O rugach przedwyborczych

Podważanie wyniku wyborczego zanim dojdzie do wyborów to jakby wybieganie na spotkanie nieszczęściu. To tak, jakby diabła wyganiać belzebubem.

30 sierpnia na portalu blogerskim nowyekran.pl Łażący Łazarz opublikował artykuł pt. Już nie trzeba fałszować wyborów, w którym w obszernych słowach przedstawił i napiętnował wszelkie możliwe metody fałszowania wyborów. Interesujący ten wywód zakończył zaskakującym stwierdzeniem, że „na dzień dzisiejszy Sąd Najwyższy nie rozpatrzył w terminie skargi Komitetu Wyborczego Wyborców Obywatelskich List Wyborczych Nowego Ekranu przez co, bez względu na wyrok, pozbawił nas możności działania w procesie rejestracji kandydatów do Senatu i List Wyborczych do Sejmu, co jest podstawą prawną do unieważnienia wyborów. Kto wie, może nie będzie nawet czego fałszować”.

Ironiczny ton autora wzbudził we mnie pewne podejrzenia, którym dałem wyraz w komentarzach pod tekstem. Napisałem, że ewentualny pomysł unieważnienia wyborów to scenariusz z pozoru antysystemowy, może nawet anarchiczny, ale realny skutek jest taki, że system pozostanie na swoim miejscu, a gdy tylko będzie to potrzebne, kruczki prawne będą decydowały o tym, że „dziadkowie, ojcowie wami rządzili i synowie ich, komuchów, i wnuki wami rządzić będą”. W odpowiedzi ŁŁ napisał: „Otóż niekoniecznie – ale to temat na dodatkową notkę”.

Z tego co wiem – notki takowej nie było. To znaczy – nie było analizy jakie skutki dla zwyczaju prawnego będzie miało unieważnianie wyborów za pomocą wskazywania błędów proceduralnych. Jako pierwsze skojarzenie przyszło mi liberum rumpo, a więc odmiana liberum veto, oryginalny wynalazek prawniczych pieniaczy, który od 1688 roku mógł uniemożliwić obrady sejmowe na samym ich początku, jeszcze przed wyborem marszałka. Różnica między liberum rumpo a proceduralnym unieważnieniem wyborów polega jednak na tym, że od Sejmu I RP zależało uchwalanie podatków, natomiast od obecnego Sejmu III RP zależy tylko uchwalanie budżetu. Z pozoru różnica jest niewielka, bowiem w każdym ustroju i tak „rząd się wyżywi”. Ale pomyślmy: nieuchwalenie podatków było w czasach I RP prawdziwym dramatem, bowiem oznaczało otwarcie kraju na obcy najazd lub w najlepszym razie – bunt wojska. Dzisiaj natomiast nieuchwalenie budżetu nie stanowi dla administracji żadnego zagrożenia. Właściwie administracja mogłaby sobie istnieć dalej, bo podatki obywatele i tak zapłacić muszą, a dzięki destabilizacji instytucji Sejmu rząd mógłby wydawać pieniądze według własnego widzimisię. Byłby to właściwie absolutyzm bez absolutyzmu, reforma ustroju bez reformy – a wszystko przy pozorach proceduralnej demokracji.

Ktoś mógłby powiedzieć, że taki lub podobny paraliż parlamentu to rzecz dzisiaj zupełnie niemożliwa. Otóż o ile wiem od czterystu iluś tam dni belgijski parlament nie może wyłonić wspólnego rządu. Ostatni „news” na oficjalnym belgijskim portalu belgium.be pochodzi z 2009 roku, strona ambasady belgijskiej zamarła, a na stronie rodziny królewskiej dominują informacje przydatne głównie dla turystów. Jakiś kryzys? Niepowodzenie siódmego z rzędu królewskiego negocjatora? Nie ma żadnego kryzysu! Państwo znajdujące się w tak zwanym „sercu Europy” może sobie pozwolić na różne eksperymenty. Choćby i na absolutyzm.

