Otium dla mas

Sejm metasarmackiej kontrrewolucji

I tura I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” była świętem Złotej Wolności w skali masowej.

Złota Wolność to ustrój, w którym decyzje podejmuje się w drodze jawnej, wolnej debaty i zawartego konsensusu. W uproszczeniu można powiedzieć, że proces decyzyjny polega na tworzeniu publicznej narracji wokół spraw państwa w atmosferze wolności słowa, lecz przy poszanowaniu kluczowych instytucji państwa, szczególnie zaś głowy państwa i parlamentu; w mniejszym zaś stopniu sądów i prawa. Narrację prowadzi zazwyczaj rząd, aktywnie uczestniczą w niej i oceniają ją obywatele. Proces decyzyjny trwa długo, wymaga wiele czasu poświęconego na politykowanie, negocjowanie, uzgadnianie i zwyczajne gadulstwo. Aby wszystko działało jak należy, obywatele z jednej strony muszą być wychowani patriotycznie, a z drugiej – nie mogą żyć w strachu przed policją i rządem (Neminem captivabimus nisi jure victum!). Powinni być ofiarni, ale budżet nie może być stały, zaś nałożenie podatków każdorazowo musi wymagać ich zgody. Ustrój także powinien posiadać niezbędne zabezpieczenia przed uzurpacją władzy; między innymi konieczna jest nieufność zarówno wobec rządu, jak i wobec zjawiska partyjności; rząd powinien dysponować niezbędnym minimalnym budżetem stałym, aby nie stać się zakładnikiem bogatszych obywateli. Uogólniając, taki ustrój istniał w Pierwszej Rzeczypospolitej przed 1652 rokiem i nazywany był monarchią mieszaną (monarchia mixta).

Degeneracja ustrojowa sprowadziła Złotą Wolność zaledwie do postulatu. Ideologia wolnościowa na papierze i w oratorstwie rozwijała się dalej, ale w XVIII wieku Złota Wolność najlepsze czasy miała już za sobą. W 1766 roku caryca Katarzyna II oszukała konfederatów radomskich iluzją Złotej Wolności. Od czasów Konfederacji Barskiej suwerenność narodu (rozumiana na sposób sarmacki) stała się podstawowym celem kilku pokoleń patriotów. Jeśli w XIX wieku Polacy bili się o Polskę, to tylko o Polskę Sarmacką, której siła pochodzić musi z „dobrych rad” sejmowych, mimochodem wspomnianych w narodowej kolędzie Bóg się rodzi. Taki ustrój był jeszcze łatwy do pojęcia dla romantyków, ale w miarę upływu czasu zaczynał obrastać epitetem „polskiej anarchii”.

Po upadku Powstania Styczniowego polscy patrioci (od lewa do prawa) odrzucili marzenie o Złotej Wolności. Stała się ona na długo synonimem pokręconego ustroju w którym nie ma rządu, nie ma stabilnej większości parlamentarnej1, nie ma procedur rozliczania decydentów, a w sądownictwie wszech obecnie panuje pieniactwo i ogólne zwyrodnienie obyczajów2. Dla ówczesnych patriotów sprawą pierwszorzędną było odzyskanie podmiotowości na arenie międzynarodowej, a więc odzyskanie państwa, cieszącego się uznaniem; drogą do tego było także poskromienie i „ucywilizowanie” polskiego głodu wolności poprzez napiętnowanie wad ustrojowych i wad charakteru narodowego, które do utraty Niepodległości (ich zdaniem) doprowadziły3.

