Międzymorze wg Marka Chodakiewicza (1)

Intermarium jest tematem, który będzie budził coraz większe zainteresowanie. Zajrzyjmy więc do księgarni i weźmy w ręce monumentalną pracę Marka Jana Chodakiewicza pt. Międzymorze.

(blog-n-roll.pl, 3.01.2017)

Przyjrzyjmy się wpierw okładce. Ku naszej radości dostrzegamy na niej mapę Rzeczypospolitej z roku 1730 zatytułowaną Intermarium Polonia. Na mapie tej widzimy dawno już wtedy nieaktualne granice – Estonia w granicach Międzymorza, Smoleńsk, Starodub, Nowogródek Siewierski, Kijów – wszystko to ostatecznie utracone w roku 1710. Niemniej jednak w tym czasie i aż do końca istnienia państwa, istnieć będą wirtualne sejmiki smoleńskie, a obywatele smoleńscy ciągle jeszcze żyć będą nadzieją powrotu do granic ojczystych. Przez długi czas jeszcze będą sobie oni sprowadzać żony z terytorium Rzeczypospolitej, by zachować swoją przynależność do cywilizacji sarmackiej i przekazać ją w spuściźnie dzieciom. W latach 20. XVIII wieku ulegnie to zmianie, gdy władze rosyjskie wprowadzą oficjalny zakaz sprowadzania żon zza zachodniej granicy i szlachta smoleńska ulegnie stopniowej rusyfikacji. Tak czy inaczej mapa z roku 1730 przedstawia jak gdyby ostatni cień dawnej, potężnej Речи Посполитой, potężnego Commonwealth.

Przyglądamy się okładce tylnej. Uśmiechnięty Autor przemawia na mównicy The Institute of World Politics, krótki życiorys, streszczenie, patroni medialni. Jak to w księgarni bywa po pierwsze zaczynamy wertować książkę od tyłu. Kilka reklam książek wydawnictwa Biblioteka Wolności, które jest wydawcą książki. Wśród nich zachęca praca Tomasza Sommera Operacja antypolska NKWD 1937-1938. Ale obok przykry zgrzyt – Historia według Korwina. W pierwszym odruchu mam ochotę wyrwać tę kartkę z książki, rozglądam się ukradkowo, czy nikt nie widzi, ale ostatecznie rezygnuję z tego aktu wandalizmu, bo wszak nie ma róży bez kolców. Wertuję kolejne strony i tu znów odstręczające reklamy dwóch książek: Jak sanacja budowała socjalizm (wizerunek marszałka Piłsudskiego zestawiony z sowieckim sierpem i młotem) oraz Żydowskie lobby polityczne w Polsce (litości!). Wydaje mi się, że te reklamy są krzywdzące dla Autora książki, mam poczucie, że ktoś mu narobił na wycieraczkę. Dalej indeks geograficzny i indeks nazwisk – dziwnie ubogi, ale pewnie nie uwzględniono nazwisk wymienionych w przypisach.

Zniesmaczony Korwinem (który nota bene nie ma prawa używać herbu Korwin, ale to inna historia) wracam do strony tytułowej i przeglądam spis treści. Rzuca się w oczy, że właściwa historia zjednoczonego Intermarium jest najkrótszą częścią książki. Mam na myśli część pierwszą. Próbuję zrozumieć, dlaczego. Wertuję wstęp i z miejsca dostrzegam, że książka jest pisana dla Amerykanów. A Amerykanie zdaje się nie lubią zbyt długich ramot o historii dawniejszej, gdyż dzieje świata przed rewolucją amerykańską wprawiają ich w zakłopotanie. Z satysfakcją jednak zauważamy, że sposób, w jaki Marek kreśli historię Międzymorza, jest (świadomie?) zaczerpnięty z historiozofii kronikarza Macieja Stryjkowskiego. Opisuje mianowicie historię Międzymorza jako historię „trzech początków”, czyli początków Polski, początków Litwy i początków Rusi. Tak właśnie postrzegał dzieje Rzeczypospolitej Maciej Stryjkowski i tak postrzega ją Chodakiewicz. Zresztą innej drogi, uczciwie rzecz biorąc, nie ma. Potem jednak Autor z miejsca przechodzi do historii „dojrzałej” Rzeczypospolitej po roku 1572.

