Operacja specjalna: Dymitr Samozwaniec. KONKLUZJA

operacja samozwaniec 001W wydanej ostatnio książce pt. Maryna Mniszech (Warszawa 2011), Wiaczesław Kozlakow, rozważając przyczynę dla której Hriszka Otriepiew postanowił wcielić się w postać carewicza Dymitra, na stronie 16 zamyka temat w następujący sposób: „Mały człowiek z »kompleksem imperatora« musiał gdzieś podchwycić myśl, że mógłby się podać za ocalonego carewicza. Dwór Romanowów, krewniaków pierwszej żony Iwana Groźnego, był właściwym środowiskiem dla tego rodzaju rozmów i myśli. To nie Romanowowie interesowali się młodym Grigorijem Otriepiewem, a on nimi”. Tymczasem w świetle dostępnej wiedzy, właśnie bardzo wiele wskazuje na to, że Hriszka Otriepiew został przeszkolony i przygotowany do swej roli przez rodzinę Romanowów. I choć rodzinę tę car Godunow poddał prześladowaniom, w ciągu całej swej misji Samozwaniec korzystał z pomocy jej przyjaciół, sług i ukrytych popleczników. To w kręgu Romanowów powstał mit o ocaleniu Dymitra Iwanowicza, to Filaret Romanow czynnie wspierał pierwszego i drugiego Samozwańca, co zaowocowało pasmem klęsk, dotykających państwo moskiewskie w latach 1606-1612. Nie sądzę, aby Romanow umiał przewidzieć wszystkie skutki swojego postępowania, choć być może mógł je potem usprawiedliwić „dziejową koniecznością” i „szczęśliwym zakończeniem”, czyli ustanowieniem nowej dynastii, dzięki której państwo moskiewskie miało szansę na jaką taką stabilizację.

Nasuwa się pytanie, dlaczego Kozlakow nie przeprowadził dowodu swej tezy, jakoby „nie Romanowowie interesowali się młodym Grigorijem Otriepiewem, a on nimi”. Sądzę, że rosyjski uczony wyraża „naturalne” i „oczywiste” przekonanie rosyjskiej elity o tym, że Samozwańca do Moskowii sprowadzili Polacy i „Litwa”, i że to głównie oni są winni nieszczęściom okresu Smuty, że całe to zło zaczęło się w Polsce. To co jest dla rosyjskiej elity oczywiste, stało sie także oficjalnym łgarstwem założycielskim Federacji Rosyjskiej, która uznała dzień 7 listopada za święto państwowe – tego bowiem dnia 1612 roku skapitulował w Moskwie polsko-litewski garnizon, a potem w znacznej większości został chwalebnie wymordowany. Ustanawiając to święto władze Federacji Rosyjskiej nie tylko „uratowały” przed zapomnieniem rocznicę równie chwalebnej rewolucji listopadowej (tzw. październikowej)1, lecz także obarczyły winą za wszelkie przeszłe, teraźniejsze i przyszłe nieszczęścia Polskę i Polaków oraz wszystkich tych, którzy z nimi trzymają.

Łgarstwo o winie Polaków służy utrzymaniu w mocy innego łgarstwa, które stanowi, że przyczyną nieszczęść państwa rosyjskiego jest szeroko rozumiana cywilizacja zachodnia. Gdyby tak było, to Zachód zamieszkiwałyby goryle i szympansy, a przecież tak nie jest, po obu stronach żyją tacy sami ludzie, obdarzeni zdolnością do odczuwania emocji. Różnica tkwi w tym, że demokracje lepiej zarządzają ludzkimi emocjami, niż tyranie, które potrafią je tylko tłumić. Co prawda serca obywateli łatwo skazić nadmierną konsumpcją, ale to też prawda, że stłamszone serca niewolników łatwo rozjątrzyć żądzą władzy. Bo żądza władzy jest dla niewolnika jak gorączka złota dla konkwistadorów; jest ona hipnotycznym wyobrażeniem, przy użyciu którego można manipulować nawet takimi kanaliami, jak Filaret Romanow. Wystarczy pokazać im tolkienowski pierścień władzy…

Marzenie o władzy absolutnej jest łgarstwem, a marzenie o rekonstrukcji Bizancjum to kłamstwo nad kłamstwami. Projekt unii z Rzecząpospolitą Moskwa odrzuciła dlatego, że obawiała się ujawnienia łgarstwa. Wchodząc w związki z państwem nowożytnym musiałaby wyrzec się prób rekonstrukcji państwa starożytnego, owej atrapy Bizancjum, a tego zrobić nie chciała. Nie chciała się wyrzec żądzy panowania nad światem i wszystkich okropnych zbrodni, które z tej żądzy wynikały. Dlatego propozycję unii odebrała jako groźne uderzenie we własną pseudo-tożsamość, ulepioną nie naturalnie, lecz na skutek długotrwałego prania mózgu. Odrzucała terapię.

