O wszystkim i o niczym

Historia pokazała już nie raz, że nawet wielcy patrioci w osamotnieniu niekiedy stają się lemingami. A więc nie pozwólmy im na to!

12.10.2011

Zapytany przez pewnego blogera jaki wynik PiS-u uznałbym za zwycięstwo, odparłem kilka miesięcy temu, że 30% i to niezależnie od tego, jaki wynik będą miały inne partie. A jednak na fali entuzjazmu dałem się ponieść marzeniom i przez chwilę uwierzyłem, że PiS wygra te wybory, uzyska niewielką przewagę nad PO, utworzy bezkoalicyjny rząd mniejszościowy i rozpocznie międzynarodowe śledztwo w sprawie smoleńskiej. Przez chwilę zapomniałem o tym, że rzesze wyborców żyją od dawna w panicznym strachu przed Rosją i Niemcami i do takiego śledztwa po prostu nie dopuszczą. „Prawda nas nie wyzwoli” – mówią wyborcy PO, Palikota i PSL. A co wyzwoli? Na przykład nie zaszkodziłby im jakiś maleńki cudzik.

No, od cudów to już mamy speca: niejaki Donald Nergal w dwóch osobach zapowiada cuda i – jak podaje dobrze poinformowany „Fakt” – uzdrawia przez przyłożenie rąk na osoby nieuleczalnie chore. Myślę, że gdybyśmy zapytali Donalda Nergala w dwojga osobach jakie są źródła jego cudów, to pewnie nie umiałby powiedzieć nic konkretnego. Za to zwolennicy wiedzą to na pewno. I Donald, i Nergal, i nawet Płonący Kocur z piekła rodem czynią cuda dzięki swoim wyznawcom. Tak jak to ponoć kiedyś czynił niejaki Szymon Mag – jeżeli mnie (przebrzydłego taoistę) nie myli pamięć katechez pobieranych u jezuitów na Rakowieckiej. Cuda niby prawdziwe, ale oparte na kłamstwie. Paradoks? Bynajmniej. Zapytajcie owych wyznawców i zrozumiecie o czym mówię.

Skoro już znamy źródła nienaturalnych cudów, wróćmy do uzyskanego wyniku wyborczego i perspektyw na przyszłość. Taki wynik pozwala nadal prezentować swoje stanowisko na tym samym poziomie co do tej pory. Na jakiś czas zapewni też bardziej aktywnym obywatelom osłonę przed nadgorliwością wyznawców Donalda Nergala. Bardziej niż wynik wyborczy smuci mnie wynik akcji Uczciwe Wybory. Jeśli dobrze rozumiem do dnia dzisiejszego tylko 176 mężów zaufania zgłosiło wyniki na przygotowanym do tego celu internetowym formularzu. A przecież podobno mężów zaufania było aż jedenaście tysięcy! [UWAGA! Dziś 14.10 otrzymałem informację, że wkrótce dane z 11 tys. komisji zostaną wprowadzone! Niestety – płonna nadzieja 18.10.2011] Czyżby mężowie zaufania uznali, że dobrze wykonany, dobrowolnie wzięty na siebie obowiązek nie daje obywatelskiej satysfakcji? Czy przegrana naszych pupilów jest też przegraną nas samych do tego stopnia, że nie czujemy się w obowiązku walczyć o uczciwy wynik wyborczy? Widzimy przecież gołym okiem, że wynik Palikota i PSL jest przeszacowany i że ktoś „podebrał” Platformie i PiS-owi głosy. Ale najwyraźniej i my czekamy na jakiś maleńki cudzik. Na przykład na przywódcę, którego poprze i Waszyngton, i Berlin, a i Moskwa się nie sprzeciwi, czyli takiego co to „ma plecy”, więc warto na niego głosować. Idealny kandydat: Jerzy Buzek. No i zdaje się, że czekamy na jakąś pomarańczową rewolucję, która da nam dokładnie: wszystko i nic.

