Międzymorze wg Marka Chodakiewicza (2)

Intermarium jest tematem, który będzie budził coraz większe zainteresowanie. Zajrzyjmy więc do księgarni i weźmy w ręce monumentalną pracę Marka Jana Chodakiewicza pt. Międzymorze. (Kontynuacja pierwszej części recenzji, która napisałem wcześniej – link)

(blog-n-roll.pl, 12.01.2017)

Bibliografia
Tym razem zaczniemy od bibliografii, co pozwoli nam ustalić, jaki jest dominujący (jak mówi dzisiejsza młodzież) „kontent” książki. Ku naszej radości autor wyróżnia źródła pierwotne (archiwalia, zbiory dokumentów) od źródeł wtórnych, którymi są w istocie monografie naukowe. Takie bardzo krytyczne podejście do „tfurczości” naukowej jest niezwykle trafne, bo prace uczonych są w istocie kompilacjami źródeł – mniej lub bardziej krytycznymi, a w każdym razie podlegającymi surowej ocenie.

Wśród źródeł pierwotnych widzimy archiwa specjalizujące się głównie w historii najnowszej, wydawnictwa źródłowe z tego okresu oraz pamiętniki, wspomnienia i dzienniki podróży zarówno z czasów wojennych, jak powojennych, a nawet najnowszych. Rozróżnienie między wydawnictwami źródłowymi a twórczością pamiętnikarską wydaje się słuszne, gdyż ta ostatnia zazwyczaj (choć nie zawsze) pozbawiona jest krytycznego „aparatu” naukowego, to znaczy przypisów i objaśnień wydawcy. Marek jako osobną kategorię podaje także prasę.

Wśród wydawnictw monograficznych zdecydowanie dominują wydawnictwa poświęcone historii wieku XX. Są jednakże i pojedyncze monografie dotyczące średniowiecza oraz praca Normana Daviesa pt. Boże igrzysko – kiedyś dla mnie objawienie, dzisiaj marny cień tego, co o Rzeczypospolitej powinniśmy wiedzieć. Już sam angielski tytuł tej książki (God’s Playground) jest skrajnie manipulacyjny – zakłada on mianowicie, że Polska istniała tylko dzięki szczególnej Opatrzności, gdyż sama nie dałaby sobie rady (w domyśle: z tak dziwnym ustrojem i społeczeństwem). Bóg sobie eksperymentował na Polakach i tylko dzięki temu Polska mogła istnieć tak długo. Niepokojąco kłuje w oczy Paweł Jasienica – autor, który też kiedyś był objawieniem, a dzisiaj chyba wszyscy już rozumiemy, że pisał książki o takiej treści, o jakiej pisać mógł pod reżymem cenzury i korzystając z prac naukowych również pisanych pod reżymem cenzury. Ubóstwo literatury przedmiotu dotyczącej Międzymorza czasów wcześniejszych skłania do ironicznej uwagi, że postulowany przez Autora logocentryzm nie zastąpi rzetelnej znajomości dawniejszej historii Międzymorza; jest jedynie zalecaną metodą badawczą.

O czym jest książka?

Biorąc pod uwagę stan bibliografii, można się zastanowić o czym w ogóle jest ta książka, począwszy od rozdziału 10. Nie jest ona o Międzymorzu, ale raczej o jego zniszczeniu i próbie odrodzenia i odbudowy poprzez lokalne wspomnienia i lokalny nacjonalizm. Kluczem do rozumowania Autora jest naturalna sympatia wobec każdego nacjonalizmu narodów podbitych przez Rosję i niechęć do sowieckiego „patriotyzmu”. Tłumaczy to daleko idącą tolerancję Autora do etno-nacjonalistycznych wybryków, które traktuje jako konieczny etap „odreagowania” po sowieckiej, totalitarnej unifikacji.

