos, ale jeśli delegat odwołał się do pozostałych delegatów i uzyskał ich poparcie – mógł mówić dalej. Podobnie delegaci mogli odebrać głos mówcy poprzez podnoszenie i kiwanie mandatami. Rytuały te wprowadzili Maciej Jankowski i Jerzy Milewski. Podobne reguły panowały w izbie poselskiej, tyle że marszałek obrad nie mógł odebrać mówcy głosu, a posłowie nie kiwali madatami, tylko głośnymi okrzykami wspierali lub negowali mówcę.

10. Gdy ostatniego dnia obrad delegatom na I KZD zabrakło jedzenia, obradowali praktycznie bez przerwy, dzięki czemu efektywność obrad wzrosła i może być porównywalna z efektywnościa obrad w staropolskiej izbie poselskiej, która obradowała bez przerw na posiłki.

11. Porządek obrad był na I KZD łamany tak często, że lepiej byłoby powiedzieć, że go w ogóle nie było. W każdym razie nie obowiązywał on w sposób sztywny. Wolna debata polegająca na poruszaniu różnych spraw jednocześnie lub w kolejności zgłaszanej na bieżąco dominowała nad porządkiem obrad i w znacznej mierze go rozsadzała. W ten sposób nikt nie mógł się czuć pominięty. Była to droga do tworzenia prawa, które jest akceptowane przez wszystkich, a zatem ma rangę sakralną. Na zasadzie wolnej debaty działała także staropolska izba poselska.

12. Ważnym rytuałem były głosowania wstępne (zwane niewłaściwie „sondażowymi”) nad różnymi sprawami. Głosowania wstępne nie rozstrzygały o sprawie, ale pozwalały taktownie uświadomić przeciwnikom, że nie powinni wchodzic w spory w sprawach, które wydają się przesądzone jeszcze przed właściwym głosowaniem. W czasach staropolskich starano się unikać takich głosowań, aby nie dopuścić do choćby najmniejszego zdominowania mniejszości przez większość, ale czasami nie dawało się ich uniknąć (np podczas głosowania nad wyborem marszałka lub nad prolongowaniem obrad).

13. Delegaci na I KZD niechętnie przenosili swoje uprawnienia ustawodawcze na ciała kolegialne. Zarówno komisja statutowa, jak komisja uchwał i wniosków oraz komisja programowa, działały bez pełnomocnictw. Projekty uchwał dyskutowane przez komisje tak czy owak powracały na salę plenarną i to tam odbywała się decydująca debata. Jest to cecha typowa dla komisji parlamentarnych okresu staropolskiego przed 1652 rokiem.

14. Ostatni dzień obrad I tury I KZD żywo przypominał przebieg tzw. „konkluzji sejmowej” w czasach staropolskich. Panujące zamieszanie, poprawianie błędów w uchwałach, zgłaszanie i uwzględnianie nagłych protestów o ile poparte były racjonalną argumentacją, rozpaczliwe tamowanie obrad za pomocą kruczków proceduralnych, „wrzucanie” projektów uchwał w ostatniej chwili oraz obalanie tekstów zdawałoby się kompromisowych i przywracanie wersji pierwotnych – to typowe zjawiska staropolskiej konkluzji sejmowej przed rokiem 1652, występujące również podczas I tury I KZD w roku 1981. Na konkluzji wszystko mogło się zdarzyć i każda zła ustawa mogła zostać powstrzymana, a poprzednio odrzucona – znów przywrócona.

Polecając rozszerzoną wersję tekstu chcę jeszcze krótko przedstawić wnioski. Tytuł artykułu – Otium dla mas – jest nieprzypadkowym nawiązaniem do tezy Karola Marksa, że religia to opium dla mas. Pokolenie Solidarności mogło przez ostatnie trzydzieści lat obserwować wszystkie fazy rozwoju, zdławienia siłą, kontrolowanego „odrodzenia” i postępującej degeneracji solidarnościowej demokracji. Jak to się stało?

Zrozumiałem to dopiero po analizie obrad I KZD. Otóż, choć w latach 1980-1981 debatowano w sposób wolny i zgodnie podejmowano wiele decyzji, to jednak przeważyła wola większości, aby suwerenność całego Związku przelać na osobę przewodniczącego i jego zaufanych. Nie pomogło tu wcale „otorbienie” Lecha Wałęsy silnymi przewodniczącymi zarządów regionalnych; nie pomogła kolektywna mądrość komisji krajowej. 13 grudnia 1981 roku nieopatrznie zwołana do Gdańska komisja krajowa została rozbita. O liderach związku społeczeństwo zapomniało; przetrwała w zasadzie tylko pamięć o liderach TKK i przede wszystkim o samym Wałęsie, który dzięki poparciu państw zachodnich na długie lata stał się w Polsce ikoną czy wręcz swego rodzaju „fetyszem” Solidarności. Przelanie suwerenności na osobę przewodniczącego nie było wcale konieczne, gdyż Polska miała wtedy lidera o światowym zasięgu i chyba nie muszę przypominać kto nim był.

