Odsiecz

odsieczBynajmniej nie wiedeńska i nie z Danielem Olbrychskim. Odsiecz smoleńska 1633. Fascynujący temat na scenariusz.

Spondowski czołgał się w stronę nieprzyjaciela. Księżyc świecił jasno, widział więc wszystko jak na dłoni: szańce wroga, kosze przy armatach, zatknięte proporce i ostrogi, migoczące płomieniem ognisk. Niestety wróg widział także wszystko jak na dłoni. Czekał więc Spondowski i patrzył.

Patientia! Patientia!” – powtarzał sobie w duchu. Cierpliwości. Patrz uważnie, przecież oni kiedyś pójdą spać. Straże może posną, a choć przysną. Batami ich potem poczęstują, ale przecież spać kiedyś człowiek musi. Czekaj!

Na niebezpieczną misję wysłał go wojewoda smoleński. Tuż przed zmrokiem trzeciego września, po szóstej na pózegarzu wezwał go do siebie Aleksander Gosiewski i przyciszonym głosem, z błyskiem w oku, oznajmił:

– Mam ci ja, mój kochany Spondusiu, zadanie…

– Na każde rozkazanie, miłościwy wojewodo!

Obaj wywodzili się z tej samej, mazowieckiej szlachty, obaj herbu ślepowron. Ale Gosiewski zaszedł wyżej: od pucybuta pana kanclerza litewskiego Lwa Sapiehy został wojewodą smoleńskim.

– Nie musisz tego zadania przyjmować… – powiedział wojewoda z lekkim uśmiechem, jakby wypróbowywał swego żołnierza i współrodowca.

Spondowski zmarszczył brwi. Czyżby wojewoda wątpił w odwagę?

– No nie rób mi takiej marsowej miny, kochany. Zadanie jest bardziej niż niebezpieczne i może nie wrócisz z niego żywy.

– Żeby to pierwszy raz, miłościwy wojewodo! – odparł Spondowski.

Gosiewski spojrzał na niego z ukosa i ze stoliczka stojącego w namiocie wziął trzy zalakowane listy.

– Zaniesiesz je…

– Do Smoleńska? – szepnął Spondowski.

– W rzeczy samej. Od króla jego miłości, od pana hetmana litewskiego i ode mnie. Chodź, pokażęć jak masz iść.

Gosiewski uchylił z drugiej strony poły namiotu.

– Widziałeś szańce wroga na Górze Pokrowskiej?

– Widziałem.

– Tamtędy nie idź. Mam pewne informatie, że tam nas czekają. Rzeką płynąć też trudna, łódek tam pełno swoich mają, na wodzie łacniej dostrzec można. Wzdłuż rzeki pełno straży po zaroślach, ale od południa, po drugiej stronie Dniepra… Tam straże mniej baczne, bo choć ich tam najwięcej się kokosi, wszystkie oczy ku Smoleńsku zwrócone. Tam pójdziesz.

I poszedł. Bez wahania.

Ale gdy zobaczył nieprzyjacielskie szańce i ostrogi, strach go obleciał.

Widział wszystko zupełnie jasno. Księżyc, choć nisko, oświetlał linie wroga jak na dłoni. Wszędy straże, ściszone rozmowy, czujność opatrzna.

Wspomniał jako to jeszcze w czerwcu jego miłość pan Samuel Drucki-Sokoliński, kapitan JKM w Smoleńsku, przysłał jaśnie oświeconemu książęciu hetmanowi list tajny, tajnym szyfrem pisany, że go nikt poza hetmanem nie znał, ale z narady coś się rozniosło po obozie. Pono w noc z 7 na 8 czerwca płynął Dnieprem nieboszczyk, którego nasi w Smoleńsku wyłowili. Zamęczony okrutnie – skłuty, gardło przerżnione, na grzbiecie ślady knuta, nogi, ręce połamane, głowa wpół siwa, brody czarnej, wzrostu niewielkiego. Rozniosło się w Smoleńsku, że był od księcia hetmana wyprawiony z listami, że go tak okrutnie zamordowano, a przecie nic nie zdradził. Ale nieprawda to była; Moskwa na postrach naszym swojego zamuczyli. Barbaries…!