Jakiś czas temu przewidywałem, że wieje wiatr historii i zbliża się jakaś burza. Dzisiaj podtrzymuję to stanowisko. Chcę tylko uściślić, że ten nowy ruch społeczny nie będzie skupiony wokół idei patriotycznych. Będzie to raczej ruch desperatów, którzy obudzą się nagle z niespłaconym kredytem, oszukani przez PO i zarazem „zaszczepieni” przeciw PiS-owi. Taki niby bunt antysystemowy, ale bardzo temu systemowi na rękę. Pewnie włączą się w to kibice, którzy – jeśli sądzić po rozmaitych filmikach na you tube – nie mają specjalnie nic mądrego do powiedzenia i są dogodnym obiektem manipulacji dla kilku bezrobotnych generałów naszej wspaniałej armii. Wejdzie do akcji młodzież z przedmieść. Młodzi wykształceni z wielkich miast stworzą zapewne elitę tego ruchu i będą nim dowodzić według odebranego wychowania, nabytej wiedzy i doświadczeń zawodowych – czyli sprawnie i po menedżersku. Ponieważ jednak brakuje im głębszej wiedzy o procesach historycznych (także o procesach gospodarczych), bunt nie będzie trwał aż 16 miesięcy (jak Pierwsza Solidarność), ale znacznie krócej, prawdopodobnie 6-8 miesięcy. Cel ruchu będzie równie mętny, jak w marcu 1968 roku. Młodzi Gniewni z Wielkich Miast szybko dadzą się skłócić i podzielić, gdyż wypracowane w firmach sposoby działania grupowego nie służą rzeczywistej integracji, ale wzajemnemu podgryzaniu się. Kiedy już dojdzie w ruchu do najgłębszych podziałów, władza będzie mogła przystąpić do pacyfikacji. Chcąc uspokoić ludzi władza będzie szukać kozłów ofiarnych i na pewno ich znajdzie. Będą nimi przede wszystkim wyborcy PiS. W łonie ruchu buntowniczego opór stawią zapewne kibice, ale pozbawieni intelektualnego wsparcia po prostu polegną w fali przemocy i kontr-przemocy. Dla tych, którzy dzisiaj wybrali Szymona Maga stanie się oczywiste, że dopuszczenie PiS-u do władzy po raz kolejny jest absolutnie niedopuszczalne. Nie będzie takiego fałszerstwa, zbrodni ani świństwa, którego by lemingi nie uznały za dziejową konieczność.

Ale jak do tego doszło? Dlaczego wyborcy PiS-u i sam PiS mieliby posłużyć za kozłów ofiarnych?

Odpowiedź zawiera się niestety w przebiegu dnia 10 kwietnia 2010 roku. Nie chodzi mi o szukanie winnych, chodzi mi o fakty. Otoczenie Prezydenta wiedziało co się dzieje, ale nie przypuszczało, że dojdzie do zamachu. Dlatego nie przygotowało żadnego planu awaryjnego. Prezydent zginął. Na miejscu pozostało kilku patriotycznych i zarazem legalistycznych pracowników jego kancelarii. Niestety nie mieli pojęcia co robić. Jedyne co mogli, to działać zgodnie z prawem, czyli oddać władzę marszałkowi Sejmu. Wszystko to widać jak na dłoni w znanym filmie Mgła. Dalej wypadki toczą się następująco: politycy i intelektualiści popierający PiS wierzą w to, że społeczeństwo wykona za nich robotę, która do nich należy. Wystarczy tylko poruszyć masy i Polska się zmieni, wróci naturalny porządek rzeczy. Wybory samorządowe (zwłaszcza w Wałbrzychu) pokazują, że coś tu nie gra i chyba społeczeństwo nie poprze szlachetnych słabeuszy. 9 października 2011 klamka zapada.

Popatrzmy na wyniki wyborcze w więzieniach, a zrozumiemy, że jeśli takie więzienie mamy w mózgu, to dawanie nam kartki do głosowania lub też delegowanie nas do liczenia głosów jest kiepskim pomysłem. Z niewolnika nie będzie rolnika. Ale bez rasizmu: każdy ma w sercu takiego małego leminga i trzeba tylko słów i czynów, aby go (niestety) obudzić. Myślę, że większość z nas nie może dokonać właściwego wyboru, gdy stawia się nas w sytuacji skrajnej. Postawieni w sytuacji skrajnej często nie dajemy rady. Nie wymagajmy od wyborców tego, czego nie byli w stanie zrobić politycy. Owszem, po śmierci Lecha Kaczyńskiego politycy i intelektualiści popierający PiS mieli prawo oczekiwać, że naród stanie na wysokości zadania. Naród stanął na wysokości zadania. Patrioci docenili ofiarę z własnego życia Pana Prezydenta. Ale pozostali wyborcy oczekiwali jednak czegoś innego. Oczekiwali silnej, stabilnej władzy, która zapewni im pracę, płacę i święty spokój. A więc – wracając do dnia 10 kwietnia 2010 roku – co powinni byli zrobić politycy PiS w chwili, gdy dowiedzieli się o śmierci Prezydenta?

