Litwa leży na zachód od Polski

Rejestracja samochodu, czyli satyra na cztery kółka (21.06-16.07.2012)

Niedawno relacje z Litwą uległy zamrożeniu, gdyż fejsbukowy minister Radek Sikorski przypomniał sobie, że na Litwie żyją jacyś Polacy i że Rosja będzie tych Polaków dobrym patronem medialnym. Niestety, muszę przyznać, że pod pewnymi względami Polakom na Litwie żyje się znacznie lepiej, niż Polakom w tak zwanej „Polsce”.

21.06 br. zakupiłem na Żmudzi używany samochód, bezwypadkowy i sprawny. Wszelkie formalności załatwiłem na miejscu błyskawicznie, w jednym okienku. Sprzedawca był zdziwiony, gdy mówiłem mu, że w Polsce jest coś takiego jak biurokracja. Gdyby nie znał kilku słów po polsku, pewnie nie wiedziałby co to w ogóle znaczy. Okazało się, że ja też mam o biurokracji mgliste wyobrażenie. Może „jestem Litwinem” – jak mawiał Marszałek Piłsudski.

Pierwszym urzędem

który odwiedziłem w Polsce, była stacja kontroli pojazdów. Był to pierwszy i ostatni urząd, którego dygnitarze oglądali mój samochód; reszta interesowała się tylko papierkami i gotówką. Stacja kontroli pojazdów jest urzędem prywatnym, ale uprawnienia ma państwowe. Jej właściciel łypał okiem na litewski dowód rejestracyjny, jak gdyby to był dowód chiński lub japoński. Niezbędne więc było tłumaczenie.

Drugim urzędem

był zatem tłumacz przysięgły, czyli prywatny urzędnik z uprawnieniami państwowymi. Z nadludzkim wysiłkiem znalazłem wolnego tłumacza przysięgłego z języka żmudzkiego. Z chińskiego byłoby łatwiej, ponieważ wszyscy zaprzysięgli Żmudzini byli zawaleni robotą lub na urlopach. Po różnych perypetiach w stosunkowo szybkim trybie uzyskałem tłumaczenie. Powziąłem mocne postanowienie, że na przyszłość będę sprowadzał samochody z Chin.

Trzecim urzędem

był urząd celny. Na wydanie stosownego zaświadczenia o zapłaceniu cła czekałem trzy dni. Ponieważ chciałem samochód rejestrować w powiecie w którym mieszkam i jestem zameldowany tymczasowo, więc adres wpisałem zameldowania tymczasowego, co póżniej okazało się niewybaczalnym błędem, ponieważ nikogo nie obchodzi to gdzie naprawdę mieszkam. Ale to później. Na razie wszystko szło jak z płatka. Aby odebrać odpowiednie zaświadczenie musiałem odwiedzić…

Czwarty urząd,

czyli urząd pocztowy, gdzie uiściłem opłatę za wydanie zaświadczenia plus, oczywiście, opłatę dla poczty polskiej za dokonanie przekazu (17 + 4 zł). Aby więc uzyskać zaświadczenie od urzędu celnego, musiałem mieć zaświadczenie od poczty, że wpłaciłem opłatę za wydanie zaświadczenia. Dlaczego wpłaty tej nie mogłem dokonać w urzędzie celnym – nie wiadomo. Cło można uiścić w kasie urzędu celnego, ale opłatę za wydanie zaświadczenia – już nie. Podejrzewam, że to jedna z form wsparcia sektora państwowego i bez tego poczta polska już dawno by splajtowała. Tymczasem udałem się do

