Linos – Herakles. Między uczniem a edukacją szkolną

Edukacja szkolna to muzeum historii i klucz do przyszłości. Jeśli nie zmienimy celów i środków działania edukacji w Polsce, budowa niepodległego państwa polskiego będzie niczym brnięcie po pas w zaspie śnieżnej.

(opublikowane na niepoprawnych 10.12.2011)

Przeglądając portale prawicowe odnoszę wrażenie, że stosunkowo niewiele miejsca ich autorzy poświęcają relacjom między uczniem, a systemem edukacyjnym. Przyjmują jako oczywiste, że uczniowie są po to, aby się uczyć, jednym słowem jest to zarazem ich prawo, jak i obowiązek wobec siebie, rodziny, przodków i Ojczyzny. Narzeka się na obniżenie jakości nauczania, na fikcję bezpłatności, ratuje się maluchy (i słusznie!) przed obowiązkiem przedszkolnym, pojawiają się też projekty edukacji domowej. Autorzy utyskują na kiepskie nauczanie historii. Nie zwracają jakby uwagi na to, że szkoła sama w sobie jest już zakonserwowanym muzeum historii, w którym uczeń uczy się przede wszystkim o tym, w jakim świecie żyją nauczyciele i w jakim świecie on sam żyć będzie w przyszłości. Złudzenia polskich rodziców, że młode pokolenie osiągnie to, czego oni nie osiągnęli i że zmieni Polskę na lepsze, jest moim zdaniem oparte na nieznajomości życia szkolnego i relacji między uczniem a szkolnym systemem edukacyjnym.

Ostatnio zaniepokojony wzmożoną ofensywą sił „postępu” odgrzebałem mój stary i zawieszony pomysł zorganizowania internetowej antologii uczniowskich tekstów o szkole. Przystępując do tego dzieła (patrz pod adresem (ifikles.wordpress.com) nie miałem jasno sprecyzowanej opinii na temat życia szkolnego w Polsce XXI wieku. Podejrzewałem, że niewiele się ono różni od tego, co zapamiętałem z przełomu lat 80 i 90-tych wieku ubiegłego. A dzięki moim ówczesnym notatkom i młodzieńczej pasji dziennikarskiej zgromadziłem całkiem sporo materiału na ten temat i już wówczas sporządziłem szkicowy opis zjawiska, które nieco ironicznie nazywałem zespołem upośledzenia nauczania. Zjawisko to można było streścić w następujących blokach tematycznych: totalizm, komputeroterapia, espadrylizm (poniżej wyjaśnię termin), klientalizm, japonizacja, wentyle bezpieczeństwa.

Totalizm. W znanej młodzieżowej powiastce Elizabeth Stucley pt. Kamienica pod magnolią można przeczytać dialog dwóch policjantów, podsłuchany przez przestraszonych chłopców. Jeden ze stróżów prawa, narzekając na psocącą młodzież, konstatuje: „-Tak jak zawsze w sobotę(…). Powinni być w szkole cały dzień i wszystkie dni tygodnia. Wtedy mielibyśmy trochę spokoju.”. Autorka komentuje: „Chłopcy aż zamarli ze zgrozy. Jeśliby tak policja spowodowała wydanie nowego prawa, że każdy ma przez cały tydzień być w szkole! To byłoby okropne!”. Na szczęście resztki rozsądku nakazują służbom oświatowym powstrzymać się od tego rodzaju pomysłów, ale fakt jest faktem: ludzie spędzają w szkole większą część swojej młodości. Gdyby nawet pominąć przedszkole i ciągle jeszcze fakultatywny żłobek, to wliczając studia otrzymujemy jakieś 17 lat edukacji. Niemal każdego dnia szkoła organizuje uczniowi większą część jego czasu. Emocje związane z uczęszczaniem do szkoły są zwykle silne i wyczerpujące. Gdy nacisk grona pedagogicznego się zwiększa, emocje szkolne dominują młodzieńczą osobowość. Szczególnie widziałem to w ogólnokształcącej szkole średniej (wówczas było to czteroletnie liceum). Wykształcenie ogólne było dobrym hasłem w okresie renesansu, ale już w latach 90-tych ubiegłego wieku – wobec daleko idącej specjalizacji i lawinowego postępu nauki – było całkowicie nierealne. Powodowało ono między innymi to, że kończąc liceum, uczeń właściwie nadal nic nie umiał i nie miał żadnego zawodu, a więc jedynym jego wyjściem było zdawanie na studia, po ukończeniu których nie mógł znaleźć pracy dającej mu jaką taką niezależność. Ale – by nie odchodzić od tematu – idea kształcenia ogólnego sprawiała, że szkoła średnia stawała się w istocie szkołą totalną, całkowicie organizującą życie młodego człowieka.