Ponieważ jako kraj środkowoeuropejski nie znajdujemy się w „sercu Europy” z rosnącym niepokojem czytałem kolejne teksty Łażącego Łazarza. W kolejnym tekście pt. Czy wybory będą unieważnione?, ŁŁ oznajmił, iż „Sąd Najwyższy uznał za zasadną skargę Komitetu Wyborczego Wyborców Obywatelskich List Wyborczych Nowego Ekranu na niezarejestrowanie przez PKW”. W skardze tej postawiono komisji zarzuty bezpodstawnego odrzucenia podpisów na listach poparcia Komitetu, tylko z powodu zakwestionowania danych takich jak imię, nazwisko, adres, PESEL podpisujących się osób, odmowę zarejestrowania Komitetu Wyborczego w formie uchwały, gdy zgodnie z Kodeksem Wyborczym musi wydać postanowienie oraz odrzucenie wniosku o zarejestrowanie Komitetu, bez wezwania wnioskodawcy do uzupełnienia wniosku w terminie 3 dni (np. o brakujące podpisy), do czego zgodnie z Kodeksem Wyborczym Państwowa Komisja Wyborcza była zobowiązana. Ponieważ „poprzez bezprawne działania PKW upłynął zawity termin rejestracji naszych List Wyborczych i Kandydatów do Senatu, przez co, będąc uprawnionym Komitetem Wyborczym zostaliśmy pozbawieni możności udziału w wyborach, rozważamy szereg działań prawnych na gruncie prawa krajowego i międzynarodowego, włącznie z doprowadzeniem do rozpisania nowego terminu wyborów”.

W kolejnym poście ŁŁ oznajmiał, że choć wspomnianym orzeczeniem Sąd Najwyższy umożliwił na powrót zbieranie podpisów, ale że jest to w praktyce niemożliwe, gdyż wyborcy „masowo” odmawiają składania podpisów z powodu oficjalnego ogłoszenia, że termin zgłaszania kandydatów już upłynął. Wezwano zatem PKW do zamieszczenia w massmediach ogłoszenia, iż komitet wyborczy Nowego Ekranu ma prawo kontynuować zbieranie podpisów. Kolejne kruczki prawne (dość mętne) przyniósł post pt. Są pierwsze zarzuty popełnienia przestępstwa przez PKW.

Pierwsze komentarze blogerów Nowego Ekranu były utrzymane w tonie entuzjastycznym. Później jednak pojawiły się głosy krytyczne (1, 2, 3). Co do mnie, to również aktywnie komentowałem kolejne wpisy Łażącego Łazarza, ograniczając się do ogólnikowych uwag o prawniczym pieniactwie i kruczkarstwie. Ponieważ jak wspomniałem, nie doczekałem się „dodatkowej notki” ŁŁ na temat ustrojowych skutków unieważnienia wyborów tą metodą, przywołałem z pamięci gorące dyskusje toczone jeszcze na studiach z kolegami-historykami nad przyczynami upadku Pierwszej Rzeczypospolitej.

* * *

Nasza czcigodna Rzeczpospolita była najwspanialszym państwem w historii aż do powstania Stanów Zjednoczonych. Formalnie rzecz biorąc była to monarchia stanowa, która drogą przemian ewolucyjnych i precedensów zmieniła się w tak zwaną „monarchię mieszaną”. Monarchia mieszana była nowożytną adaptacją starożytnej koncepcji mieszanej formy ustrojowej, łączącej w sobie elementy władzy jednostki, elity i ludu. Najważniejszą normą ustrojową tej Rzeczypospolitej była elekcyjność tronu, a najsilniejszym zwyczajem – wybór króla spośród panującej dynastii. W czasach Jagiellonów i Wazów nie przedstawiało to większego kłopotu, ale niektórzy królowie nie zdołali stworzyć dynastii lub nie mieli potomstwa, co nie przeczy ogólnej zasadzie, że dążono do wyboru z rodziny panującej. Kolejną normą ustrojową była zasada, że zgodę na podatki musi wydać Sejm, w skład którego wchodziła izba poselska, izba senatorska oraz jednoosobowy stan królewski. Kolejną zasadą ustrojową była zasada zgody. Wierzono, że tylko zgoda nadaje prawu sankcję zbliżoną do sakralnej, gdyż dzięki zgodzie prawo jest akceptowane przez wszystkich. Ważnym zwyczajem był rytuał dochodzenia do zgody, obejmujący wolną i niczym nieskrępowaną debatę, dyskusję, kłótnie, intrygi, przetargi tajne i jawne, moralizowanie, wreszcie „zakrzykiwanie” mniejszości przez większość. Do roku 1652 żaden Sejm Rzeczypospolitej nie został zerwany przez jednego posła, a nawet mała grupka niewiele mogła wskórać i teatralne gesty, opuszczanie obrad miało raczej na celu zmiękczenie stanowiska przeciwników. Rozerwanie Sejmu następowało zazwyczaj wtedy, gdy pokaźne grupy interesów nie mogły uzgodnić ze sobą stanowisk w bardzo wielu spornych kwestiach. Jeżeli jednak wypracowano kompromis choćby wokół kilku ustaw – sejm zazwyczaj kończył się szczęśliwie.