I kolejne listy, rozpaczliwe wołania o pomoc. Coś niecoś dochodziło do uszu Spondowskiego. „To tylko jednomyślnie wszyscy powiadają” – pisał kapitan Sokoliński – ”że nas wasza książęca miłość nie prędko masz wolą ratować i o nieprędkim ruszeniu waszej książęcej miłości z Krasnego tuszą. Zaczym jeśli to tak jest, o czym wżdy nie rozumiemy, w krótkim czasie byłoby po nas… pod sumieniem oznajmuję, iż wszystkiego nie dostaje, a najbardziej knotów, bo tych podobieństwa nie masz skąd dostać i już umysłu nie staje, co z tym czynić… czynimy sam Pan Bóg lepiej widzi za pomocą jego świętą ile sił i sposobów nam stawa, ale nad siłę koń nie skoczy… twórca najwyższy to wie, co nam i przyszły szturm przyniesie… dla niedostatków i nędzy nasza piechota cudzoziemska chcą chorągwie i bębny porzuciwszy… sami z muru iść precz…”.

Ale cóż miał robić książę wojewoda wileński, hetman Krzysztof Radziwiłł, skoro sam ledwo trzy tysiące jazdy miał przy sobie! Tylko podjazdami umocnionego nieprzyjaciela dręczyć i czekać na króla. Czekać. Ciągle czekać! I upewniać oblężeńców, że ratunek już blisko, że odsiecz już za tydzień, już na Święty Jan.

Mija i Święty Jan, a odsieczy jak nie było, tak nie ma. Śle więc Sokoliński kolejny rozpaczliwy list: knotów brak, prochu ledwo osiem beczek, kule nieprzyjacielskie – która nie wybuchnie – zbierają i do armat swoich wkładają by je na powrót Moskwicinowi odesłać – taka bieda. „Żeśmy na święty Jan mieli być pewni odsieczy gruntownej… czego jak kania dżdżu wszyscy oczekiwają, ale żadnej na ostatku wiadomości nie mamy, acz ci w tej mierze przyczyny upatrujemy, że jako od waszej książęcej miłości do nas, tak do waszej książęcej miłości od nas widzimy trudność wielką w przesyłaniu listów, dlatego, że ustawicznie po dolinach, rowach, chrustach, ławą szukają zranić posłańców, żeby kiedy nie przeszli”.

Lepiej się takim tłumaczeniem pocieszyć, niźli żadnym. Słał więc książę hetman listy z upewnieniem, że odsiecz nadejdzie, że się wielkie wojska zbierają i tak korespondencyjnie niejako odsiecz nadchodziła całe lato, listy nie docierały, ludzi siła od cyngi pomarło, bo kapusta dopiero po ogrodach miejskich rosła, a gdyby jej nawet ukisili i zjedli, to przecie na dni kilka by starczyło chorym, nie więcej.

Gdy 17 sierpnia król Władysław dotarł do Orszy, nie miał pod komendą nawet połowy zaciągów. Wiedzieli ludzie, że wojna z Moskwą trudna, żmudna, długa, klimat ciężki, surowy, niewielu takich było co by się chętnie wyprawili, a wśród dworzan i dostojników zgoła mało który człek się nie wymówił od wyprawy, tak że sam król nawet chorągwi swej dworzańskiej przybocznej mieć nie mógł. Ledwo sześć pocztów paniąt litewskich i jeden pana starosty różańskiego prezentowało się królowi 26 sierpnia, z czego król JM bardzo był niekontent, ale nie równie bardziej z tego, że regimenty zaciężne nierychło pośpieszają. Dwa dni później pokłócili się dworzanie litewscy z koronnymi, że ich więcej było, a im koronnego rotmistrza, pana Wessla, wyznaczono i go przyjąć na dowódcę nie chcieli…

Rozerwały się jednak te zwady, gdy przybyła wreszcie jazda kwarciana pod panem kasztelanem kamienieckim Aleksandrem Piaseczyńskim. Wojsko jego królewskiej miłości urosło zatym do czternastu tysięcy. Ruszono więc zaraz ku Smoleńsku i 4 września stanęło wojsko na Hłuszycy, na miejscu w obozie zewsząd lasami otoczonym, nad brzegiem samego Dniepra, gdzie rzeczka Jesienna ujście swe ma, w półmilu dobrym od pierwszego ostrożka nieprzyjacielskiego, w półtoru milach od Smoleńska, gdzie widać dobrze Smoleńska część znaczną.