Wiek XIX i XX to wiek partii politycznych – rzeczy z gruntu obcej dla sarmackiego rozumu, a wręcz mu wrogiej. Zjawisko partyjności było rezultatem umasowienia polityki. Środowiska pozbawione dawniej praw obywatelstwa (chłopi, najemnicy, uboga inteligencja) uzyskały potencjalne możliwości realizacji swoich aspiracji – często wzajemnie sprzecznych i wykluczających się programowo. Koszty tej wypaczonej, partyjnej „demokracji” okazały się bardzo wysokie w całej kontynentalnej Europie. W wielu krajach europejskich suwerenność narodu lub państwa różnymi drogami przekazano w ręce dyktatury – czy to w ręce jednostek, czy też dyktatorskich partii, których charakter zależny był od lokalnych warunków ustrojowych. Dyktatura nazistowska i sowiecka wspólnie doprowadziły do największych zbrodni w dziejach ludzkości. W Polsce wyniszczono elity. Można się było spodziewać, że ruchem, który odbuduje po wojnie polskie państwo będzie prawicowy ruch agrarystyczny – Polskie Stronnictwo Ludowe – ale po 1947 roku agraryzm został zdławiony i nie odrodził się po dziś dzień.

Nieoczekiwanie jednak w 1980 roku odrodziła się Złota Wolność. „Władza ludowa” nie doceniła bowiem wagi własnych posunięć dla świadomości i mentalności narodowej. Pierwszym z nich była reforma rolna. Wielu rolników z dnia na dzień zyskało swego rodzaju „prawo obywatelstwa”, wzmocniło poczucie własnej wartości. W przedwojennej Polsce głód ziemi był źródłem wielu niepokojów. W powojennej Polsce kolektywizacja się nie powiodła. Komuniści nieopatrznie nadali chłopu ziemię i chłop się na niej utrzymał. Drugi awans społeczny spotkał Polaków podczas gierkowskiej „modernizacji”. Mała klitka w bloku, ciepła woda w kranie, klozet spłukiwany wodą, kuchnia gazowa, lodówka, pralka i wiele innych przedmiotów masowej konsumpcji – to wszystko wydawało się niesamowitym podwyższeniem standardu życia. Praca w większych i mniejszych zakładach produkcyjnych, należących do komunistycznego państwa i obowiązująca ideologia socjalistyczna („wszystko jest wspólne”) nauczyły ludzi przynajmniej werbalnego zainteresowania sprawami publicznymi. Co prawda cenzura i strach przed SB skutecznie zamykały ludziom usta, ale „modernizacja” stworzyła niebezpieczne środowisko ewentualnego buntu. Ekranizacje znanych lektur szkolnych, jak Krzyżacy (1960) i Potop (1974) przypomniały Polakom zarówno o korzeniach rycerskich, jak i demokratycznych. Komunistyczny „nacjonalizm”, jak się zdaje, nie docenił rzeczywistej roli tych mitów dla polskiego patriotyzmu.

W dawnej Polsce zgodzie patronował Duch Święty. Gdy więc Jan Paweł II wygłosił na Placu Piłsudskiego słynne słowa „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, potraktowano je jako praktyczną wskazówkę ustrojową i zastosowano na sposób sarmacki. Zasadą działania Solidarności było usilne dążenie do jedności, unikanie partyjności, maskowanie podziałów. I to do tego stopnia, że aby uniknąć rozłamu, nie ujawniano nawet znanej „mózgom” Solidarności agentury w kierownictwie Związku. Ale zasada zgody nie była jedyną cechą „Solidarności”. Gdy wybuchły strajki, ludzie zamiast wychodzić na ulicę (gdzie milicja mogłaby ich łatwo rozpędzić jak w grudniu 1970 roku) zamknęli się w zakładach niczym w kresowych fortecach i zawiązali pięć konfederacji regionalnych: MKS Gdańsk, MKS Szczecin oraz trzy konfederacje górnośląskie (w Jastrzębiu, Hucie Katowice i w Bytomiu). W miarę jak strajk się przedłużał, narastał swego rodzaju kapitał demokracji. Ludzie nie mieli co robić, nudzili się, grali w karty, czasem bali się stłumienia strajku siłą, więc żeby ich czymś zająć, przywódcy strajku w naturalny sposób nakłonili ich do debatowania nad sprawami państwa. Nieformalny sejmik trwał wiele dni. Komuniści próbowali zyskać na czasie, ale im dłużej trwał strajk, tym dłużej trwał czas wolny poświęcony sprawom państwa. Ten czas wolny był w rzeczywistości podstawowym warunkiem zaistnienia demokracji. W czasach renesansu określano go mianem otium, to znaczy wolnego czasu, który zamożni obywatele poświęcają na rozrywki intelektualne, a w tym – na politykowanie.