Tak zwany „II Krajowy Zjazd Delegatów” odbył się w 1990 roku. Była to już jednak zupełnie inna Solidarność, przez Andrzeja Gwiazdę słusznie nazwana „Neo-Solidarnością”. Inne związki zawodowe typu „Solidarność’80” czy „Sierpień’80” w żaden sposób nie kontynuowały solidarnościowej demokracji, a na ich czele stali niekiedy ludzie niegodni zaufania. Po roku 1989 Neo-Solidarność ani razu nie przeprowadziła ogólnokrajowego strajku generalnego, a po obaleniu rządu Suchockiej w 1993 r. stała się niezdolna do regionalnego strajku generalnego. Mimo że w jej ramach działało wielu uczciwych liderów, duch solidarnościowej demokracji wyparował niemal bez śladu. Przez długi czas oczekiwano, że dzięki decyzjom wyborców odrodzi się w Sejmie III RP. Niestety, ludzie administracji i mediów zręcznie podzielili społeczeństwo na grupy mniejszościowe o charakterze pseudo-etnicznym, cywilizacyjnym, konsumpcyjnym i środowiskowym.

Podzielone i zdesperowane biedą społeczeństwo łatwo było skłonić do poparcia projektu wstąpienia do Unii Europejskiej, która jawiła się jako państwo naprawdę poważne, a na pewno zasobne. Wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta dał chwilę złudnej nadziei, że w ramach prawnego gorsetu brukselskiej biurokracji możliwa jest własna droga i budowanie nieformalnego sojuszu państw Europy środkowo-wschodniej przy poparciu Unii, a nawet bez jej poparcia. Wybór Kaczyńskiego to chyba jedyna trafna decyzja demosu w tym trzydziestoleciu, toteż reakcja Moskwy była adekwatna; nie wystarczało już internowanie, należało fizycznie zniszczyć polskie centrum decyzyjne, rozgrywając wygórowane ambicje personalne premiera Tuska.

Zawsze sądziłem i sądzę, że demokracja – ustrój Złotej Wolności – to ulubiony ustrój Pana Boga, wymyślony dla ludzi dorosłych, ofiarnych i odpowiedzialnych, którzy lubią debatować i decydować o sprawach państwa. Demokracja – czyli ustrój oparty na zasadzie zgody – jest ustrojem dobrym, ale jego wadą jest to, że dyktatura demosu może nieopatrznie przelać swój autorytet na mniejszość, co w warunkach agresji zewnętrznej prowadzi do miękkiej tyranii („wałęsizm”) lub do utraty suwerenności (słynne liberum veto). Z tej właśnie przyczyny mądra szlachta polska jeszcze w czasach Zygmunta III Wazy niezbyt ceniła czystą demokrację, skłaniając się ku mieszanej formie ustrojowej. Pierwsze jaskółki katastrofy ustrojowej pojawiły się za panowania Władysława IV, gdy izba poselska podjęła próbę zdominowania króla i senatu, zaś władca nie chciał, a senatorowie nie potrafili się temu przeciwstawić. Za tymi pozornie demokratycznymi reformami kryła się wzmożona inwazja magnackich synków w szeregi poselskiej braci: wielu z nich (za przyzwoleniem króla) stawało się w izbie poselskiej liderami i stopniowo odsuwało w cień naturalnych liderów ziemiaństwa. Obyśmy tego uniknęli w przyszłości.

Podejrzewam, że wkrótce znowu zdecydujemy się na metasarmacką kontrrewolucję. Zanim to jednak nastąpi, radziłbym dobrze zapoznać się zarówno z błędami, jak i z mądrością naszych poprzedników, pamiętając o słowach nieodżałowanego Jana Chryzostoma Paska: „wszystkie na świecie publiki — cień to jest przeciwko sejmom. Nauczysz się polityki, nauczysz się prawa, nauczysz się tego, o czym w szkołach, jako żyw, nie słyszałeś”.

Jakub Brodacki

Otagowany , , , , , , , , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.