Jak wiadomo, im więcej słów, tym więcej błędów, a praca Marka Chodakiewicza liczy sobie bez mała 610 stron. Żaden historyk nie jest omnibusem, a diabeł tkwi w szczegółach. Jednakże przeskok między plemiennymi pierwocinami Bałtów, Polan i Rusów a Rzecząpospolitą jest aż nazbyt widoczny i trudno nazwać go przypadkowym. Autor zasypuje czytelnika faktami w układzie tematyczno-chronologicznym, w którym jednak powinno być miejsce dla Unii w Krewie i – nade wszystko – dla dwóch najważniejszych mężów stanu Intermarium, to znaczy dla Jagiełły i Witolda. Może coś przeoczyłem? Sprawdzam w indeksie – nie ma ani jednego, ani drugiego. Klops. Nagle w rozdziale czwartym otrzymujemy już późną formę Intermarium. Chodakiewicz pisze „wynikła z tego polsko-litewska Rzeczpospolita…” – z czego??? Gdzie się podziało kilkaset lat wspólnej historii od czasów Łokietka i Olgierda do czasów Zygmunta Augusta?

No dobrze. Skupmy się jednak na tymże rozdziale czwartym. Napiszę tylko o tym, z czym się nie zgadzam lub czego brak. Otóż na s. 71 Autor pisze:

…ważne prawo weta (liberum veto) zabezpieczało wolność jednostki, nakazując, aby uchwały sejmowe przyjmowane były jednomyślnie. To ciekawe, lecz w istocie zabójcze polityczne narzędzie wyrosło z wczesnośredniowiecznego zwyczaju polskiego zabiegania o konsensus. Zamysłem była ochrona mniejszości, nawet jednoosobowych. Jeśli przepis był niemiły choćby jednemu posłowi, mógł on przerwać obrady swoim wetem.

Tak jak ryba jest częściowo nieświeża, tak i to stwierdzenie nie pachnie najlepiej. Sprawa nie jest oczywista, jest wręcz przedmiotem wieloletniej dyskusji uczonych. Rozbierzmy to na czynniki pierwsze:

– liberum veto nie zabezpieczało wolności jednostki, tylko tyranizowało większość;

– uchwały sejmowe nie były podejmowane jednomyślnie, tylko jednogłośnie (wiem, że to niby niewielka różnica, ale historyk powinien ważyć słowa).

Ale to nie wszystko. Pomysł, że Rzeczpospolita jest zbiorowiskiem wielu mniejszości, narastał z czasem, a liberum veto nie pojawiło się nagle, lecz w wyniku zdobywania kolejnych przyczółków w precedensowym prawie parlamentarnym. Liberum veto, o którym pisze Marek Chodakiewicz, jest więc zjawiskiem późno-siedemnastowiecznym, a w istocie głównie osiemnastowiecznym. Ale w tym okresie liberum veto na pewno nie służyło do obrony praw mniejszości.

Autor może się bronić stwierdzeniem, że uproszczenia są konieczne. W tym przypadku jest to jednak uproszczenie zabójcze dla prawdy. Rytualne dochodzenie do zgody przenikało wszystkie sfery życia dawnej Rzeczypospolitej w drugiej połowie XVI i pierwszej połowie XVII wieku, ze szczególnym zagęszczeniem podczas obrad parlamentu. Uważano, że prawo uchwalone zgodnie ma sankcję sakralną (Duch Święty był patronem zgody, dlatego Sejm rozpoczynano Mszą do Ducha Świętego). W związku z tym stosowano rytualne protesty po to, aby zmusić politycznych przeciwników do dyskusji, jednak nikt nie chciał tą drogą zrywać Sejmu. To się po prostu nie mieściło w głowie. Poseł zgłaszający protest nie zrywał obrad, tylko próbował jeszcze raz wrócić do dyskusji. Jednak pojedyncze protesty tonęły zazwyczaj w powodzi głosów znużonej większości, która – szczególnie pod koniec sesji sejmowej – marzyła o jak najszybszym uchwaleniu ustaw i rozjechaniu się do domów. Aby doprowadzić do rozerwania obrad, nie wystarczył sprzeciw jednego posła. Potrzebny był sprzeciw grupy posłów znaczących w hierarchii towarzyskiej lub państwowej. A to zdarzało się niezwykle rzadko.