Piątego urzędu,

czyli urzędu skarbowego w miejscu stałego zameldowania, ponieważ telefonicznie uzyskałem informację, że urząd skarbowy w powiecie nie chce mnie znać i mam wszystko załatwiać w moim urzędzie macierzystym. Tak więc w urzędzie skarbowym w miejscu stałego zameldowania zapytałem, jaki adres powinienem podać w formularzu. Okazało się, że adres stałego zameldowania. Powinienem był zwęszyć kłopoty. Ale na razie miałem większe zmartwienie: okazało się, że opłaty za wydawanie zaświadczenia o zwolnieniu podatku VAT uiszcza się w urzędzie dzielnicy, ponieważ urząd skarbowy z natury rzeczy brzydzi się gotówką. Wiadomo, pieniądze śmierdzą i roznoszą zarazki, więc niech się gmina truje. Udałem się więc do

Szóstego urzędu,

czyli urzędu gminy w miejscu stałego zameldowania. Dokonałem chwalebnej wpłaty tytułem wydania przez urząd skarbowy zaświadczenia o zwolnieniu z podatku VAT. Zaświadczenie kosztowało 160 zł i jakoś nie dostrzegam różnicy między opłatą za wydanie zaświadczenia a zwyczajnym podatkiem. Absolutyzm angielski z czasów Stuartów się kłania. Czekamy na Cromwella.

Gdy po 7 dniach odwiedziłem znów urząd skarbowy – przypominam, że to był już

Siódmy urząd,

który odwiedziłem (licząc każdą sprawę osobno) – uzyskałem upragnione zaświadczenie. Sądziłem, że teraz już wszystko załatwię w wydziale komunikacji w miejscu zameldowania tymczasowego. Pobiegłem więc po raz drugi na pocztę, czyli realnie do

Ósmego urzędu,

zresztą innego, niż poprzednio, aby wpłacić 500 zł opłaty recyklingowej na NFOŚ. Szczęśliwy z siebie pognałem do

Dziewiątego urzędu,

czyli do wydziału komunikacji w miejscu tymczasowego zameldowania, ale okazało się, że w moim powiecie wszystkie sprawy załatwia się na podstawie zapisów. Zapisałem się na dzień następny na godzinę 10:30. Byłem w euforii, więc zapomniałem zabrać starych tablic rejestracyjnych. Przełożyłem więc termin na kolejny dzień. Przybyłem nazajutrz, cierpliwie odczekałem na wyświetlenie się mojego numerka o godzinie 9:30. Przemiły pan w okienku mnie poinformował, że obowiązek meldunkowy nie został zniesiony i nie może mi zarejestrować samochodu. Zasugerował abym się udał do wydziału komunikacji w miejscu stałego zameldowania. Klnąc na czym świat stoi pojechałem na stację kolejową, gdzie czekając na podmiejskiego „żółtka” zacząłem pisać niniejszy artykuł. Sądziłem, że mogę przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń. Myliłem się. Jedyne co mogłem przewidzieć to fakt, że nic się nie da przewidzieć.

Niemniej jednak pojechałem do

Dziesiątego urzędu

(bo trzech wizyt w wydziale komunikacji w powiecie już nie liczę), czyli wydziału komunikacji w miejscu stałego zameldowania. Tu na szczęście zapisy nie były konieczne, bo zasady były inne, niż w powiecie: pobierało się numerek, a w ciągu dnia było tych numerków 100 i akurat załapałem się na numer 98. Snułem się po wydziale jak wampir na bagnach czytając conajmniej kilkadziesiąt różnych dramatycznych ostrzeżeń na tablicach ogłoszeniowych, wypisanych czerwonymi literami. Drżałem o mój los, bo nie miałem karty pojazdu (potem okazało się, że karta pojazdu to tylko „polska” fanaberia; zagranicą taki papierek nie występuje). Potem doczytałem się, że trzeba mieć aktualne ubezpieczenie (nie dotyczy pojazdów sprowadzonych z zagranicy, ale tego już na ogłoszeniu nie napisano). Coraz bardziej skonfudowany przeczytałem małą karteczkę, że papiery można pozostawić na własną odpowiedzialność w portierni, gdzie uprzejma pani mnie pouczyła, że mój numerek wyświetli się za jakąś godzinę i za godzinę pewnie dostanę tablice i inne gadżety od ręki, więc lepiej poczekać.