Okupacje, transformacja, wyzwolenie

Nie pozbawia to jednak Autora krytycyzmu i chirurgicznej uczciwości w opisie kolejnych okupacji: pierwszej sowieckiej (1939-1941), nazistowskiej (1941-1944) oraz drugiej sowieckiej (1944-1992). Następnie Profesor przechodzi do okresu transformacji ustrojowej. Autor kapitalnie rozumie proces transformacji, ma też ogólny ogląd tego procesu, spojrzenie z lotu orła, nie zaś kuricy. Jedyne czego w tym opisie brakuje, to odniesienia do poprzednich transformacji ustrojowych, które przechodziło państwo rosyjskie, to znaczy transformacji od Rosji Rurykowiczów do Rosji Romanowów oraz transformacji od Rosji Romanowów do Rosji bolszewickiej. Jeśli Autorowi trudno odnaleźć łącznik między tymi transformacjami, to podpowiadam tylko jeden, lecz zupełnie kluczowy: tajne służby. Autor pierwszej transformacji – Fiodor (Filaret) Romanow był mistrzem działań o charakterze specjalnym i to on był autorem całego procesu, w wyniku którego jego syn Michał zapoczątkował nową dynastię.

W kolejnych rozdziałach Marek Chodakiewicz opisuje wyzwolenie Intermarium spod okupacji sowieckiej, przywołując tu nieznany szerszej publiczności fakt, że Białoruski Front Narodowy postulował pod koniec lat 80. utworzenie unii białorusko-bałtycko-ukraińskiej, czyli niemalże restauracji Wielkiego Księstwa Litewskiego (dzisiaj ten pomysł jest popularny na Ukrainie i jeśli Łukaszenka znajdzie w sobie dość śmiałości, zapewne zostanie zrealizowany…).

Procesy postkomunizmu w Intermarium

Przechodzimy do części trzeciej, czyli do opisu sytuacji obecnej od 1992 roku począwszy. Na obszarze Międzymorza ścierają się takie żywioły, jak postkomunizm, nacjonalizm i globalizm, walczą, ale i przenikają się, stosując rozmaite kombinacje i mieszaniny we wzajemnej zależności. Cały wywód jest ogólnie rzecz biorąc prawdziwy, ciekawy, miejscami dyskusyjny. Przede wszystkim Autor koncentruje się na opisie procesów, natomiast wadą wywodu jest pomijanie ludzi, na przykład postaci Lecha Kaczyńskiego, który wymieniany jest głównie w przypisach. Wynika to zapewne z faktu, że polityczni bohaterowie Międzymorza ciągle nie mają jednoznacznej oceny wśród swoich rodaków, a idea Międzymorza powinna jednoczyć, a nie dzielić. Trudno jednakże utrzymać ten bezosobowy stan idei na dłuższą metę.

Autor wyjątkowo trafnie wskazuje na fakt, że elity postkomunistyczne wspierały odrodzenie tradycyjnej religijności chrześcijańskiej w całym Międzymorzu. Jak stwierdza autor:

Ta dialektyczna strategia służy kilku celom. Po pierwsze – daje postkomunizmowi instrument kontroli mas – instytucjonalny i duchowy. Po drugie – jeszcze bardziej w oczach publiczności legitymizuje to postkomunistów jako rzekomych tradycjonalistów, a przynajmniej odnowicieli tradycji. Po trzecie – po zgonie kultu marksistowsko-leninowskiego nowa strategia kanalizuje ludzką potrzebę duchowości w jeszcze jednym oficjalnie uznanym ujściu. Po czwarte – wykorzystuje dla wsparcia postkomunizmu stare religijne instytucje i ich kadry, w tym agentów tajnej policji, jako użyteczne podpórki reżymu, jako pokazówkę dla widzów krajowych i zagranicznych, żeby dostrzegli „wolność religijną” i „liberalizm” systemu”.

Jeśli przypomnimy sobie bezkrytyczny kult „papieskich kremówek”, czyli przykład najbardziej skrajny, to zrozumiemy „jak to się je”. Zrozumiemy również, dlaczego wśród ludzi myślących i nieco zbuntowanych popularne są wszelkie nurty religijne, byle nie katolicyzm. Na prawicy narodowej z wolna szerzy się libertariański protestantyzm (Martin Lechowicz, pastor Chojecki), w środowiskach liberalnych popularne są religie wschodu we wszystkich możliwych odmianach, oczywiście w większości w formie sekciarskiej. Ludzie unikają tradycyjnego chrześcijaństwa nie tylko z czysto osobistych powodów, lecz także z obawy przed odebraniem im wolności myślenia. Niektórzy – tak jak ja – obawiają się, że katolicyzm będzie w Polsce pasem transmisyjnym postkomunistycznego prawosławia. W tym kontekście uważam, że zagrożenie islamskie jest naprawdę śmieszne.