Komputeroterapia. Dzisiaj zjawisko to jest rzadko spotykane, ponieważ elektronika otoczyła nas gęstą siecią ze wszystkich stron. W latach 90-tych szkoły miały hopla na punkcie informatyki. Można to porównać do fascynacji buszmenów europejską techniką. Komputeryzacja właściwie przesłaniała wszelkie inne problemy edukacyjne i wychowawcze. „Usprzętowienie” miało podnieść poziom kształcenia i niejako odciążyć nauczyciela od beznadziejnego zadania wtłoczenia do uczniowskiej głowy wiedzy ogólnej. Dziś już wiemy, że dopiero internet wypełnił to zadanie, choć z ostateczną oceną wyników jeszcze długo będzie trzeba poczekać.

Espadrylizm. Ponieważ uczniowie liceum ogólnokształcącego byli w owym czasie zazwyczaj inteligentni i spostrzegawczy, rychło dochodziło do starcia pomiędzy wspomnianą powyżej ideą kształcenia ogólnego (edukacji totalnej), a oczekiwaniami i zainteresowaniami uczniów. Aby uniknąć kłopotów, grono pedagogiczne stosowało en masse rozmaite zabiegi, mające upokorzyć uczniów i sprowadzić ich dobre samopoczucie do stanu biernej apatii. Generalnie chodziło o to, aby udowodnić wszystkim i każdemu z osobna, że są zerem. A najprościej to zrobić, gdy się wydaje zarządzenia, które irytują wszystkich. Jak czytamy w jednej z wydawanych wówczas w Liceum im. Zamoyskiego w Warszawie gazetek szkolnych „Już swojego pierwszego dnia nauki w szkole jeden z pierwszoklasistów warszawskiego liceum (tzw. renomowanego i na dodatek z tradycjami) przeżył szok: próbował dostać się do szkoły, a mu nie pozwolono, bo nie miał zmiany obuwia (typ obuwia: espadryl). Obstawa składająca się z bezwzględnych dyktatorów i hałaśliwych porządkowych wskazała mu drzwi wejściowe mówiąc: nie masz zmiany, to marsz do domu po zmianę, bo inaczej nie wpuścimy!”. Ponieważ uczniowie mylnie sądzili, że noszenie obowiązkowych „juniorków” skończyło się wraz ze zdaniem do szkoły średniej, doszło do wrzenia i spontanicznego oporu.

To jednak jeszcze mało. Zdarzają się w życiu szkolnym konflikty osobiste, które prowadzą do takich wydarzeń, jakich sam byłem świadkiem w XI L.O. im. Reja. Mianowicie kilku uczniów, obrażonych na jednego z nauczycieli, zakradło się w nocy na betonowe boisko szkolne i wielkimi wołami napisało co myśli o nielubianym pedagogu, w formie wulgarnej. Nazajutrz zapanowało piekło. Dyrektor zwołał apel, na którym zapowiedział obarczenie wszystkich uczniów po równo kosztami oczyszczenia boiska z wrogich haseł. Przyznam, że byłem wówczas najgłębiej oburzony; na szczęście dyrekcja odstąpiła od wymierzenia zbiorowej odpowiedzialności, gdyż być może komuś się przypomniało, że szkoła to nie wojsko i cała sprawa rozeszła się po kościach. Ale przygnębiające poczucie własnej nicości pozostało. Krótko mówiąc espadrylizm to sprowadzanie godności uczniów do zera poprzez wydawanie upokarzających zarządzeń.