Na stronie 75 autor referuje polonizację Intermarium (natione Polonus, gente Ruthenus). Słusznie, ale brakuje tu wyraźnego stwierdzenia, że proces ten miał zarówno korzystne, jak niekorzystne skutki; między innymi właśnie takim złym skutkiem był bunt Bohdana Chmielnickiego. Na stronie 76 przywołuje znów znany mit o Rzeczypospolitej jako antemurale Christianitatis – przedmurza Chrześcijaństwa (złośliwi nazywają to „przedmurzyństwem”). Cały akapit jest czymś w rodzaju prawdziwej idealizacji. Czytamy w nim między innymi:

Ze swych dwóch stolic – Krakowa i Wilna – Jagiellonowie dokonywali ekspansji na północno-wschopdnią, środkową i południowo-wschodnią Europę… Stanowili wyzwanie dla Habsburgów, prowokowali Ottomanów, gromili moskiewskich Rurykowiczów…”.

Zatrzymajmy się na tym ostatnim stwierdzeniu. Owszem, wojska Jagiellonów od czasu do czasu gromiły Rurykowiczów. Jednak o jakiej „ekspansji na północno wschodnią Europę” pisze Autor? Ekspansja Wielkiego Księstwa Litewskiego zakończyła się na panowaniu Kazimierza Jagiellończyka w najlepszym razie. Następni Jagiellonowie wręcz wycofywali się ze wschodu i północy, próbując dokonać ekspansji na południe. Kiedy się zorientowali, że koszty tej ekspansji są o wiele większe, niż pożytki, wrócili znowu na wschód, ale było już za późno. Nowogrodzianie zostali wymordowani, Smoleńsk dostał się w moskiewską niewolę. Takie są zwykle koszty „wojen o ropę” – by użyć skrótu myślowego przeznaczonego dla umysłów amerykańskich. „Iraku” nie zdobyli, przewagę nad Moskowią utracili. Sobieski ze swoją odsieczą wiedeńską (którą Chodakiewicz tak Amerykanom zachwala) wbił ostatni gwóźdź do trumny Rzeczypospolitej.

Na tejże stronie 76 wspomina Autor, że przyczyną upadku RP było „nadużywanie wolności, które doprowadziło do załamania parlamentaryzmu”. Znów mamy tu do czynienia z ogólnym stwierdzeniem. Prawdziwym, ale warto byłoby dodać pewien bonus, szczególnie przydatny dla Amerykanów. Otóż główną przyczyną rozkładu parlamentaryzmu był legalizm i rozpanoszenie się kontr-kultury prawniczej. Legistyczne kruczki panoszyły się najpierw w sądach, potem stopniowo zadomowiły się w parlamencie. Ameryka jest krajem, w którym na 100 obywateli przypada podobno jeden prawnik. Zagrożenie jest oczywiste. Przyjdzie chwila, w której prawnicy będą wybierać prezydenta, prawnicy będą podważać wynik wyborczy, wreszcie prawnicy podważą sens i naturalną wykładnię Konstytucji. Ślepy legalizm i proceduralizm w miejsce dobrej woli i patriotyzmu. To właśnie ten nowotwór obalił Pierwszą Rzeczpospolitą. I drugi na dokładkę – przekonanie, że społeczeństwo składa się z tak wielu mniejszości, że niemożliwe jest skupienie się obywateli wokół dwóch-trzech głównych programów politycznych. Najlepiej podzielić obywateli na 36 płci, a potem stwierdzić, że Konstytucja jest nieaktualna, bo pisały ją szowinistyczne męskie świnie i rozwiązać Stany Zjednoczone. To jest w przenośni to, co de facto dotknęło Rzeczpospolitą.