Bardzo ciekawym poznawczo rozdziałem jest rozdział 17, opisujący stan rzeczy w państwach nadbałtyckich, dostarczający wielu powodów do sympatii, także dla Litwinów, którzy jako jedyni doprowadzili do ujawnienia wszystkich teczek dawnej bezpieki. W rozdziale 18 dowiadujemy się wielu szczegółów z najnowszych dziejów Ukrainy, Białorusi i Mołdawii. Z większą sympatią podchodzimy do postaci Wiktora Juszczenki, który naprawdę robił, co mógł, lecz padł pod recydywą postkomunistów.

Reintegracja Intermarium?

W kolejnym, 19 rozdziale, Marek prezentuje próby Międzymorza do integracji i wyrwania się spod rosyjskiej zależności. To jest oczywiście najciekawszy rozdział, choć nie miałby swojej mocy, gdyby nie całość książki, która go uwiarygadnia. Profesor podpowiada możliwie najmniej konfliktowe sposoby reintegracji i kluczowe ruchy, które należy wykonać, aby państwa najbardziej oporne wobec idei, stały się jej potencjalnie przychylne. Idee Marka wprost korespondują z moimi i w zupełności je podzielam. Należy więc rozpocząć federalizację w taki sposób, by utworzyć równoległe struktury federacyjne dublujące struktury UE i Wspólnoty Niepodległych Państw. Początkowo struktury tworzyłyby mniejsze grupy państw, takie jak Białoruś-Ukraina, Litwa-Łotwa-Estonia, Polska-Czechy-Słowacja-Węgry, Rumunia-Bułgaria oraz dawne kraje Jugosławii i ich sąsiedzi.

Proces wspinałby się od szczebla lokalnego przez krajowy i regionalny Wymagałby mnóstwa dwustronnych, trójstronnych i wielostronnych porozumień na obszarze między morzami Czarnym, Bałtyckim i Adriatyckim. Proces rozpocząłby się na najniższym szczeblu, od najdrobniejszych spraw handlowych, transportowych i temu podobnych. Wzajemnie korzystna wymiana handlowa byłaby kluczem do powodzenia projektu. To oznacza jak najmniej regulacji rządowych.

Najpierw na szczeblu lokalnym potrzebne byłoby nadgraniczne zaangażowanie każdego uczestnika. Regułą powinny być granice otwarte dla ruchu lokalnego… W obwodzie kaliningradzkim też należy rychło wprowadzić lokalny system ułatwień podróży i handlu, ale dopiero wtedy, kiedy uzyska autonomię lub niezależność od Moskwy, ku czemu trzeba oczywiście dążyć”.

Ten ostatni postulat został niestety wykolejony i zrealizowany na sposób sowiecki. Zobaczymy, jakie będą jego dalsze koleje.

Dalsze etapy federalizacji zaprezentowane przez Marka są dość skomplikowane, toteż wypada je zacytować w całości:

…Białoruś, Ukraina i Mołdawia podjęłyby dwu- i trójstronna integrację we własnym gronie. Musiałyby skoordynować swoje systemy na poziomie kompatybilnym z Litwą, Łotwą i Estonią. Jednocześnie każdy kraj z pierwszej trójki realizowałby dwustronne porozumienia z każdym krajem z drugiej trójki. Następnie kraje obu federacji w Międzymorzu rozpoczęłyby proces integracji prowadzący pierwszą trójkę do stopniowego opuszczenia WNP”.