Wiedział też i król sam i wojewoda smoleński, wiedział i książę hetman, że mogą być smoleńszczanie w nadziei swojej niepewni i gotowi się poddać albo do buntu przyjść, bo i wiadomości od czerwca nie mieli żadnej, a wiele fałszywych wieści przynosili im więźniowie przez Moskwę uwalniani. Zaraz więc wezwał miłościwy pan przed siebie pana wojewodę i rozkazał mu co prędzej wyprawić posłańca, ledwo zmrok zapadnie, bo pora też sposobna, gdy cały obóz moskiewski o przybyciu „Litwy” gardłuje, więc i czujność mniejsza.

Spondowski widział jednak, że czujność nie zmalała. Palono na szańcach pochodnie, żeby podejścia do nich oświecić dobrze i to by jeszcze nie było najgorsze, bo i te kiedyś zagasną, ale co gorsza księżyc ciągle zajść nie chciał, ukazując wszystko jakby w dzień. To szczęście tylko, że noc ciepła, las za plecami, uciec łatwo. Trzeba czekać. Znowu czekać.

A może nie? Z tamtej strony, po prawej, wyrwa jakaś dziwna, jakoby furtka. Może dałoby się nią wejść, bo z prawej, kędy większe przejście, światła pełno. Spondowski na czworakach przeczołgał się w stronę szańca, tak jednak, by go łuna światła nie objęła, i przyjrzał się furtce uważnie. Wyglądała na niestrzeżoną, więc podpełzł już dość blisko, gdy nagle z furtki wyszło dwóch sołdatów, szczęściem bez pochodni w rękach, zmierzając wprost ku niemu.

Pierwsza myśl: uciekać! Druga myśl – że to głupstwo, bo zobaczą, z łuku postrzelić mogą, pogoń wyślą i tego dnia już nic nie sprawi. Przywarł więc do ziemi, palce wpijając w tę ziemię smoleńską ukochaną i modląc się o ocalenie. Jakoż i zguba nie nadchodziła. Nie dostrzegł, ale uchem złowił odgłos lecącej wody. A tak. To Moskwicini wyszli za potrzebą. Tuż obok niego. Zapięli co trzeba i zawrócili na powrót ku furtce.

Ledwo ducha nie wyzionął, ale teraz strach go odszedł. Jeśli ocalał, znak w tym być musi. Podpełzł bliżej furtki i… znieruchomiał. Na szańcu stał człowiek jakiś w kapeluszu jasnym na głowie i w świetle pochodni patrzył wprost na niego. Uśmiechnął się, pokręcił głową i pokazał w stronę głównego wejścia. Potem zszedł z szańca i zniknął.

„Anioł?” – pomyślał Spondowski – „Angielczyk jakiś, co do naszych sprzedać się pragnie?”.

Anioł nie anioł, wyraźnie odradzał wchodzenie przez furtkę. Może tam sidła jakieś albo wilcze doły? Pokazywał, aby iść głównym wejściem. Ale jak? Wszak tam straży pełno, światła nadto. A może to podstęp? Może tam właśnie najwięcej na niego czekają? A święty ów może to szaton, nie święty?

U tych moskiewskich synków nie znasz kto święty, kto diaboł. Inaczej jak u nas, na Litwie, na Rusi, gdzie wiara święta grecka starodawna na równi z rzymską i unicką już i przez króla w powadze wielkiej zostaje, bo rozumu wysokiego są popi, a zwłaszcza ów Mohiła.

Ale – z drugiej strony – na naszej Moskwicini są ziemi, więc tu nasi święci rządzą, a nawet gdyby i na swojej byli, to i tam nasi święci mieszkają. I swoimi diabłami Moskwa ich nie przegoni.

Pokrzepiony tym wnioskiem Spondowski myślał teraz rozumem własnym czy li szansa jest jaka wetknąć się między szańc głównym wejściem. Może poczekać jeszcze.

Podpełzł w stronę głównego wejścia. Wołano tam właśnie na jadło. Sporo straży zeszło, a tylko dwóch na oko zostało. Siedzieli dwaj tyłem do Spondowskiego, nie mając baczenia i coś jedli, pewnikiem surową rybę, którą oni w wielkim mają poważaniu.

Przeczołgał się więc dalej, w stronę wejścia. Pochodnie paliły się, lecz jak okiem sięgnąć żywego ducha nie było. Tylko gdzieś w dali, po lewej, Moskwicini w świetle ognia jedli swoją surową rybę. Spondowski ujrzał kilka wozów z dostatkami wszelakimi, szczęśliwie bez koni, wczołgał się pod nie i pełzł dalej.