Ktoś ważny może ironicznie zapytać, w jaki sposób robotnicy są zdolni do rozrywek intelektualnych. Jak zapewnić otium dla mas, skoro masy wcale go nie pragną? Ano, ogłosić strajk. Tu właśnie jest sekret, dla którego Pierwsza Solidarność tak bardzo przypominała Pierwszą Rzeczpospolitą. Demosem demokracji nie są bowiem wszyscy formalni obywatele, ale obywatele choć trochę świadomi swego obywatelstwa, poświęcający wolny czas nie tylko na grillowanie czy oglądanie meczu – ale również na aktywne politykowanie. Latem 1981 roku demos, lub – jeśli ktoś woli – naród w Polsce liczył 9 476 584 dorosłych, co stanowi około 1/3 ogółu mieszkańców.

Zatrzymajmy się nad sześcioma dniami lata 1981 roku, podczas których najlepiej zobaczymy funkcjonowanie dobrze zorganizowanego demosu. W dniach 5-10 września odbywał się w hali sportowej Olivia Pierwszy Krajowy Zjazd Delegatów. Stenogram zjazdu opublikowali ostatnio Grzegorz Majchrzak i Jan Marek Owsiński4. Jak we wstępie do tego wydawnictwa stwierdza Bartosz Kaliski, Zjazd był autentyczną, demokratyczną reprezentacją „nie tyle dużego związku zawodowego, ile po prostu narodu polskiego”5. Uważne wsłuchanie się w atmosferę zjazdowej sali potwierdza tę opinię (do książki załączono nagrania obrad). Pójdźmy o krok dalej. Moim zdaniem, Zjazd był Sejmem Niepodległej Rzeczypospolitej, ale bez pełnej kontroli nad terytorium państwa. A więc jego faktyczną rolę można porównać do roli Walnej Rady Konfederackiej, to znaczy takiego Sejmu, którego uchwały stać się mogły prawem dopiero w wyniku bądź kompromisu z wrogiem wewnętrznym bądź pełnego zwycięstwa nad wrogim mocarstwem6.

Pozostaje tylko jeszcze poboczna wątpliwość jak Solidarność definiowała przeciwnika. Ponieważ w latach 1980-1981 powstanie zbrojne nie było możliwe, Solidarność początkowo nie ogłaszała jednoznacznej deklaracji, że wróg wewnętrzny jest w istocie wrogiem zewnętrznym. „Mózgom” Solidarności brakowało rozeznania jakimi atutami (poza aparatem przymusu) dysponuje jeszcze przeciwnik. Ale mimo klapy strajku generalnego (marzec 1981), z każdym miesiącem stawało się widoczne, że komunizm w Polsce topnieje w oczach. Działacze Solidarności stawali się coraz śmielsi w swoich celach i – jak stwierdzała w swej ocenie Służba Bezpieczeństwa – większość podjętych przez Zjazd uchwał miała jednoznacznie polityczny charakter i podkopywała kierowniczą rolę PZPR w państwie. Co więcej, dzięki interwencji Andrzeja Gwiazdy, Zjazd dokonał propagandowej „wycieczki” na terytorium wroga, uchwalając Posłanie I Zjazdu Delegatów do ludzi pracy Europy Wschodniej. W rezultacie „Solidarność” jawnie, choć delikatnie, zdefiniowała wroga wewnętrznego jako wroga zewnętrznego. Dlaczego o tym piszę? Bo chcę pokazać, że I KZD przejął wszystkie możliwe wówczas do przejęcia kompetencje suwerennego polskiego Sejmu, w tym również reprezentowanie narodu na zewnątrz w takim zakresie, w jakim było to realne.