Klientalizm. Szkoła z założenia jest republiką, w której głos decydujący należy do senatu, czyli grona pedagogicznego. A jednak w polskiej szkole lat 90-tych ani uczniowie, ani tym bardziej ich rodzice w żaden sposób nie mogli rozliczyć nauczycieli z ich działalności, gdyż nie byli ich pracodawcami, dyrektor pochodził z konkursu administracyjnego, a na dodatek nauczyciele byli z tytułu tzw. „Karty Nauczyciela” – praktycznie nieusuwalni. A więc w praktyce ustrój szkolny przypominał raczej dyktaturę i był miniaturą rządów komunistycznych. Siłą rzeczy uczniowie traktowani byli jak motłoch, a oligarchia nauczycielska wykorzystywała ich do swoich rozgrywek personalnych. Oligarchowie czuli się ponadto niedowartościowani; dostawali od administracji małe pensje i głodowe emerytury. Sami z siebie nie mieli też poczucia własnej wartości. To dlatego usiłowali uczynić samych siebie ludźmi nieusuwalnymi, niezbędnymi i niezastąpionymi. Ciągle piętrzyli trudności. Dorabiali i „podsyłali” sobie nawzajem uczniów na korepetycje. Często umyślnie stawiali przeszkody, aby zmusić do płatnych lekcji w domu albo zwyczajnego łapówkarstwa. Co więcej, istniał wówczas „zapis” na samorząd uczniowski. Owszem, nauczyciele tolerowali samorząd „współgospodarzący”, to znaczy wykonujący wyznaczone ewenty (dyskoteka, juwenalia itp), ale nie dopuszczali do jakichkolwiek form choćby rytualnego i edukacyjnego „współzarządzania” szkołą. Jako delegat samorządu uczestniczyłem raz w obradach rady pedagogicznej i zaobserwowałem, że w radzie istnieją swego rodzaju drobne koterie, ale główną przyczyną istnienia wielkich, zakamuflowanych stronnictw jest stosunek nauczycieli do samorządu uczniów. W tej kwestii większość rady miała jednolicie niechętne stanowisko. Ktoś puścił pomysł rankingu nauczycieli wśród uczniów – rada była przeciwna. Uczniowie chcieli sobie urządzić wybory do samorządu – huczne, z kampanią wyborczą, plakatami i tak dalej – rada była przeciwna. Zamiast przejąć inicjatywy w swoje ręce i uczynić je metodą wychowawczą, nauczyciele traktowali aktywnych uczniów jak wrogów. Gdyby samorząd naprawdę wzrósł w siłę, suwerenność decyzji rady byłaby de facto trochę ograniczona – radzie nie wypadałoby podejmować pewnych decyzji. Silny samorząd zwiększałby zagrożenie ogólną dekonspiracją polemik, sporów personalnych i decyzji rady. Pojawiłoby się wreszcie poważne zagrożenie, że samorząd do spółki z rodzicami zechce pewne sprawy załatwiać poza radą pedagogiczną albo i ponad nią, np z dyrektorem, wizytatorem czy samym kuratorem. Na koniec zaś siła samorządu to groźba rozprężenia atmosfery strachu, czyli brak kontroli nad sytuacją. Dopóki samorząd nie istniał, dopóty każdy nauczyciel mógł traktować swoich podopiecznych jako klientów własnej koterii. Pamiętam jak kiedyś, pewien nauczyciel („przyjaciel dzieci i młodzieży”) zaczął się nam zwierzać z najnowszych figur politycznych w radzie pedagogicznej. Miło zaskoczeni jego zaufaniem do nas, gładko staliśmy się jego zwolennikami, owym ludem, który służył mu potem, jako wygodny argument do walki „na górze”. Charakterystyczne było to, że mówił nam tylko ogólniki typu: „moi drodzy, nastąpił czas twardogłowych” albo „coś trzeba z tym zrobić, liczę na was…”. Nie wiedzieliśmy, co popieramy ale ktoś do nas wreszcie mówił o tym, co nas dotyczyło i wyglądało na to, że ten ktoś jest po naszej stronie. Jednym słowem system był zorganizowany tak, że uczniowie i rodzice byli klientami nauczycieli – klientami w oligarchii.

Japonizacja. Jako uważny obserwator życia ludzi dorosłych będąc uczniem zanotowałem na przerwie szkolnej taką oto rozmowę dwóch mamuś:
Mamusia 1: -Tu jest podobno wysoki poziom [w szkole].
Mamusia 2: -No i bardzo dobrze. Ja nie wierzę w bezstresowe szkoły. „Mój” by się w takiej niczego nie nauczył”.