Nagle usłyszał rwetes. To dowódca straży wyzywał strażników od sobaczych synów i nakazywał im natychmiast powrócić na szaniec. Radzi nieradzi porzucili niezjedzone ryby i poganiani kułakami powrócili do strażowania. Psy, które mieli na smyczy szczekały głośno i warczały, lecz w tej kłótni z dowódcą nikt na nie nie zwrócił uwagi.

Spondowski odetchnął z ulgą. Dobrze, że psy na smyczach i zwada między wrogiem. Oby tak dalej. Teraz ich oczy będą zwrócone tam, skąd przyszedł. Pełzł więc dalej jak najszybciej się dało, aż doszedł do miejsca, zrytego od kul, zdeptanego od ludzi i koni, gdzie zwyczajnie walczono z oblężeńcami, gdy wyszli z wycieczką. Widział już wyraźnie zarys murów. Wiedział, że przed nim jest wielki rów, który trzeba było ominąć nieco z prawej. Śpieszył się, bo księżyc właśnie zachodził, a od zachodu wiał wiatr i ciągnęły chmury. Ledwo co widać będzie za pół godziny. Niby dobrze, ale psy tak czy owak zwęszą, a w ciemnościach trudno uciekać.

Gdy był pod murem zapadła nieprzenikniona ciemność. Ledwie od pochodni promyczki światła i szczekania psów upewniały go, że szańc moskiewski ma za sobą, obozowisko kniazia Prozorowskiego po lewej, a za nim, w oddali, dalekie płomyczki królewskiego wielkiego obozu. Przed sobą, ku północy, widział światła na górze pokrowskiej – tam, po drugiej stronie Dniepru, Matisson blokował królowi dostęp do mostu. Trzeba teraz było wzdłuż muru przejść do mostu, gdzie przy baszcie piątnickiej ludzie kapitana Sokolińskiego zwykle czekali na posłańców. Ciemno było że oko wykol.

Nagle po drugiej stronie dopiero co przebytego rowu usłyszał:

– Smatri, Iwan, smatri! Zdjes szpion.

– Dawaj jego!

Byli o trzysta łokci dalej, za rowem, który musieli obejść dokoła. Przez kilka sekund Spondowski myślał co robić. Pierwsza myśl: biegiem do baszty piątnickiej. Ale ciemno tak, że biegać trudno. Co robić? Listy przy sobie ma, w nich pewnikiem tajemnice jakieś, nieprzyjaciel nie może ich dostać w swoje ręce. Schylił się, pogrzebał, wykopał szybko małą jamkę, zakopał listy i po omacku podpierając się murem, najszybciej jak potrafił szedł, potykając się na północ. Naraz usłyszał:

– Eto nie szpion, eto Wasilko!

Zaraz usłyszał przeprosiny; to strażnicy w ciemnościach uznali innego strażnika za szpiona. Spondowski zlał się potem, ale zwolnił nieco kroku. Nie wiedział jak szybko dojdzie do baszty piątnickiej i lepiej mu było iść powoli a cicho. Wracać się po listy niepodobna, bo w mroku nie odnalazłby jamki, a mógłby zostać zauważony. Szedł tak po omacku czas dłuższy.

W pewnym miejscu poczuł jakby, że mur zagina się ku wschodowi. Na moment chmury rozeszły się i mdłe światło gwiazd ukazało zarysy baszt i blanków.

Nagle potknął się i runął jak długi. Wnet usłyszał kilka głosów: „dawaj go tu, trzymaj, no, szpieg jaki!”. Nim zdążył się poderwać przyciśnięto go zaraz do ziemi i dalejże ręce mu ściskać postronkami.

– Od pana wojewody smoleńskiego idę – wydusił.

– Dawajcież go do kapitana! – krzyknął dowódca straży – i dalej, nie stać tutaj, nieprzyjaciel nie śpi!

– Panie kwatermistrzu, przez wyłom chodźmy, prędzej będzie.

– Dobra, prowadźcie go przez wyłom, ale prędko!