Skoro był to Sejm Niepodległej Rzeczypospolitej, to warto w specjalny sposób przyjrzeć się jego procedurze obrad. Gdy mówimy o Sejmie, mamy na myśli zwykle coś w rodzaju amfiteatru z 460 medialnymi gladiatorami, odgrywającymi różne batalie ku uciesze zbaraniałych konsumentów. W lepszej wersji nasze wyobrażenie Sejmu pochodzi z okresu międzywojennego – jest to wyobrażenie parlamentu rozdrobnionego przez wybujałą partyjność oraz interesy środowiskowe, klasowe i mniejszościowe. Pierwszy Krajowy Zjazd Delegatów nie daje się porównać ani do pierwszego (cyrkowego) ani do drugiego (partyjnego) wyobrażenia polskiego Sejmu. Ale z powodzeniem można go porównać do izby poselskiej Sejmu Pierwszej Rzeczypospolitej sprzed pierwszego liberum veto w 1652 roku; wykazać wszelkie podobieństwa i istotne różnice.

Dlaczego do izby poselskiej, a nie do całego Sejmu? Bo wbrew obiegowym mitom, staropolski Sejm nie składał się wyłącznie z posłów, ale z trzech tzw. „stanów” sejmujących: stanu poselskiego, stanu senatorskiego oraz jednoosobowego stanu królewskiego. Była to więc jawna formuła mieszanej formy ustrojowej7, łączącej cechy demokracji, arystokracji i monarchii; często też określano ją monarchia mixta (monarchia mieszana). Piszę „jawna”, bo w rzeczywistości mieszana forma ustrojowa jest obecna w wielu ustrojach na całym świecie, ale jej istnienie często „ukrywa się” pod innymi nazwami. Epoka rewolucji i rozbiorów, epoka mas, formalnie wykluczyła arystokratów i monarchów z udziału w rządach, przenosząc kompetencje dawnego Sejmu na jedną tylko jego izbę – izbę poselską.

No dobrze, ale – powie wątpiący czytelnik – przecież w staropolskich izbach poselskich zasiadało około 180 posłów, a delegatów na I KZD było 898. Jak można porównywać zgromadzenia tak nieporównywalne pod względem liczebności? Tam mieliśmy elitarną szlachtę – tu mamy społeczeństwo masowe. Co uzasadnia zestawienie tak różnych także pod względem składu społecznego ciał parlamentarnych? Odpowiedź brzmi: przede wszystkim ich „wolny” charakter. Jak wykażę w toku dalszej analizy, podobnie jak Sejm I RP, także i I KZD nad wyraz swobodnie podchodził do spraw proceduralnych. Prace obu tych instytucji organizowane były raczej przez swoisty rytuał parlamentarny i stopniowo wypracowywany zwyczaj. Istotnym argumentem za porównywaniem tego ciała do dawnej izby poselskiej jest również specyficzna ordynacja wyborcza. W każdym regionie była inna8, ale miała jedną wspólną cechę: nadawała delegatom wysoki mandat społecznego zaufania, gdyż wybierani byli kwalifikowaną bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy uprawnionych do głosowania9. Zasady te przynajmniej teoretycznie stawiają autorytet delegatów bardzo wysoko10, zbliżają go do statusu części posłów w staropolskiej izbie poselskiej (wybieranych jednogłośnie), a w większości przypadków nawet przewyższając, gdyż poza kilkoma wspomnianymi wyjątkami sejmiki co prawda dążyły do jednogłośnego wyboru, ale w razie niezgody wybierały posłów zwykłą większością głosów11. W dodatku wybory sejmikowe odbywały się przy rozmaitej, w każdym razie niezbyt wysokiej frekwencji12, choć uczestnicy sejmiku zapewne uzbrojeni byli w opinię nieobecnych krewniaków, sąsiadów i znajomych. Autorytet delegatów na I KZD podwyższała ich równość: w przytłaczającej większości reprezentowali oni bowiem okręgi liczące sobie 10 tys. osób13. Autorytet delegatów wzmacniało i to, że choć wybierano ich w głosowaniu tajnym, jednak kontrolę nad jego przebiegiem sprawowali zgromadzeni na walnych zebraniach wyborcy. Jest to sytuacja nieporównanie lepsza, niż w przypadku całodniowych wyborów, kontrolowanych przez partyjne komisje wyborcze, które w lokalnych ośrodkach mogą się dopuszczać fałszerstw. Wprawdzie na walnym zebraniu może dojść do zaburzeń (jak wiemy sejmiki nie zawsze były wzorem kultury politycznej), utrudniających lub uniemożliwiających wybory, ale bez wątpienia nie ma lepszego sposobu kontroli, niż obecność wszystkich głosujących podczas głosowania.