Sytuacja jak zwykle rozwijała się całkowicie nieprzewidywalnie. Przede wszystkim zaskoczyła mnie myśl, że tablice mogę otrzymać „od ręki”, bo to wymusi konieczność zapłacenia ubezpieczenia OC jeszcze tego samego dnia, na co akurat nie byłem przygotowany. Wtedy sądziłem jeszcze, że kwota OC waha się zazwyczaj od 800 do 1500 złotych. Dla bezrobotnego oznacza to konieczność całodniowego szukania możliwie najtańszej oferty; zresztą każdy normalny człowiek chce mieć jakiś wybór…

Wobec tego zdecydowałem, że jednak pozostawię dokumenty w portierni. Miła pani je przyjęła i zapowiedziała, że z urzędu odezwą się do mnie nazajutrz o 9:00 pod podany numer telefonu. A wówczas – jeżeli wszystko będzie w porządku – będę mógł przyjechać i odebrać nowiuteńkie, błyszczące tablice rejestracyjne i różne imponujące dokumenty na ręcznie czerpanym papierze. Podczas gdy pani kserowała moje zaświadczenia, ja dokonałem szybko wpłaty w kasie (numerki do pobrania na parterze, bo na I piętrze terminal się zepsuł). Następnie dostałem poświadczenie przyjęcia wniosku. „A oświadczenie o zaginięciu tablic?” – zapytała czujnie miła pani. „No tak, tablice!” – wykrzyknąłem z przerażeniem, ale na szczęście tkwiły cały czas w podróżnej torbie. Jeszcze ich nie zgubiłem, choć prawdopodobieństwo rośnie z każdą kolejną wizytą w każdym kolejnym urzędzie.

Planując następny dzień z niejakim niepokojem myślałem o znalezieniu możliwie taniego ubezpieczyciela. Gmerałem w internecie, aż wyczerpany usnąłem. Na szczęście wydział komunikacji na czas jakiś uwolnił mnie od zmartwienia. Rano następnego dnia telefonicznie mnie poinformowano, że rejestracji nie można dokonać, bo podany adres zamieszkania w zaświadczeniu z urzędu celnego oraz w pokwitowaniu za opłatę recyklingową nie zgadza się z adresem podanym w innych dokumentach. Muszę więc odebrać wszystkie papiery i skorygować dane w tych urzędach.

Kompletnie zdetonowany zrobiłem sobie dzień przerwy, podczas którego intensywnie szukałem najlepszego ubezpieczyciela OC. W porywie przedwojennego spółdzielczego patriotyzmu zacząłem od ubezpieczeń wzajemnych, potem zacząłem szukać gdzie indziej. Podam tutaj proponowane mi kwoty. Proszę redakcję, aby tego nie traktowała jako kryptoreklamy, zresztą treść mówi sama za siebie:
Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych TUZ – 2556 zł
Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych TUW – 1845 zł
Pocztowe TUW – nie można się dodzwonić, co nie dziwi, w końcu to poczta.
PZU – 1820 zł lub dwie raty po 1000 zł
AB Port – 1546 zł
Link4 – 1581,06 zł
Aviva 1789 zł
mbank 188 zł miesięcznie (w sumie 2256 zł). Zapytałem ile to wyniesie jednorazowo – 2034 zł
Te wysokie stawki wynikają ponoć z faktu, że jest to pierwsza rejestracja, a ja jestem niedoświadczonym kierowcą. Jeden z „konsultantów” ubezpieczeniowych zapewniał mnie, że jak na warunki angielskie są to stawki niezwykle niskie. Jestem przekonany, że mówił prawdę. Może nawet ów konsultant w ogóle nie mieszka w Polsce, tylko w Anglii, skąd odbiera telefony…