Rozumiemy oczywiście, jak ryzykowny byłby to proces wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej na Donbasie. Odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego to dla Moskwy zły sen i jeszcze gorsza ewentualność, niż odtworzenie zjednoczonej Rzeczypospolitej. W tym drugim wariancie Moskwa mogłaby rozgrywać antypolskie etno-nacjonalizmy Międzymorza, w tym pierwszym byłoby to o wiele trudniejsze, zwłaszcza gdyby Polska zaangażowała się we wspieranie nowego bytu para-państwowego ze zdwojoną energią i z poszanowaniem jego odrębności. Posłuchajmy jednak dalej:

„Równolegle podobny wielostopniowy proces realizowany byłby na liniach Ukraina-Mołdawia i Rumunia-Bułgaria. Czwórka wyszehradzka postąpiłaby według tego samego modelu, podobnie podejmując zobowiązania wobec bezpośrednich sąsiadów, tak jak kraje bałkańskie, bez opuszczania UE. Kraje członkowskie UE z >nowej Europy< posłużyłyby za kotwicę procesu. Czwórka wyszehradzka byłaby osią. Wokół niej państwa wschodniobałkańskie integrowałyby się z zachodnio-bałkańskimi i wciągnęłyby je do UE. Wtedy państwa nadbałtyckie zrobiłyby to samo razem z centralnym i południowym Międzymorzem, a następnie wszystkie zharmonizowałyby się z Bałkanami i czwórką wyszehradzką. Tkwiące w centrum operacji V4 stabilizowałoby całość przedsięwzięcia”.

Głównych trudności w realizacji projektu autor upatruje w kłodach, które UE mogłaby kłaść pod nogi jego twórcom. Nie dostrzega jednakże innego problemu, a mianowicie stopnia dojrzałości elit i narodów „wyszehradzkich” do realizacji tego przedsięwzięcia. To nie może być tylko projekt PR. To musi być rycerska gotowość wzięcia odpowiedzialności za kraje, na które spadnie główny ciężar rosyjskiego gniewu – to znaczy na Ukrainę i innych sukcesorów Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz Państwa Kawalerów Mieczowych.

Czy to znaczy, że praca Chodakiewicza (napisana przed napaścią Mordoru na Ukrainę) jest już nieaktualna? Autor zwraca uwagę, że federalizacja jest możliwa dopóty, dopóki nie ma wojny oraz zauważa, że w Międzymorzu „nie odkryto jeszcze sprawy szerszej niż własny kraj, za którą warto umierać” i dodaje: „nikt nie jest gotów umierać za euro”. Tu najwyraźniej się myli, ponieważ Ukraińcy najwyraźniej są gotowi umierać za euro, choć zapewne nie wszyscy. Naturalnie nie chodzi tu o konkretne „euro”, lecz o symbol wolności, który ma dla Ukrainy znaczenie szersze, niż tylko etno-nacjonalistyczne. Jakkolwiek nagła kariera Sławka Nowaka na Ukrainie jest dla nas czymś oburzającym i śmiesznym, to jednak sama otwartość Ukrainy i de facto „otwarty nacjonalizm”, czyli patriotyzm Ukraińców jest sporym zaskoczeniem. Gromada gruzińskich doradców, którzy początkowo mieli wspierać ukraińskie reformy to widome świadectwo woli narodu. Nie dziwi zatem wysiłek, z jakim Moskwa próbuje wzmocnić etno-nacjonalizm na Ukrainie i, niestety, w Polsce. W obecnym stanie rzeczy tylko etno-nacjonalizm może storpedować dążenie do wolności całego regionu.

Ta lepsza strona, lepsza twarz Ukrainy, ujawniła się w chwili najwiekszego zagrożenia i największego nasilenia wojennego terroru Rosji wobec Ukrainy. Ukraińcy nagle odkryli sens patriotyzmu, który nie jest oparty wyłącznie na kategoriach etnicznych czy językowych. W pierwszych dniach po zwycięstwie rewolucji na Majdanie, w opozycji do nerwowych ruchów parlamentu, społeczeństwo przeciwstawiło się próbom antagonizowania Ukraińców na rosyjsko- i ukrainojęzycznych. Nie udało się uniknąć rozlewu krwi, ale przynajmniej próbowano. Nagle się okazało, że rosyjskojęzyczna Odessa bynajmniej nie tęskni za „ruskim mirem”. Podobnie zachowały się inne regiony rosyjskojęzyczne, łącznie z sowieckim Charkowem i Zaporożem. Wyjątkiem był Krym oraz znaczna część Donbasu. Ciekawe procesy następują także w ostatnich miesiącach. Rośnie w siłę nowa organizacja zwana Korpusem Narodowym, oparta na kadrach ochotniczej formacji pułku Azow. Kadry pułku w maju 2015 roku w większości pochodziły ze środkowej i wschodniej Ukrainy.