Jest jeszcze i jeden niepośledni powód dla którego można porównywać I KZD i staropolską izbę poselską: publicznie wygłoszona z mównicy świadomość (wprawdzie dość ułomna), że istnieje jakaś osobliwa nić ciągłości między tamtą, wolną Rzecząpospolitą a NSZZ „Solidarność”. „My jesteśmy tym największym parlamentem demokratycznym” – stwierdził 10 września Patrycjusz Kosmowski – „Polska w przeszłych wiekach miała te tradycje demokratyczne i wybierała sobie te silne, operatywne władze”14. Trudno powiedzieć co dokładnie miał na myśli mówca, ale w przypadku wystąpienia Marka Janasa 9 września nie ma wątpliwości, że Janas w sensie negatywnym oceniał demokrację solidarnościową jako demokrację podobną do sarmackiej (sprawę szerzej omawiam w punkcie instrukcje wyborcze)15. A to jest sprawa której bagatelizować nie wolno.

Dla historyków XX wieku Zjazd „Solidarności” jest epizodem, wydarzeniem incydentalnym. W sensie ustrojowym Zjazd nic tu do historyka XX wieku „nie mówi”, co najwyżej sprawia wrażenie „dziecięcego etapu demokracji”, ewentualnie demokracji rewolucyjnej (choć pokojowej), po której oczywiście „musi” narodzić się „demokracja” partyjna typu zachodniego. Moim zdaniem to fałszywy determinizm, zwłaszcza, że z uważnej analizy stenogramów wynika wniosek, iż „metasarmackie” instytucje Solidarności zostały przez I turę zjazdu podtrzymane i rozszerzone. Piszę „metasarmackie” w nawiązaniu do używanego przez orientalistów określenia „metakonfucjanizm” (meta-confucianism lub neo-confucianism) w odniesieniu do obecnych cywilizacji Chin, Japonii i innych krajów będących od wieków w kulturalnej orbicie Państwa Środka. Tak, jeśli umiemy spojrzeć na świat z lotu orła, a nie kuricy, wówczas termin „metasarmatyzm” nie wyda się nam terminem naciąganym.

Ale najważniejsze jest to, że do mnie – jako historyka XVII wieku i zarazem demokraty – Zjazd „mówi” bardzo wiele. Polska boryka się od ponad dwustu lat z dramatycznym brakiem ciągłości prawno-zwyczajowej, bardzo przydatnej dla normalnego funkcjonowania. Nie chodzi tu o to, aby naginać fakty i tworzyć sztuczne zestawienia, ale o to, aby uczciwym demokratom czytelnie i w sposób zrozumiały zaprezentować systemowe działanie ustroju demokratycznego – przebieg I KZD jest doskonałym materiałem szkoleniowym w tym względzie.