Na stronie 77 wspomina autor, że szlachta korzystała ze zwolnień podatkowych. To prawda, że podatki płacili chłopi, ale tak czy owak tracił na tym właściciel ziemski. Szczególnie, że sejmy niemal każdego roku uchwalały podatki. Problem polegał raczej na braku aktualnych spisów podatkowych. W rezultacie podatki ściągano według spisów dawno już nieaktualnych. Kolejnych aktualizacji dokonywano zbyt rzadko, dochody malały, toteż uchwalano nierzadko podatki podwojone, potrojone – i tak dalej – aby pozyskać niezbędne środki na wystawienie wojska. Kulała przede wszystkim organizacja ściągania podatków, a nie ich procentowe rozłożenie na podatników. Nota bene, znaczną część budżetu podtrzymywali Żydzi, a podatki na nich nakładane były niemałe.

Po rozdziale opisującym Rzeczpospolitą autor od razu przechodzi do czasów I wojny Światowej nie zająknąwszy się nad postacią Adama Czartoryskiego (szukam w indeksie – takowy nie istniał), który w sprawie Intermarium miał jednak coś do powiedzenia. I znów skupię się na tym, co budzi mój sprzeciw lub czego brakuje. Po pierwsze Autor nie docenia jakby procesu przekształcenia polskiego narodu politycznego w naród etnograficzny w epoce nacjonalizmów. Pisze o tym wszędzie, ale jak gdyby nie przywiązuje do tego większej wagi. Aż się prosi, aby ten proces wskazać jako główny powód niepowodzenia wysiłków Józefa Piłsudskiego – głównego wykonawcy idei Międzymorza. Tymczasem Piłsudski występuje tylko w jednym kontekście, a mianowicie jako współsprawca zwycięstwa komunizmu w Rosji. Cytuję:

…ważnym czynnikiem w niepowodzenia w osiągnięciu jedności przeciwko komunizmowi były lewicowe koligacje niektórych największych graczy. Na przykład polski wódz naczelny, marszałek Józef Piłsudski, był nastawionym narodowo socjalistą. Białych i ich zdeklarowany cel – restaurację samodzierżawia – uważał za większe zagrożenie niż Czerwonych i ich utopijną obietnice socjalnego raju na ziemi. W decydującym momencie 1919 roku Piłsudski postanowił zachować neutralność w rosyjskiej wojnie domowej, co było prezentem dla Lenina.

Chodakiewicz chyba zapomniał wspomnieć o tym, że bolszewicy wyraźnie zadeklarowali odbudowę Rzeczypospolitej w granicach z 1772 roku, natomiast biali w najlepszym razie chcieli utworzenia państwa polskiego z ziem Królestwa Kongresowego. Oczywiście najlepiej, jeśliby to państwo było częścią składową Imperium Rosyjskiego. Poparcie dla białych mogło więc oznaczać, że Rzeczpospolita nie jest zainteresowana odzyskaniem większości swego terytorium. Inaczej mówiąc wschodnie granice Intermarium złożone by zostały na ołtarzu antykomunizmu. Choć deklaracja bolszewików była nieszczera, jednak w dyplomacji takie deklaracje mają swoją moc i mogą być użyte jako argument przy stole rokowań (oczywiście po wygranej wojnie).

No i boli coś jeszcze. O Giedroyciu i prometeiźmie ani słowa. A przecież prometeizm to jest coś, co się powinno Amerykanom spodobać. Właśnie prometeizm. Polska jako latarnia wolności, która jeśli nie wyzwala, to przynajmniej próbuje wyzwolić podbite narody. Jak Ameryka swego czasu.

Dochodzimy do rozdziału 7 poświęconego okresowi międzywojennemu. Nie będę poruszał zagadnień, na których się nie znam, skupię się jednak na tym, co moim zdaniem jest kontrowersyjne z punktu widzenia historyka wieku XVII. Czytam i oczom nie wierzę:

Komunizm był w Rosji Sowieckiej i jej >republikach< obcym przeszczepem. W organizmie żywiciela znalazł dla siebie wyśmienite możliwości. Komuniści odziedziczyli po carskim imperium nie tylko wiele terytoriów, ale też spuściznę samodzierżawia, orientalny despotyzm, państwo patrymonialne, ideologię Trzeciego Rzymu, wielkoruski szowinizm”.