Ta nowa formacja polityczna jest niedostrzegana w Polsce. Postuluje ona powołanie Międzymorza i jest przyjazna wobec Polski. We wpisie „azowskiego” szefa rekrutacji na Europę, Gastona Bessona na portalu społecznościowym „Azowa” z 5 września 2014, czytamy:

Trochę rosyjskiej propagandy… Jesteśmy wszyscy nazistami, syjonistami i islamistami! Dlaczego? Ponieważ nie zgadzamy się na aneksję 1/3 Ukrainy przez miłośników Wielkiej Rosji, antyfaszystów, byłych komunistów i innych sowieckich nostalgików. Ukraina jest jedna i niepodzielna. I taka pozostanie. Nie chcemy mafii Putina, Wielkiej Rosji, komunizmu, NATO ani Unii Europejskiej. Chcemy być niezależni, socjalistyczni (*w rozumieniu solidarystycznym, antymarksistowskim), nacjonalistyczni i chrześcijańscy. Chwała Ukrainie! Za wielką europejską rekonkwistę. źródło

Okazuje się, że Ukraina przeżywa swoistą „terapię szokową” i przyspieszone budowanie nowej tożsamości. Byłoby lepiej, żeby dokonało się ono w warunkach pokojowych, ale lepszy rydz, niż nic.

W kolejnym 20 rozdziale Marek Chodakiewicz opisuje większości i mniejszości w Międzymorzu. Opis sytuacji mniejszości polskiej na Litwie na pewno nie spodoba się naszym najzagorzalszym narodowcom i narodowym bolszewikom. Jest on jednak uczciwy. W podsumowaniu stwierdza, że należy odrodzić ducha Rzeczypospolitej Korony Polskiej i WKsL z uwzględnieniem księstw ruskich. Gruntowne studia ujawnią, jak wiele nam brakuje wrażliwości i empatii. Bez tych studiów

„mieszkańcy Międzymorza pod wodzą krzykliwych ludowych nacjonalistów, nawiedzonych narodowych bolszewików i cynicznych postkomunistów rozszarpią projekt jako operację maskującą rehabilitację polskiego szowinizmu i imperializmu. Jest rzeczą oczywistą, że nie może to być tylko polski projekt. To musi być projekt lokalnej, narodowej elity Międzymorza. I powinien to być projekt zachodni. Ma szanse powodzenia jedynie z poparciem Stanów Zjednoczonych. Jeśli nie, to przejmą go Moskwa i Berlin, schowany za plecami Brukseli”

W części czwartej Autor jak gdyby rozpoczyna książkę od nowa, skupiając się na miłych sercu studiach terenowych. Część ciekawa, reporterska, w której kreśli po prostu post-sowiecki krajobraz, z tymi wszystkimi pomnikami Lenina i Bandery, które się tu i ówdzie wówczas przenikały (autor nie wspomina już o tym, że słynny „Leninopad” wyeliminował sowieckiego ludobójcę, pozostawił jednak ideologa etno-nacjonalizmu). Opisuje mentalność, wspomnienia ludzi i etnosów oraz fałszywą, sowiecką tożsamość. Kreśli przed naszymi oczami stereotypy narodowe i stereotypy naukowe, szczególnie dotkliwe dla nauki zachodniej, która o Międzymorzu w gruncie rzeczy „nic nie wie”. W zakończeniu postuluje przede wszystkim wzmożony wysiłek badaczy w celu odkrycia historii Intermarium na nowo i rozwiania trujących mgieł mitów sowieckich, jak również fałszywych mitów etno-nacjonalistycznych.

Cóż jeszcze można dodać? Właściwie nic, poza tym, że trzeba zakasać rękawy i nie oglądając się na wzajemność zabrać się do roboty. Nie należy się tez przejmować tym, że „mniejsze” lub „młodsze” narody włażą nam na głowę, wykorzystując naszą uległość i życzliwość. Lwiątka też często włażą na lwicę, która traktuje pobłażliwie ich wybryki, a czasem tylko skarci. Nie bije się dzieci. Dzieci trzeba wychować. A z czasem może się okazać, że to my możemy się więcej nauczyć od nich, wbrew oczekiwaniom.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.