Wybory dokonywały się w innej formie niż dzisiaj. Po pierwsze, nie były równe, gdyż mogli w nich uczestniczyć tylko obywatele-szlachta oraz mieszczanie niektórych miast. Po drugie nie były tajne, gdyż wyborcy podpisywali się na jednej karcie do głosowania (stawiali kreskę przy nazwisku swojego kandydata). Po trzecie, posłowie otrzymywali od wyborców na sejmiku instrukcję z zestawem postulatów i petycji do załatwienia na Sejmie. Znacznej części tych postulatów i petycji posłowie nigdy nie załatwiali, gdyż ograniczała ich w tym wola pozostałych uczestników obrad. Ale treść tych instrukcji i wola wyborców były ważkimi argumentami w parlamentarnych debatach. Formalnie rzecz biorąc nie było partii politycznych, a działania „fakcyjne” (proszę nie mylić z „frakcyjnymi”) oficjalnie uznawano za wręcz niegodziwe. Nie było żadnych progów wyborczych – decydowała zwykła większość głosów (a na niektórych sejmikach jednogłośność). Granice okręgów wyborczych ukształtowały się w wyniku ewolucji. Najprostszy system panował na Litwie – każdy sejmik powiatowy wybierał dwóch posłów, a ziemia żmudzka też wybierała dwóch. W pozostałych częściach kraju formą najczęściej spotykaną były sejmiki ziemskie i powiatowe oraz sejmiki wojewódzkie i jeden sejmik dwuwojewódzki (patrz mapa). Wybierały one bardzo różną liczbę posłów, ale często starały się zachować zasadę, aby każda jednostka administracyjna wchodząca w skład sejmiku miała swojego posła (co zbliża ten system do okręgów jednomandatowych).

Niemal na każdym sejmie podważano prawomocność wyborów na poszczególnych sejmikach. Ponieważ liczył się wynik głosowania w pojedyńczym okręgu, lokalne nieprawidłowości wyborcze nie miały wpływu na legalność i wynik wyborów en masse. To była poważna wyższość tego systemu nad obecnym, gdyż wówczas podmiotem kampanii wyborczej byli kandydaci na posłów w poszczególnych okręgach, podczas gdy dzisiaj podmiotem kampanii wyborczej są ogólnokrajowe komitety wyborcze. Ważny jest wynik w skali kraju. Aby przekroczyć próg 5%, komitety wystawiają „lokomotywy wyborcze” czyli gwiazdorów medialnych i celebrytów, którzy „ciągną” za uszy do góry mniej znanych działaczy partyjnych. W rezultacie wyborcy nie głosują na ludzi, tylko na idee. Obecny system słusznie jest uznawany za nienaturalny, niereprezentatywny i – jak się okazuje – potencjalnie niestabilny. Tu od razu tytułem wtrącenia dodam, że idea parlamentu w pełni reprezentatywnego wydaje się być głównym motywem ideologicznym komitetu wyborców Nowego Ekranu.

Wróćmy jednak do sprawy uznania prawomocności mandatów poselskich. Pierwszego dnia obrad w izbie poselskiej podważano mianowicie prawomocność wyboru niektórych posłów. Zwróćmy uwagę: nie sąd, lecz element władzy ustawodawczej podejmował decyzję o ważności wyboru. Przeszkody w pełnieniu mandatu były następujące:

1. ciążący na pośle prawomocny wyrok banicji lub infamii;

2. otrzymany przed dniem wyborów pozew o sprawę kryminalną;

3. poseł został wybrany przez zgromadzenie nielegalne;

4. na sejmiku doszło do rażących naruszeń wolności głosu i wolności wyboru;

5. rozdwojony sejmik wybrał dwie reprezentacje poselskie jednocześnie;

6. na skutek niespodziewanej nominacji do senatu lub ustąpienia z funkcji poselskiej, ex-poseł ustępował miejsca następnemu w kolejności pod względem liczby głosów (uznawano wtedy ważność mandatu);

7. jeśli poseł był jednocześnie deputatem do trybunału koronnego lub litewskiego (ale w pełnieniu mandatu nie przeszkadzało pełnienie lokalnego urzędu sądowego);

8. brakowało dowodu, że na posła w ogóle ktokolwiek głosował (brak oryginalnej instrukcji sejmikowej z imieniem i nazwiskiem posła);

9. gdy ktoś podważył mandat posła, a poseł przezornie opuścił obrady, unikając w ten sposób niemal pewnego dlań upokarzającego werdyktu.