W tym przeuroczym dialogu dostrzegamy pomieszanie pewnych pojęć, to znaczy skądinąd słusznego założenia, że bezstresowe wychowanie nie ma sensu wraz z założeniem, że jeśli edukacja – to tylko szkolna. Idąc tym tropem, rzeczona mamusia oddała szkole prawo do wykonywania „klapsów” na własnym dziecku. Gdy rodzice zrzekają się swych kompetencji na rzecz instytucji zewnętrznej, powinno się nam zapalić czerwone światełko. Bo na czym właściwie polega ów „wysoki poziom”? „Wysoki poziom”, to wprowadzanie zasady odpowiedzialności zbiorowej. Zasady, która jest nie do pogodzenia z wolnością jednostki. Wysoki poziom, to zwalczanie samodzielności uczniów i edukacja totalna. Pełna kontrola nad czasem ucznia. Zgodnie z wolą rodziców… Wysoki poziom, to likwidacja spontanicznej działalności uczniów. Należy zlikwidować ostatnie pozory działalności samorządu (np. sklepik). Wysoki poziom, to lansowanie tezy, że w szkole, a także poza szkołą, uczeń powinien najpierw się uczyć, następnie uczyć i po trzecie uczyć, a następnie – po czwarte – ewentualnie wykazywać jakąś własną inicjatywę, najlepiej na życzenie „dyktatury”. Wysoki poziom, to wmawianie uczniom, że szkoła, to zakład pracy, w którym uczniowie „pracują”, dostają za to „pieniądze” (oceny) oraz „awans” (promocję). Zgodnie z tą japońską wizją w której dyrektor jest „ojcem” plemienia, ciało pedagogiczne „starszyzną”, a uczniowie „motłochem”, nie ma miejsca na „związki zawodowe”, ponieważ obowiązkiem i zarazem jedynym prawem „motłochu” jest „praca”, czyli nauka. Jednym słowem japonizacja to próba przystosowania uczniów do niezwykle wymagającego rynku pracy i dwucyfrowego bezrobocia. Mówiąc bardziej po ludzku: jest to hodowla niewolników, wędrujących za chlebem.

Wentyle bezpieczeństwa. Tam gdzie ustrój jest totalny, poddani marzą o tym, aby się z niego jak najszybciej wyrwać i uciec „na Zachód”. Z tej przyczyny większa część absolwentów szkół średnich zwyczajnie nie pamięta co się w szkole działo i spycha te nieprzyjemne wspomnienia w ciemny kąt duszy. Podczas edukacji szkolnej są jednak inne sposoby odreagowania. Tym, co w latach 90-tych chroniło uczniów przed czymś w rodzaju umysłowej choroby, były niewątpliwie wakacje i wszystkie dni wolne od nauki. W tamtym czasie praca wakacyjna jeszcze nie była tak powszechna jak dziś, a więc coś takiego jak wakacje jednak istniało. W dni wolne uczniowie odsypiali stres i nieprzespane noce. Wycieczki szkolne (m. in. zielone szkoły) pozwalały „zaprzyjaźnić się” z najgroźniejszymi belframi, którzy nagle okazywali się normalnymi ludźmi. Innym ujściem stłumionych aspiracji było marnotrawstwo energii, do którego nauczyciele zmuszali, chcąc uczniów czymś „zająć”. Przykładem takiego marnotrawstwa była walka w złej sprawie – o palarnię dla uczniów. Złe nawyki zdrowotne nie były oczywiście wyłączną winą szkoły. Ale szkoła prowokowała je, utrwalała i pogłębiała. Przed maturą uczeń był już wówczas świetnie zaznajomiony z najtańszymi gatunkami alkoholu i papierosów oraz kawy, a także narkotyków. Wentyle bezpieczeństwa umacniały ówczesny system edukacyjny.

Tak zapamiętałem polską edukację szkolną na przełomie lat 80 i 90. Powtórzę raz jeszcze: idea kształcenia ogólnego sprawiała, że szkoła średnia stawała się w istocie szkołą totalną, całkowicie organizującą życie młodego człowieka. Aby uniknąć buntów, uczniowie byli sprowadzani do zera poprzez wydawanie absurdalnych i upokarzających zarządzeń. Rodzice i uczniowie byli w tym systemie sprowadzeni do roli klientów, zabiegających o patronat nauczycielski. Podjęta też została próba swoistej „japonizacji”, czyli przystosowania uczniów do niezwykle wymagającego rynku pracy i dwucyfrowego bezrobocia. Inaczej mówiąc była to hodowla wykształconych niewolników, tułających się za chlebem. Tak pojęta „edukacja” otwierała drogę do masowych nerwic, licznych uzależnień i rozkładu wspólnoty.

