Moja wizja relacji Polska-Europa-Rosja

Nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjąłby Polski do Unii Europejskiej, gdyby nie mniej lub bardziej dyskretne poparcie Moskwy dla tej inicjatywy.

Ze względu na różnice wykształcenia, specjalizacji i wrażliwości każdy myślący człowiek postrzega suwerenność Polski na innym poziomie, z rozmaitym nasileniem i zaangażowaniem emocjonalnym. Bez wątpienia jednak suwerenność to przewodni wątek ostatnich 22 lat naszej historii. Nasz kraj systematycznie traci wszelkie realne, jak i formalne cechy kraju suwerennego z przerażającą szybkością.

Ponieważ uważam, że naprawdę „warto rozmawiać”, zawsze z zainteresowaniem słucham poglądów skrajnie przeciwnych, pod warunkiem jednak, że wypływają z tych samych szlachetnych, patriotycznych pobudek. Sądzę, że na polskiej prawicy każdy – mniej lub bardziej – bije się z myślami; miotamy się pomiędzy dwoma wizjami relacji Polska-Europa-Rosja. W jednej z nich należy jak najszybciej uciec od Rosji, oderwać się od niej za wszelką cenę – nawet za cenę formalnej utraty suwerenności na rzecz Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych lub Niemiec czy kogolwiek innego. Według drugiej wizji powinniśmy przede wszystkim pozbyć się „Żydów”, czyli światowej lichwy, która po 1989 roku „napadła” na Polskę i zrabowała wszystko to, co tutejsi we współpracy z Sowietami jednak stworzyli. W moim odczuciu oba te skrajne poglądy są nie tyle fałszywe, ale wybiórcze i nie ukrywam, że ulegałem do tej pory jednemu z nich – to znaczy przekonaniu, że co by nie było, popadnięcie w zależność od Rosji to wariant najgorszy z możliwych.

Rzecz w tym, że ten „najgorszy wariant” egzystuje sobie w najlepsze właśnie w ramach Unii Europejskiej. Aby zrozumieć ten fenomen, trzeba sobie odpowiedzieć krótko na pytanie czym właściwie jest Polska.

Państwo egzystujące w ramach ONZ pod tą nazwą jest – jak pokazuje historia ostatnich 22 lat – zarządzane metodą mongolską. To nie oznacza, że wcale nie da się tutaj żyć; o nie, mongolskie elity do 2010 roku rozumiały przynajmniej tyle, że tubylcom trzeba pozostawić minimum autonomii, aby po prostu nie zarżnąć dojnej krowy (napadając na ościenne kraje Chanat Krymski nigdy nie niszczył ich do cna, ponieważ straciłby źródło utrzymania). Co więcej, elity te rozumiały również, że opłaca się w Polsce inscenizować demokrację, gdyż dzięki tej inscenizacji można w nieskończoność wyłudzać od zachodnich sponsorów gigantyczny haracz na kolejne inscenizacje, jak na przykład tak zwaną „budowę autostrad”.

Krótko mówiąc „Polska pod panowaniem mongolskim” egzystująca pod nazwą „Polska” wynegocjowała sobie członkostwo i została członkiem Unii Europejskiej.

Z biegiem lat dochodzę do wniosku, że nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjąłby Polski do Unii Europejskiej, gdyby nie mniej lub bardziej dyskretne poparcie Moskwy dla tej inicjatywy. PRL miał dla Sowietów ograniczoną przydatność jako rezerwuar niewolników i swego rodzaju „park intelektualny”, w którym można było testować różne pomysły socjotechniczne i wykorzystywać polski patriotyzm dla rozwoju własnego imperium. Ale jak wiadomo Sowiety zbankrutowały, nie mogąc wytrzymać presji dolara, więc aspiracje Moskwy skoncentrowały się ściśle na zaspokajaniu dojmującego głodu wartościowych pieniędzy. Mongolska „Polska” jest dla Moskwy kąskiem o wiele bardziej cennym będąc członkiem Unii Europejskiej, konsumując europejskie dotacje i następnie płacąc Rosji za gaz po możliwie najwyższej cenie.

Tym samym twierdzę, że Polska nie jest członkiem Unii Europejskiej; natomiast Polska mongolska jak najbardziej. W tym sensie mam nieskrywany żal do elit europejskich o to, że dały się nabrać na tak dziecinną i łatwą do odczytania inscenizację; nie wątpię, że kraje takie jak Anglia, Francja i Niemcy wiedziały co robią; boli mnie tylko, że inne kraje UE pozwoliły i pozwalają bezczelnie się okradać – rzekomo przez Polaków, a w istocie przez Mongołów posługujących się nienaganną polszczyzną i w ogóle wszystkimi możliwymi językami z Jidysz włącznie.

Krótko mówiąc ci wszyscy, którzy wierzą w „jedność słowiańską” i z nadzieją patrzą na Rosję mają po prostu całkowicie błędny obraz sytuacji. Moskwa owszem, Polsce pomoże, ale tylko Polsce zarządzanej przez Mongołów, a i to tylko wtedy, gdy ci Mongołowie będą posłusznie rabować całą zachodnią wspólnotę. Ostatnio zjawisko to się nasila w tym sensie, że Moskwa jest bardziej niż kiedykolwiek głodna pieniędzy, przeto żąda nie tylko pieniędzy za gaz, ale w ogóle wszystkiego, co w Polsce ma jakąkolwiek wartość. Każda próba nieposłuszeństwa w tym zakresie będzie surowo karana – przekonał się o tym ostatnio Sławomir Petelicki.

Wbrew temu co twierdzą niektórzy, nie uważam PiS-u za udziałowca mongolskiego konsorcjum zarządzającego Polską, ale raczej swego rodzaju „wypadek przy pracy”. Nieopisany entuzjazm, w jaki społeczeństwo polskie wpadło po wejściu do UE chwilowo wyzwolił postawy spontaniczne, których efektem było odsunięcie najbardziej skompromitowanych mongolskich poborców od władzy, choć pomniejsi mongolscy przywódcy przewijali się także przez cały okres rządów PiS – co do tego nie mam złudzeń. Mimo to zachowania spontaniczne nie leżą w interesie Mongołów, gdyż podważają prawowitość ich władzy. Mongolskie konsorcjum poprosiło więc Moskwę o pomoc i uzyskało ją, czego finałem były wydarzenia 10.04.2010 i wszystko to, co było potem.

Co z tego wszystkiego wynika? Po pierwsze, niezależnie od tego kto naprawdę Polskę rabuje i niszczy przez ostatnie dwudziestolecie, nie należy oczekiwać pomocy ze strony wielkiego „słowiańskiego” brata. Po drugie, nie należy też utożsamiać kraju o nazwie „Polska” z Polską, a co za tym idzie wszelkie sojusze, w których ta „Polska” uczestniczy należy traktować jako sojusze co najwyżej postulowane. Jesteśmy w punkcie wyjścia: nie mamy niepodległości; wygranie przez PiS wyborów może nam pomóc, ale nie pokładałbym w tym zbyt wielkiej nadziei. Cały nasz wysiłek powinien iść w kierunku samoorganizacji (zdolności do przejęcia kontroli nad krajem, patrz mój tekst Otium dla mas) oraz analizy sytuacji międzynarodowej pod kątem skłócenia wielkich mocarstw, ponieważ dzięki skłóceniu mocarstw może zaistnieć szansa odzyskania wolności. Pod warunkiem, że będziemy na to gotowi i odzyskamy sarmacką samoświadomość.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.