Ależ w tych trzech zdaniach Autor przeczy sam sobie! Zostawmy na boku kwestię „republik” związkowych ZSRS. Chodzi o Rosję samą. Jeśli organizm był dla żywiciela dogodnym żerowiskiem, jeśli pasożyt znajdował w organizmie składniki niezbędne do swego rozwoju, to naprawdę nie może być przypadkiem, że komunizm zatryumfował właśnie w Rosji. Nie w Niemczech, nie w Anglii, nie w Polsce (gdzie narzucono go obcą przemocą), ale właśnie w Rosji. A contrario ktoś może powiedzieć, że Rosjanie komunistów nie wybrali w wolnych wyborach. Ale taki argument to strzał we własną stopę. Elity rosyjskie przez setki lat hodowały w Rosji wysoce niestabilny ustrój, spróchniały od wewnątrz, znajdujący się stale na krawędzi załamania, podtrzymywany przy życiu wyłącznie siłą strachu i morderczej biurokracji, ciągłymi wojnami i potulnością poddanych, którzy jednak marzyli o zamianie ról, o wejściu w rolę panów i korzystali z okazji do tego przy każdej nadarzającej się sposobności. W 1917 okazja była najlepsza z możliwych i wszyscy marzący o władzy absolutnej i bezkresnym upojeniu złem ochoczo z niej skorzystali. Państwo komunistyczne było zwieńczeniem diabelskiego samodzierżawia, idei Trzeciego Rzymu i szowinizmu. Ideom tym nadało tylko inne nazwy, odpowiednio: dyktatury proletariatu, siedziby światowego komunizmu oraz narodu sowieckiego. O ile stara Rosja stosowała terror wobec elit krajów podbitych, o tyle nowa – w epoce mas – terror ten rozszerzyła na elitę możliwie najszerzej rozumianą, włączając w to wszystkich, którzy skorzystali z szeroko dostępnego uobywatelnienia. Między Rosją carską a sowiecką jest więc różnica skali, która następnie dopiero stała się różnicą jakościową. Jedno wyrosło na drugim. Jeśli Rosja carska pasożytowała na Intermarium i innych narodach podbitych, to Rosja sowiecka pasożytowała na tym, co stworzyła Rosja carska. Stary pasożyt został pokonany przez nowego, który był jego krewnym, tyle że bardziej żarłocznym i niszczycielskim.

Konserwatyści zwykle wzdragają się przed konstatacją, iż chrześcijaństwo rosyjskie nie było chrześcijańskie. Istnieje też wśród nas wszystkich iskierka nadziei, że Rosję uda się kiedyś ucywilizować. Do dzisiaj rozpowszechniony jest mit o tym, jak to „dobry” hetman Żółkiewski próbował naprawić to, co wyrabiał „zły” król Zygmunt III Waza. Szkodliwy ten mit siedzi w nas uporczywie. Przypomnę tylko o jednym, jakże znamiennym wydarzeniu. Podczas gdy wojska Rzeczypospolitej oblegały Smoleńsk, do królewskiego obozu pod tą twierdzą przyjechali wysłannicy moskiewskich bojarów, negocjować warunki przyjęcia królewicza Władysława na tron carski. Był wśród nich patriarcha Filaret (Fiodor) Romanow, ojciec późniejszego cara Michała. Sprytny patriarcha uparł się, że warunkiem koronowania Władysława musi być jego chrzest w prawosławnym obrządku. Był to oczywisty nonsens. Kanclerz Lew Sapieha słusznie mu odpowiedział że „o chrzcie powtórnym nie napisano nigdzie”. Warto zapamiętać ten kazus.

Myślę jednak, że najciekawsze dopiero przede mną. Chodzi o te rozdziały, w których Chodakiewicz opisuje czasy obecne i obecny stan krajów Międzymorza. Uważam, że począwszy od rozdziału 10 książka dopiero nabiera rozpędu. Szkoda, że tak późno, bo wszak potrzebna nam jakaś spójna idea Międzymorza. Nam przede wszystkim. Amerykanom w drugiej kolejności.

Ciąg Dalszy Nastąpi

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.