Metoda badawcza. Zrezygnowałem świadomie z wątku działań służby bezpieczeństwa podczas I KZD (poza sprawami bezspornymi, jak sprawa TW „Bolek”16, „Święty”17, „Grażyna”18). Znacznie ciekawsze jest dla mnie działanie ustroju, ewentualnie na tle intryg politycznych, niż działania manipulacyjne w ramach takiej czy innej operacji „Zamulanie”. Takiemu „zamulaniu” bowiem poddawane były i są demokratyczne zebrania wielu krajów niemal od czasów starożytnych aż po czasy obecne, nie one jednak decydują o rozwoju i upadku państw i narodów. Decydujące są najczęściej reguły ustrojowe i niekorzystne zmiany ustroju. Natomiast dla nauki cennym wkładem byłoby, gdyby znawcy zagadnień „teczkowych” ocenili, na ile prawidłowo oceniłem postawy delegatów i wydarzenia na Zjeździe. Trudno jest bowiem zewnętrznemu obserwatorowi odróżnić postawy rzeczywiste od ich imitacji, a zjawiska spontaniczne – od „legendowania” agentury. Wykazanie np na ile naiwny jestem w swoich wnioskach mogłoby ujawnić cenne wskazówki, pomocne przy badaniu innych znanych źródeł dotyczących parlamentaryzmu, co do których nie dysponujemy żadną wiedzą o manipulacjach służb specjalnych. Odwrotnie też – gdyby się okazało, że moje wnioski są w zasadzie zbieżne z ustaleniami badaczy dziejów agentury – można by stworzyć „intuicyjną” metodę badawczą badania agentury na podstawie niepełnej bazy źródłowej (np w ogóle bez materiałów wytworzonych przez służby specjalne).

Stosowałem w zasadzie dwie metody interpretowania wydarzeń:

  • okiem „nieuzbrojonym”, to znaczy badając po prostu własne odczuwanie, własne emocje wobec wystąpień i wydarzeń na Zjeździe. Takie spojrzenie może być swego rodzaju symulacją spojrzenia na zjazd okiem jego uczestnika – czy to delegata, czy to dziennikarza z loży prasowej lub innego obserwatora. Korzystam tu z własnego doświadczenia parlamentarnego19 i wyrywkowej obserwacji obrad Sejmu III RP;

  • okiem „uzbrojonym”, to znaczy przyjmując założenie, że Zjazd reprezentował zmodernizowaną i ulepszoną wersję parlamentaryzmu staropolskiego. Założenie to wynikało ze znajomości źródeł staropolskich i opracowań naukowych, ale przede wszystkim wynikło z samej lektury stenogramu zjazdowego.

2 Władysław Łoziński, Prawem i lewem. Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku, Wyd. Iskry, Warszawa 2005.

3Por. Władysław Smoleński, Szkoły historyczne w Polsce, Wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1952.

4I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. Stenogramy. T. 1 – 1 tura, wyd. Stowarzyszenie Archiwum Solidarności i Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2011. Dalej cytuję jako I KZD 1. Niektóre nagrania zjazdowe są także dostępne na stronie http://www.wszechnica.solidarnosc.org.pl/?page_id=1528.

5I KZD 1, s. 51.

6Po raz pierwszy wyraziłem tę opinię jeszcze w czasie studiów na seminarium prof. Marcina Kuli. Grupa studentów pod kierunkiem Profesora analizowała wtedy stenogramy posiedzeń Krajowej komisji Porozumiewawczej. Efektem pracy było wydawnictwo pt. Solidarność w ruchu 1980-1981, wyd. Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA, Warszawa 2000, s. 145-147, (dalej cytowana jako Solidarność w ruchu). Moją opinię poparła wtedy zdecydowana większość uczestników seminarium.

7Teoretykami tego ustroju w starożytności byli m. in. Polibiusz i Cyceron.

8Przypomina to sytuację panującą do tej pory w Stanach Zjednoczonych Ameryki; każdy stan ma tam odrębną ordynację wyborczą. W Pierwszej Rzeczypospolitej wyborów posłów dokonywały walne zgromadzenia wyborców (sejmiki przedsejmowe) również działające według lokalnych zwyczajów.

9I KZD 1, s. 18. Co ciekawe statut Związku nie określał jaką większością delegaci mają być wybierani. Decyzję o tym podjęła autonomicznie Krajowa Komisja Wyborcza na podstawie instrukcyjnej uchwały KKP pt. Wzorcowa ordynacja wyborcza z 28.10.1980 r. W skład komisji wchodzili Antoni Kopaczewski, Andrzej Cierniewski, Stanisław Chojecki, Andrzej Celiński (a potem w jego miejsce Krzysztof Seniuta) oraz stali członkowie oddelegowani przez zarządy największych regionów i niestali członkowie mniejszych MKZ-ów, w tym MKZ-u o oryginalnej nazwie Konfederacja Tarnobrzeska (por. Sprawozdanie Krajowej Komisji Wyborczej z dn. 31.08.1981 r., dostępne na stronie http://dlibra.karta.org.pl/dlibra.)