Koło baszty piątnickiej w murze był wyłom, zrobiony przez działa burzące podczas czerwcowego szturmu. Niewielu mając załogi i rąk do pracy, kapitan Sokoliński załatał wyłom czym się dało, na górze tego ledwo murku postawiono na sztorc ocalałe deski ze spalonej wybuchem rycerskiej gospody pana Wyleżyńskiego i tym się w wyłomie nieraz broniono i przez wyłom na wycieczki wypadano. Z góry tego niby-muru spuszczono zaraz drabinę, po której Spondowski chcąc nie chcąc z uwiązanymi rękoma wejść musiał, podpierany od tyłu i pochodnią oświetlany od góry. Gdy już był na górze zaraz dwóch szlachciców chudych tak z głodu, że pewnie i sam jeden by ich na ziemi położył, wzięło go pod rękę i poprowadziło ulicami miasta.

Podniszczone było i smutne. W domach, gospodach, tliły się tu i ówdzie kaganki, gdzieś ktoś płakał, z cerkwi i kościołów dochodziły modły. Nagle usłyszał jakieś jęki.

– Nie zatrzymuj się – rzekł szorstko jeden ze szlachty – to szpitalik dla rannych. Będziesz li szpiegiem, gorzej zaśpiewasz.

Zaprowadzili go do domu Malchra Gudziejewskiego, horodniczego smoleńskiego, gdzie na ten czas przebywał także Jakub Piotr Wojewódzki oraz sam kapitan Samuel Drucki-Sokoliński. Domków takich rycerskich było w Smoleńsku przeszło tysiąc, ale nie wszystkie były obsadzone. Część szlachty bowiem, na przekór powinnościom swoim, nie stawiła się na pospolite ruszenie według regestru, nie przysłała też żadnych zastępców ani nie pozostawiła w domach nijakich gospodarzy ani żywności, którą wedle prawa winna była gromadzić na pół roku z góry. Ci w większości, którzy powinności swej dopełnili, żywność w domach swych dawno wyczerpali, a choć muszkiety mieli dobre, jednak prochu już ani na lekarstwo i chwila to była doprawdy ostatnia, aby odsiecz nadeszła.

Gdy Spondowskiego zaprowadzono przed oblicze kapitana, zastali go właśnie z pozostałymi przy wykwintnej uczcie złożonej z suchego chleba i wody. Jedzono na drewnianych talerzach, bo cynowe dawno na kule przetopiono, srebrne i złote zaś oddano za lniane tkaniny na knoty do armat. Smrodliwe światło kaganka dopełniało obrazu nędzy.

– Goniec od króla jego miłości, jako sam rzecze – rzekł jeden ze szlachty. – aleśmy go w powrozach przywiedli, żeby się wasza miłość sam przekonał kto taki.

Sokoliński wstał i spytał:

– Listy masz?

– Zakopałem pod murem, bom myslał, że mię dostrzegli.

Sokoliński przyjrzał mu się bystro, a jeden z pilnujących go szlachciców zawołał:

– Ach, więc na przeszpiegi przyszedłeś? Na mękach skończysz jako tamten goniec, coście go nożami zakłuli!

– Miarkujcie się, panowie! – zawołał Wojewódzki – kapitan decyduje.

– I owszem – powiedział Sokoliński – jak się nazywasz?

– Jan Korwin Spondowski. Przysyła mnie sam jaśnie oświecony wojewoda smoleński.

– Co powiesz o obozie w Hłuszycy?

– Król jego miłość pan nasz miłościwy z wielkim wojskiem, przy nim jaśnie oświecone książę pan hetman oraz pan hetman polny koronny.

Obecni popatrzyli po sobie i wraz wstając podeszli do wysłannika.

– Toż nowina! – wykrzyknął Wojewódzki – opowiadajże, waćpan! Jakież to wojsko prowadzi król jego miłość?

– Chorągwi husarskich pod trzy tysiące, kozackich takoż, rajtarów dwa, petyhorców tysiąc, dragonii dwa i pół, piechoty cudzoziemskiej dziesięć, polskiej dwa.

Spondowski specjalnie przesadzał w tych liczbach, aby wlać w ich słowa otuchy. Jakoż rozlała się ona niepowstrzymanie. Gudziejewski padł krzyżem, Wojewódzkiemu ciurkiem łzy z oczu poszły. Sokoliński powiedział do szlachty:

– Wołajcie zaraz do kościołów, do domów, niech Te Deum laudamus śpiewają! Obudźcie miasto! Król nadchodzi! Dwadzieścia tysięcy wojska prowadzi!

Już się mieli obaj szlachcice odwrócić na pięcie i wyjść, aby głosić radosną nowinę, ale Sokoliński zawołał w progu jednego:

– Panie Kaleczycki, czekaj no pan. Młodyś, to posłuchaj co nam pan posłannik powie.