Jak wspomniałem, przystępując do organizowania strony linos-herakles (ifikles.wordpress.com) podejrzewałem, że sytuacja nie zmieniła się aż tak bardzo. Dokonałem gruntownej kwerendy w internecie (efekty opublikowałem na stronie) i rzeczywiście, okazało się, że spojrzenie uczniów na szkołę w zasadzie się nie zmieniło. Owszem, przyznaję, że w szczegółach mogę nie chwytać różnych niuansów, a po reformach szkolnych trudno stosować proste analogie. Ale spojrzenie ucznia na szkołę jest niemal identyczne. Tam, gdzie uczniowie wypowiadali się szczerze i bez autocenzury – zakładam, że umiem odróżnić szczerość od szkolnej laurki – szkoła jawiła się jako swego rodzaju park jurajski, pełen agresywnych tyranozaurów (zwanych nauczycielami) i biegających pod ich nogami przerażonych welocyraptorów (czyli uczniów). Wychowania do demokracji – zero. Prawdziwego samorządu – zero. Opieki i zrozumienia – zero. Aspiracje i uczucia? Błąd w systemie. Potrzeba życia w grupie? Wyłącznie na dyskotekach i imprezach. Uczeń ma być maszyną uczącą się. Ma być doskonały. Ma mieć – niczym komsomolec – wolę „by płynąć bez wytchnienia, łamiąc po drodze wściekłość fali” (Wasilijew). Ale to jest niestety droga lucyferyczna, prowadząca do tak wielu dewiacji, że nie ma sensu ich wszystkich wymieniać. W takim „systemie wychowawczym” uczeń przede wszystkim zastanawia się nad tym „co, do cholery, jest ze mną nie tak?”. Mam ręce, nogi i głowę na karku, a mimo to ciągle nie jestem taki, jak trzeba. A może jestem za gruba? Może jestem gejem? Nic już nie rozumiem. A może tak zapalić skręta? A może wszystkiemu winni są „czarni”? A może satanizm jest OK? I tu towarzysze darscy, grodzkie, biedronie, palikoty i cała czereda innych czartów mogą już rozdawać swoje cukierki i wabić młodych padawanów do samochodu „postępu”, który ich zawiezie na ciemną stronę mocy.

Z PRL-u pamiętam niewiele. Ale szkoła była w latach 90-tych jego swoistym skansenem, muzeum historii. Jako uczeń bałem się, że potrafię przepowiedzieć przyszłość na podstawie obserwacji życia szkolnego. Sądzę, że dzisiaj uczniowie mogą myśleć podobnie, choć używają innych słów. W relacji jednej z uczniowskich blogerek z 2010 roku czytam: „Państwo chce sobie wyhodować stado niemyślących baranów. Szkoła odmóżdża – nigdy na odwrót. Najlepsi uczniowie z reguły nie mają własnego życia, żadnego zdania na żaden temat i w ogóle. Nic nie wiedzą. No, reakcje redox znają” (źródło). Na Alternatywnym Serwisie Antyszkolnym (strona z lat 2003-2005) czytam: „W 2. LO (…) poznacie w praktyce wiele ważnych pojęć związanych z nowoczesną gospodarką wolnorynkową, np. łapówkarstwo, wazeliniarstwo, wyścig szczurów, (…) nauczycie się cierpliwie znosić głupotę nauczycieli, dowiecie się, że pisanie 8 kartkówek dziennie to nic nadzwyczajnego (gdy przyjdzie Wam pisać tyle samo sprawdzianów), (…) na żywo zobaczycie na czym polegała demokracja w czasach komunizmu, przeżyjecie mnóstwo innych atrakcji i niespodzianek, które może niezbyt korzystnie wpłyną na Wasz stan zdrowia, ale na pewno dostarczą niezapomnianych przeżyć i wspomnień, którymi będziecie straszyć Wasze dzieci i wnuki” (źródło). Czy to nie jest PRL? Tkwimy po uszy w PRL-u!

 

 

Jeśli nie zmienimy celów i środków działania edukacji w Polsce, budowa niepodległego państwa polskiego będzie niczym brnięcie po pas w zaspie śnieżnej. Nie łudźmy się jednak, że system edukacyjny można pokonać szybko. Podstawą każdej zmiany jest zgromadzenie najpierw dowodów na to, iż jest ona potrzebna i stopniowe gromadzenie sił do decydującego starcia. Jeśli dysponują Państwo własnymi relacjami z życia szkolnego, chętnie zamieszczę je na mojej stronie. Nie planuję na razie nic więcej – już sama możliwość stworzenia takiej antologii daje mi wielką satysfakcję. Być może zresztą walka z systemem powinna polegać na tworzeniu alternatywnej edukacji – o czym już parokrotnie na niepoprawnych czytałem.

Spodziewam się też oporu przeciw mojej skromnej inicjatywie i to zarówno ze strony lewicowych belfrów (gdy ją zauważą), jak i ze strony konserwatywnej prawicy. Padnie wiele przykładów młodzieżowego rozwydrzenia. Okaże się, że lekarstwem na patologiczną edukację szkolną jest jeszcze więcej edukacji szkolnej… „Gnoje się powinni uczyć” – usłyszę gromy – „oni i tak mają za dużo luzu”! Pozostanie mi tylko westchnąć do nieba, aby Opatrzność użyczyła nam wszystkim więcej rozumu i właściwej miary rzeczy.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.