10 Szczegółowa analiza zasad ordynacji wyborczych poszczególnych regionów, jak i frekwencji, pomogłaby ustalić jaką faktycznie liczbą głosów delegaci byli wybierani. Wolno domniemywać, że wyborów dokonywano w okręgach jednomandatowych, na ogół w dwóch turach, i że prawie każdy delegat uzyskiwał minimum 2500+1 głos, gdyż przyjęto zasadę iż jeden mandat przypada na 10 000 wyborców, a wyborów dokonuje się w obecności co najmniej połowy uprawnionych do głosowania. W przypadku „ogona” – grupy wyborców mniejszej niż 10 000 – przyznawano regionowi dodatkowy jeden mandat. Takich delegatów nie mogło być jednak więcej, niż kilkudziesięciu. Podejrzewam, że w praktyce delegaci otrzymywali zwłaszcza w II turze o wiele więcej głosów, niż 2500+1, zwłaszcza przy wysokiej frekwencji, która z pewnością nie należała do rzadkości.

11Wojciech Kriegseisen, Sejmiki Rzeczypospolitej szlacheckiej w XVII i XVIII wieku, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1991, s. 60 (dalej cytuję jako Kriegseisen Sejmiki); Izabela Lewandowska-Malec, Sejm walny koronny Rzeczypospolitej Obojga Narodów i jego dorobek ustawodawczy (1587-1632), wyd. Księgarnia Akademicka, Kraków 2009, s. 143 (dalej cytuję jako Malec Sejm). Edward Opaliński, Sejm srebrnego wieku 1587-1652. Między głosowaniem większościowym a liberum veto, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2001, s. 35-38 (dalej cytuję jako Opaliński Sejm).

12Por. np Andrzej B. Zakrzewski, Sejmiki Wielkiego Księstwa Litewskiego XVI-XVIII w. Ustrój i funkcjonowanie: sejmik trocki, Wyd. LIBER, Warszawa 2000, s. 50-54; Jolanta Choińska-Mika, Sejmiki mazowieckie w dobie Wazów, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998, s. 48-51; Opaliński Sejm, s. 31-33.

13Por. przypis 10.

14I KZD 1, s. 783.

15I KZD 1, s. 618, 631, 662-663. Wypowiedzi Janasa i jego działania świadczą wyraźnie o tym, że rozumiał on systemowe działanie instytucji czasów sarmackich i traktował je poważnie. Podobne opinie wygłaszał później Jerzy Stępień (por. Andrzej Sulima-Kamiński, wystąpienie w: Polska na tle Europy XVI-XVII wieku. Konferencja Muzeum Historii Polski Warszawa 23-24 października 2006, Warszawa 2007, s. 28, dalej cytowana jako Polska na tle Europy). Na marginesie można wspomnieć, że również SB złośliwie określała I KZD jako „sejmik”, co kilka lat temu ujawnił Sławomir Cenckiewicz (por. I KZD 1, s. 48 przyp. 88). Określenie to można jednak traktować wyłącznie jako lekceważący epitet, gdyż nawet z sejmikiem generalnym z czasów I RP Zjazd nie miał wiele wspólnego.

16Sławomir Cenckiewcz, Piotr Gontarczyk, SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii, wyd. Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2008.

17Tajny współpracownik „Święty”: dokumenty archiwalne sprawy Mariana Jurczyka, Wyd. Arwil, Warszawa 2005.

18Był nim Eligiusz Naszkowski. Opracowań nie podaję, gdyż sprawa jest powszechnie znana i nie jest to temat niniejszego artykułu.

19W latach 1996-1998 byłem posłem Instytutu Historycznego UW do uniwersyteckiego parlamentu studentów. Obserwowałem wówczas od środka wiele systemowych zjawisk ustroju demokratycznego w stadium jego legistyczno-proceduralnej degeneracji.

Otagowany , , , , , , , , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.