Decyzję podejmowała izba poselska większością głosów. Mogła ona uznać ważność mandatu jednego posła lub obu kontrowersyjnych posłów, mogła też obu wykluczyć z posiedzenia; podobnie odnoszono się do kilkuosobowych reprezentacji sejmikowych. Ponieważ działalność partii politycznych była niemożliwa, a poszczególne sejmiki dokonywały wyborów autonomicznie, rugi poselskie dawały niejaką gwarancję bezstronności, gdyż niewielu było w tym gronie takich, którzy byliby zainteresowani w zmianie lokalnego wyniku wyborczego. Jak wiemy ustawy uchwalano na zasadzie zgody, a zatem unieważnienie kilku mandatów nie uderzało w interesy żadnej pokaźnej grupy posłów. To jest zresztą kolejna wyższość tamtego systemu nad obecnym: wybory można było zakłócić na poziomie lokalnym, ale nie opłacało się ich opanowanie na obszarze całego kraju. Przynajmniej do czasów Augusta III, gdy pojawił się system „dwupartyjny”…

Choć Rzeczpospolita była państwem prawa, oficjalną doktryną państwa była zasada zgody i „prawo konieczności”. A więc – co dzisiaj jest czymś nie do pomyślenia! – polityka była wtedy wyzwaniem moralnym. W imię dobra Ojczyzny, posłowie często odstępowali od procedur, od niektórych zasad konstytucyjnych i ulegali moralnej perswazji.

Niestety, stopniowo zaczęła dochodzić do głosu inna tendencja, zwana w literaturze historycznej „legalizmem”. Przebijała się powoli zabójcza dla tego ustroju teza o tym, że nie liczy się „ważenie głosów” (czyli wysłuchiwanie argumentów i przekonywanie), lecz bezwzględne, mechaniczne przestrzeganie procedur parlamentarnych. A na straży tych procedur mógł stanąć nawet pojedyńczy poseł. W czasach względnej prosperity i spokoju, posłów tych zagłuszano, a nad ich protestami przechodzono do porządku dziennego. Ale gdy podczas powstania Chmielnickiego zaufanie do monarchii osłabło, wielu polityków zaczęło dostrzegać w normach proceduralnych ochronę przed królewską samowolą i despotyzmem. Zaczęto tolerować zachowania, które wcześniej w ogóle nie mogły mieć miejsca. Nastąpiła „liberalna deregulacja”, czyli rozstrój.

Krytycznym dla ustroju Rzeczypospolitej przepisem proceduralnym był przepis o tym, że Sejm nie może trwać dłużej, niż 6 tygodni. Ponieważ do uzgodnienia stanowisk trzeba było niekiedy więcej czasu, wraz ze zbliżającym się końcem Sejmu obrady robiły się coraz bardziej nerwowe, coraz trudniej było znaleźć kompromis, coraz większą role odgrywała obstrukcja proceduralna. Szczególnie zaś trudno było skłonić niektórych posłów do zgody na przedłużenie obrad ponad ustawowy termin sześciu tygodni. Wreszcie podczas pierwszego sejmu w roku 1652 poseł upicki Władysław Siciński odmówił zgody na przedłużenie obrad i w pośpiechu opuścił Warszawę. Ówczesny marszałek poselski Andrzej Maksymilian Fredro i otaczający go parlamentarzyści stanęli przed najtrudniejszym wyborem życia. Gdyby nie uznali protestu, w przyszłości mogłoby dojść do tego, że Sejmy odbywałyby się bez wymaganego kworum, a więc np w obecności zaledwie kilku posłów. Być może dlatego właśnie uznali protest za legalny. Chcieli bowiem uchronić zasadę zgody.