Zachwycony niewidzialną ręką wolnego rynku zadzwoniłem do urzędu celnego, żeby zapytać jak skorygować nieszczęsny adres tymczasowego zameldowania. W urzędzie celnym powiedzieli, że to jakaś bzdura, że samochód mogę zarejestrować w miejscu tymczasowego zameldowania i żebym zażądał od wydziału komunikacji w powiecie odmowy na piśmie. Czułem, że nogi się pode mną uginają. Zadzwoniłem więc do wydziału komunikacji w powiecie, gdzie naczelnik zadeklarował, że zadzwoni do urzędu celnego sam i spróbuje znaleźć jakieś rozwiązanie. „Jutro do pana oddzwonię” – powiedział uprzejmie, bo akurat kończył pracę, a urząd celny skończył godzinę wcześniej.

Nazajutrz pan naczelnik doradził, abym jednak upierał się, aby auto rejestrować w miejscu stałego zameldowania. A gdyby odmówili – abym zażądał odmowy na piśmie.

Był piątek. W poniedziałek, czyli dzisiaj, udałem się do wydziału komunikacji w miejscu stałego zameldowania. Byłem przeświadczony, że jedynym celem mojej wizyty jest uzyskanie w sekretariacie pisemnej odmowy rejestracji i odbiór dokumentów. Jak zwykle urząd okazał się nieprzewidywalny. Po pierwsze odmowę rejestracji mógłbym otrzymać dopiero po otrzymaniu pisma wzywającego mnie do „uzupełnienia dokumentów”. W dodatku urząd spakował moje papiery razem z tymczasowymi tablicami rejestracyjnymi, które były mokre (lato mamy deszczowe, a ja nie mam w zwyczaju suszyć tekturowych tablic rejestracyjnych, bo i po co), w związku z tym zawilgły i pieczątki na moich cennych kwitach uległy lekkiej „fraktalizacji”…

Byłem wściekły. Zażądałem odmowy na piśmie. Wyszedłem z biura w przekonaniu, że czeka mnie pisanie pozwu do sądu administracyjnego i maksymalna chryja. Zadzwoniłem najpierw do kolegi prawnika, żeby zapytać, czy nie należy spisać protokołu o zniszczeniu dokumentów. Kolega odradzał. Potem zadzwoniłem do osoby mi bliskiej, która poradziła, aby jednak powrócić do urzędu i udać się do pani kierownik z zapytaniem co właściwie mam począć w tej sytuacji.

Najwyraźniej nie znałem własnej mocy oddziaływania, albowiem pani kierownik z uśmiechem stwierdziła, że za szybko wyszedłem z sekretariatu, że miała właśnie po mnie zawołać, że nie popełniłem żadnego przestępstwa i ona postanawia mi samochód zarejestrować („no i musze panu powiedzieć, że dokumenty zawilgły, niestety, wie pan, ale mimo to zarejestrujemy”), tylko muszę złożyć oświadczenie wyjaśniające niezgodności w adresach. Po dwudziestu minutach byłem już szczęśliwym posiadaczem dwóch nowiutkich, błyszczących tablic rejestracyjnych. Bliska mi osoba zapytała: „jak ci się udało? Czy ty się przespałeś z tą panią kierownik?”.

Nie, nie przespałem się. Za to powrót do „miejsca tymczasowego zameldowania” obfitował w przygody. Jakiś desperat położył się na torach, w związku z czym odwołano wszystkie pociągi.

Pomyślałem, że ten desperat to jakiś idiota. Zamiast kłaść się na torach, wystarczyłoby poprosić o litewskie obywatelstwo i wszystkie problemy by się skończyły. Tylko przemóc się trzeba, nauczyć tego dziwnego języka, który podobno pochodzi od języka starożytnych Rzymian. Kurczę, Finowie mogą, łacińskie radio nawet mają, to może i ja się nauczę tego żmudzkiego? Przecież Litwa leży na Zachód od Polski.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.