Dla większości ludzi liczy się efekt, a nie prawne uzasadnienie. Ale i dla każdego normalnie myślącego człowieka jest oczywiste, że jeśli podjęta zostaje próba zamachu stanu z udziałem siły obcej, to jest to sytuacja nadzwyczajna i potrzebne są środki nadzwyczajne, które z legalizmem nie mają nic wspólnego. Trzeba takie scenariusze przewidywać, mieć świadomość, że przeciwnik gra serio i przygotować plan awaryjny. W przeciwnym razie władzę bierze ten, kto jest zdeterminowany aby ją wziąć. I lemingi to szanują. Tłumaczę tu absolutne podstawy techniki sprawowania władzy. Legalizm to nie jest lekarstwo na napaść obcych, niezależnie od tego, czy państwo jest demokratyczne, czy nie. Wiem też, że być może taki plan awaryjny był nie do zrealizowania i że byłby zbyt kosztowny dla kraju. Że polityk odpowiedzialny nie mógł czegoś takiego brać na siebie. Niemniej jednak próbuję wykazać jakie wrażenie silna władza robi na niewolnikach.

Ponieważ lemingi są wśród nas, obecnie podstawowym zadaniem jest obrona najwierniejszych wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Nie możemy ludzi pozostawić samym sobie. Historia pokazała już nie raz, że nawet wielcy patrioci w osamotnieniu niekiedy stają się lemingami, a więc nie pozwólmy im na to! To musi być wielka akcja charytatywna, zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej. Wielu z tych wiernych wyborców żyje w biedzie i poniżeniu, a wielu z nich w takiej biedzie i poniżeniu się znajdzie. Dzisiaj ty, jutro ja. Zróbmy tę akcję także dla siebie, to pozwoli nam właściwie zagospodarować emocje.

Drugim zadaniem jest zbadanie i wypracowanie takich metod wewnętrznego funkcjonowania naszego ruchu, które zapewnią mu odporność na uderzenia z zewnątrz. A więc ruch musi spajać jedna idea, lecz nie jedno przywództwo. Nie mówię tu o samym PiS-ie, ale o nas, wyborcach. Ruch musi być sieciowy, wieloczłonowy, zdecentralizowany. Pewne zaczątki tego już istnieją, ale są zbyt wątłe. Ruch musi być swego rodzaju równoległym państwem. Muszą być wypracowane metody podejmowania zbiorowej decyzji wtedy, gdy to będzie konieczne. One też już istnieją, w formie zaczątkowej. Jest i blogosfera, w której decyzje podejmuje się mniej więcej tak jak ptaki w gromadzie podejmują decyzję, aby lecieć. Ale blogosferę obsługują maszyny, a za maszynami stoją ludzie – i tu jest groza matrixu, wielkiej manipulacji. Trzeba znaleźć różne inne formy niemaszynowej komunikacji na masową skalę. Ponadto omawiana już przeze mnie zasada zgody wymaga dalszych studiów, gdyż jak każda inna metoda podejmowania decyzji, także i concordia ma swoje wady i słabości. Dalej, musimy się zdecydować, czy włączamy się w bunt Młodych Gniewnych z Wielkich Miast w najbliższej przyszłości, czy też pozwalamy im dostać w d…, a sami koncentrujemy się na zachowaniu własnych pozycji. Jeśli włączamy się w ich bunt, to co właściwie możemy do niego wnieść? Czy istnieje możliwość znalezienia wspólnego języka i na jakim poziomie? Co oni właściwie mają w głowach? To wszystko nie są łatwe pytania i wymagają starannej analizy i żmudnych badań.

Bezwzględnie musimy bardziej aktywnie uczestniczyć w kolejnej akcji Uczciwe Wybory. Jeśli tak się nie stanie, najważniejszy mistyczny rytuał demokracji czyli powszechne głosowanie, jedyny moment, gdy demokracja w ogóle istnieje, stanie się już wkrótce całkowitą parodią i atrapą. A przecież jest to jedyny dzień, gdy taki szaraczek jak ja może zadbać o to, aby wola wyborców była prawem. Udział w pracach komisji wyborczej w charakterze męża zaufania sprawił mi wielką satysfakcję, dał wrażenie uczestnictwa w Sprawie. Dobrze zagospodarowałem swoje emocje. Dzięki temu fatalny wynik wyborczy przyjąłem z lekkim sercem. Przecież poświęciłem niedzielę dla Polski.

 

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.