Był to największy błąd w ich życiu. Co prawda na krótką metę udało się uniknąć wzmocnienia władzy królewskiej, ale zasady zgody wszystkich na dłuższą metę nie ocalono. Część polityków doszła do wniosku, że jeśli z izby poselskiej uda się usunąć zdrajców, to osiąganie konsensusu będzie łatwiejsze. W czasach kryzysu wojen kozackich i potopu coraz częściej rugowano więc posłów z powodu oskarżeń o dezercję, zdradę, kapitulację przed wrogiem bądź wyznanie ariańskie. Jak widzimy w tym czasie wcześniejsza zasada zaufania uczestników życia publicznego względem siebie ustąpiła dążeniu do wyeliminowania ludzi, których większość uznawała za politycznych szkodników. Nie przynosiło to jednak żadnych efektów, ponieważ pod pretekstem obrony równości i wolności, przekupieni posłowie i sługi rękodajne deptały i równość, i wolność. Pod koniec panowania Jana III Sobieskiego sejmy rwały się za sejmami, a przecież trudno zakładać, że był to efekt zgody wszystkich. Wręcz przeciwnie, wiemy doskonale, jak bardzo obywatele narzekali na ten stan rzeczy, ale – tkwiąc w kajdanach legalizmu – nie umieli znaleźć wyjścia. Znany jest na przykład przebieg pewnego Sejmu z czasów Sobieskiego, podczas którego, mimo zerwania obrad, posłowie spotykali się wciąż w izbie poselskiej i przez wiele tygodni przedłużali obrady, rozpaczliwie próbując ocalić dzieło Sejmu, a przecież nie odważali się podjąć najprostszej decyzji o przejściu nad pojedyńczym protestem do porządku dziennego, o unikaniu dalszych protestów przez zmuszenie protestującego do przedstawienia swoich argumentów, o nieuznawaniu protestów, które nie byłyby poprzedzone dyskusją i przekonywaniem, lub choćby o odebraniu protestującemu mocy obalenia wszystkich ustaw. Taka była moc ograniczeń mentalnych wynikających z legalizmu! I – jak pisałem na wstępie – w 1688 roku Sejm zerwano jeszcze przed wyborem marszałka. A więc nadużywając normy proceduralnej stworzono genialny sposób, umożliwiający unieważnienie wyborów, zagranie wyborcom na nosie i oddanie władzy w ręce… no właśnie – w czyje ręce?

* * *

Jak już wspomniałem obecny system wyborczy jest tak niesprawiedliwy i nienaturalny, że jego moralna legitymacja jest niesłychanie wątła i krucha. Sejm wybierany w ten sposób jest maszynką służącą do wyłonienia rządu, do uchwalenia budżetu i do „przyklepywania” działań administracji, której reprezentantami są zazwyczaj ministerialni podsekretarze stanu. Suwerenność Sejmu jako całości jest wyprowadzona do rządzącej partii i do komisji sejmowych, gdzie owi podsekretarze stanu manipulują posłami i wodzą ich za nos. Merytoryczne dyskusje nie istnieją, a dominują takie kreatury administracji, jak marszałek „Dopalacz” czy cham z Biłgoraja. Obywatele nienawidzą Sejmu i zbiera on wszelkie baty, które w istocie rzeczy należą się nie bezradnym posłom opozycji, ale administracji, dla której parlament jest wygodnym buforem chroniącym przed gniewem ludu.

A jednak istnieje iskierka nadziei, że to się zmieni. Pierwszą iskierką jest pośmiertny prezent prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przed katastrofą smoleńską cały konflikt PO-PiS zdawał się nieprzytomnie rozdęty i rozdmuchany, a jego główni bohaterowie trochę nierealni. Ta katastrofa i wszystkie te niegodziwości, które po niej nastąpiły uświadomiły wielu obywatelom, że „to się dzieje naprawdę”. Że choć PiS to partia typu fakcyjnego, to poparcie go w wyborach jest po prostu konieczne. Powrót do pieśni o IV RP jest potrzebny. Nieważne, czy rząd spełni wszystkie nasze oczekiwania, czy nie. Ważne, aby stworzył dobry klimat, dzięki któremu obywatele wyjmą z rąk polityków dzieło reformy i przeprowadzą je sami. A wtedy prędzej czy później i ordynacja wyborcza się zmieni i w ogóle zmieni się wszystko.

Gdyby wybory uczciwie wygrała Platforma Obywatelska nie byłoby podstaw do protestu. Byłoby to wydarzenie bolesne, ale nie odbierające całkiem nadziei. Podważanie wyniku wyborczego zanim dojdzie do wyborów to jakby wybieganie na spotkanie nieszczęściu. To tak, jakby diabła wyganiać belzebubem.

Jakub Brodacki

UWAGA! Gdy zacząłem pisać ten tekst pojawiło się ogłoszenie o tym, że jutro Komitet Wyborczy Wyborców Nowego Ekranu złoży doniesienie do Prokuratora Generalnego o popełnieniu przestępstwa przez Państwową Komisję Wyborczą. Jednocześnie złożone zostanie wezwanie do Prezydenta RP o wyznaczenie nowego terminu wyborów parlamentarnych.

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.