A do Spondowskiego:

– Mówże, waćpan. Jest li przy królu moja chorągiew husarska?

– Jest – odparł Spondowski – jest i chorągiew króla jego miłości dawna, i wojewody wileńskiego, i księcia pana wileńskiego, i wojewody podolskiego…

– A pan wojewoda smoleński?

– Takoż w sto pięćdziesiąt koni.

– A nowe chorągwie?

– I nowy zaciąg też: podkomorzego podolskiego, podkomorzego mścisławskiego, chorążego trockiego…

– A król jego miłość zdrowy li? Kto dowodzi wojskiem?

– Król zdrów, wojskiem sam dowodzi, a pod nim hetmani.

– Bo myśmy… – Gudziejewski poderwał się z ziemi – bo myśmy z murów widzieli wojsko wielkie jego królewskiej miłości! Wielka radość na murach, bo wojsko widzieli i obóz, stojący w mnóstwie namiotów i szerokości wielkiej. Aleśmy pewności nie mieli…

– Moskwicini co pod mury podchodzili na rozhowory – dodał Wojewódzki – zaraz nas w tej radości chcieli zrazić i powiadali, że to wojsko, które widzicie na Głuszycy (bo oni „Ha” jako „Gie” wymawiają) jest wielikogo cara pod Kowazrem, Mostrey i Krzenieziem. I że to wojsko waszych „wojewodziszcze” i „Radziwiliszcze” poraziło, a zgoła zniosło.

– A inni mówili – wtrącił znów Gudziejewski – że wasz król nie przyjdzie, bo poszedł z wojskiem przeciw cesarzowi tureckiemu, a my wszystką Litwę wam pobrali, Husicę (tak oni pana Gosiewskiego vel Gąsiewskiego nazwali) wojewodę smoleńskiego do więzienia wsadzili, a Radziwiła waszego aż do Polszy knutem zagnali, więc się prędko poddajcie.

– No tak, tedy… – powiedział Sokoliński – czas nam się naradzić co dalej…

Potarł brodę z miną zafrasowaną.

– Z której strony król jego miłość zechce pod Smoleńsk podchodzić? – zapytał posłannika.

– Tego nie wiem – odparł Spondowski.

– Tak, no i czy jutro już, czy dopiero pojutrze, a nie daj Boże potem – wtrącił Wojewódzki – bo chorych, rannych i utrapionych co niemiara, głodnych zasię już nawet nie licząc.

To mówiąc, przełknął ślinę.

– Trzeba królowi listem szyfrowanym donieść od której strony ma Smoleńsk podchodzić i jako najprościej do Smoleńska wejść i pomocy nam udzielić – powiedział Sokoliński. – Panie Kaleczyński!

– Słucham wasza miłość.

– Pójdziesz z panem Spondowskim do króla jego miłości, cobyś się naocznie przekonał o męstwie i męstwem wykazał przed królem jego miłością.

– Rozkaz, wasza miłość! – odparł Kaleczyński. – za kwadrans będę gotowy!

– Co nagle to po diable, mój drogi – odparł kapitan – Teraz pójdziemy wszyscy do kościoła, a potem wyśpijcie się oba dobrze w mojej kwaterze, bo i częstować czym nie ma, więc sen niech wam za posiłek starczy. Najadł się pan Spondowski dosyć strachu, teraz odpocząć trzeba. Jutro się sami naradzimy, a panu, panie Kaleczyński dam listy szyfrowane do króla jego miłości i do panów hetmanów. Razem je zaniesiecie do Hłuszycy.

W ten oto sposób, nie chcąc wydać się niegrzecznym wobec Spondowskiego, powiedział pan kapitan nie mniej ni więcej: masz go pilnować, panie Kaleczyński, o strategii nie będziesz wiedział, tylko listy przeniesiesz, a jak będzie trzeba, to zakopiesz.

To taka mała próbka do filmu, który powinien powstać w miejsce nonsensownej doprawdy odsieczy wiedeńskiej. Rocznica wprawdzie nie bardzo okragła, ale o ileż bardziej sercu bliska!

Jakub Brodacki

Scenka jest rozwinięciem krótkich wzmianek o dzielnym posłańcu panu Spondowskim w opracowaniu żródłowym Diariusz kampanii smoleńskiej Władysława IV 1633-1634, Warszawa 2006, s. 103-104, 207-208.

Otagowany , , , .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.