Jeśli moskiewskiego łgarstwa nie można obalić prawdą, trzeba się uciekać do ironii i satyry. Dymitriady były właśnie dobitnym pokazem takiego polsko-litewskiego, wielowariantowego poczucia humoru. Pijany satyryk Rożyński, roztropny kabareciarz Sapieha, przebiegły komediant Mniszech i inni bohaterowie tej farsy zdają się mówić: „Halo! My też chcemy się pobawić w Bizancjum! Chcecie mieć cara? Znajdziemy wam cara! Chcecie tyranii? Będzie tyrania!”. Tym sposobem Moskowia zostaje ośmieszona, gdyż tworzonej przez nią atrapie starożytnego państwa nadaje się sens pornograficzny.

Przypominam sobie taką scenę w głośnym niedawno filmie „Upadek”, w którym główna bohaterka – sekretarka Hitlera – pod wpływem rozgrywających się wokół niej wydarzeń ma przemożne wrażenie, że uczestniczy w jakimś złym śnie, z którego nie może się obudzić. A przecież niemiecka próba budowy atrapy państwa starożytnego trwała zaledwie kilkanaście lat! Jeśli istnieje jakieś piekło dla dzieci, to niewątpliwie najgorszą karą byłoby przywiązanie małych grzeszników do ich zabawek i rozkazywanie im, aby bawiły się aż do utraty tchu, do utraty przytomności, aż do dna rozpaczy. Moskiewska zabawa w Bizancjum trwa już kilkaset lat, co wskazuje na to, że piekło na ziemi jest czymś zupełnie możliwym.

Dzisiaj dążąc do opanowania wielu złóż surowców na świecie, Moskale faktycznie dążą do zniewolenia całych narodów, a przecież niewolnictwo jest ważną cechą ustrojową wielu państw starożytnych. Zabawa w Bizancjum trwa nadal (choć może pozbawiona tego osobliwego rodzaju mistycyzmu, który kojarzy się z czarną magią). Spróbujmy ocalić Moskali przed ich zabawkami. Pamiętam do dziś, jak podczas lekcji rosyjskiego w szkole podstawowej w latach 80-tych, powiedziałem do nauczycielki-Rosjanki słowo „ŻOPA” i to takim głosem, który dzisiaj mógłbym porównać jedynie do pijackiej chrypki agenta Olina. Pamiętam jak się zaczerwieniła i spuchła ze złości, ale zrobić nic nie mogła, gdyż ta bezczelna wulgarność zupełnie ją zbiła z pantałyku. Spójrzmy na dzisiejszych przywódców państwa rosyjskiego. Są to takie nadęte ropuchy, wczorajsi bandyci, dzisiaj międzynarodowi arystokraci, którzy myślą o sobie Bóg-wi-co.

Spróbujmy ich wyprowadzić z tego błędu drogą dobrze pomyślanej realnej satyry. Bo przecież dobra realna satyra jest dla pseudotożsamości śmiertelnym zagrożeniem. Gdy zaś pseudotożsamość się rozsypie, może stanie się coś, czego naprawdę nie umiemy przewidzieć, czego ludzkie oko nie widziało, a ucho nie słyszało.

Jakub Brodacki

Link do odsłony pierwszej, drugiej i trzeciej.

1Później pod naciskiem cerkwi prawosławnej, która chciała zatrzeć pamięć o rewolucji październikowej, święto to Putin przeniósł na dzień 4 listopada, który rzekomo był właściwą datą kapitulacji królewskiej załogi na Kremlu. Tym sposobem prawosławna cerkiew z „naukową dokładnością” ustaliła słuszny przebieg historii.

Otagowany , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.