Król Stanisław

Mentalność króla Stanisława nie różniła sie wiele od mentalności urzednika na stanowisku dyrektora departamentu w III RP.

Było to za panowania Augusta III. W znanej gawędzie Henryka Rzewuskiego (http://literat.ug.edu.pl/soplica/024.htm), oglądamy taki oto obrazek. W puszczy ponarskiej lud tajemnie się zbiera dla odbywania jakichś zadawniałych obrządków pogańskich. Po środku puszczy stoi „dąb poświęcony, ogromnej grubości, przed którym lud klęka, pokłony bije i ofiary pali”. Przesąd ten wszyscy po kolei biskupi próbują wykorzenić, ale jak wieść niesie „iż jak kto toporem po dębie uderzy, sam siebie zetnie”. Przesąd ten był tak silny, że dąb stoi ciągle, a lud dalej odprawia swoje zabobony.
Książę Pociej wysyła więc do puszczy oświeconą komisję, złożoną z urzędników, księży, zakonników; zjeżdża też tłumie szlachta i panowie. Ksiądz Juraha wygłasza coś na kształt kazania, tłumaczy licznie zebranemu ludowi, że „to bałwochwalstwo porzucić trzeba, a przestać naszego Zbawiciela krzyżować gardząc nauką Jego Kościoła, aby chodzić za baśniami i czartowskimi wymysłami”. Po skończonym nabożeństwie daje hasło do ścięcia dębu, ale nikt ani nie drgnie.
„A co to – prawi jeden po drugim – mam sobie samemu być wrogiem? Niech księża sami popróbują go ścinać”. Nie trzeba zaś zapomnieć o tym, że wielu było świeckich mężów. Ksiądz Juraha mówi JW. Chlebowiczowi, kasztelanowi wileńskiemu: „Jako wysoki senator, daj, panie, z siebie przykład, którym lud oświecisz!” A pan kasztelan odpowiedział pokazując na JO. księcia Radziwiłła, hetmana wielkiego litewskiego, który był razem wojewodą wileńskim: „0to jest pierwszy senator naszej prowincji. Strzeż mię Boże, abym przywłaszczał sobie pierwszeństwo.” Ale książę hetman: „Rybeńko, przyzwoiciej, aby stan duchowny zaczynał, a my potem.” Tu ksiądz Juraha: „To by było przeciwko powagi stanu duchownego toporem machać”. Tak wszyscy stanęliśmy jak wryci, tylko się na siebie oglądamy, bo choć wiara była wielka, każdy myśli sobie: „A nuż czort omami.”
Wreszcie z ciżby wysuwa się „jeden pan młodziuchny, po zagranicznemu odziany, ale dziwnej urody, podobniejszy do anioła niż do człowieka, widząc te korowody, porywa topór i śmiało nim po dębie raz, drugi i trzeci zacina. Dopiero jak zobaczył lud, że jemu nic, za nim z toporami tak żwawo, że dębisko, duchem zwalone, runęło z hukiem o ziemię.”
Okazuje się, że owym młodzieńcem, podobniejszym do anioła, niż człowieka, jest późniejszy król Stanisław. Narrator komentuje: „Tak, ledwo z dzieciństwa wyszedłszy, nasz wielki monarcha uzupełnił dzieło Władysława Jagiełły: tamten w pogańskich narodach prawdziwą wiarę zaszczepił, a ten ostatnie szczątki bałwochwalstwa zniszczył”…
Gawęda Rzewuskiego jest oczywiście perfidnie przewrotna. Pozornie kreuje Rzewuski mit „dobrego króla”, który już za młodu reformuje kraj i wnosi kaganek oświaty. W rzeczywistości jednak pokazuje coś zupełnie przeciwnego. Dąb, o który toczy się batalia, to w istocie rodowód, drzewo przodków, narodowa geneologia. Przecież „kto toporem po dębie uderzy, sam siebie zetnie” – powiada Rzewuski wyraźnie. Nikt nie kwapi się, aby niszczyć własną tożsamość, wszyscy czekają na przykład. I oto odsiecz przybywa: czart pod postacią Stanisława Poniatowskiego pojawia się i wskazuje narodowi drogę jak podciąć własne korzenie… I choć naród od dawna zmierza do samobójstwa, dopiero za przykładem czarta wszyscy rzucają się, aby niszczyć to wszystko, co przez stulecia tworzyli przodkowie…

Tyle mit literacki. Przeczytałem ostatnio wywiad, udzielony Arcanom przez Panią Profesor Zielińską w marcu tego roku, a poświęcony postaci ostatniego króla Rzeczypospolitej. (Część 1 i Część 2). Nie ma wątpliwości, że nikt w obecnej Polsce nie zna lepiej dziejów ostatnich lat Pierwszej Rzeczypospolitej. Zachęcam do lektury. Wywód jest morderczo logiczny i poprowadzony wg tradycji real-politik, z którą naprawdę trudno jest dyskutować.

A jednak kilka wątpliwości – w duchu Henryka Rzewuskiego – nie daje mi spokoju.

W części pierwszej Pani Profesor słusznie podnosi fakt, że ostatni król w znacznej mierze odbierany był przez współczesnych jako stronnik rosyjski. Nastroje przed sejmem czteroletnim były wybitnie antyrosyjskie. Nasuwa się podstawowe pytanie: skoro nastroje były antyrosyjskie (a K2 przecież musiała o tym wiedzieć), to na jakiej podstawie król liczył na sojusz Rzeczypospolitej z Rosją przeciwko Turcji? Przecież i w Petersburgu i w Warszawie wiedziano doskonale, że taki sojusz można zawrzeć tylko i wyłącznie za zgodą Sejmu; w przeciwnym wypadku skończyłoby się tylko na prywatnej umowie króla z carycą. Profesor Zielińska zarzuca Ignacemu Potockiemu naiwność w ocenie intencji króla pruskiego i pewnie słusznie; czy aby jednak nie dostrzega naiwności w postępowaniu króla?

W drugiej części prof Zielińska opisuje grę Czartoryskich o wzmocnienie instytucji Sejmu, prowadzoną przeciw Rosji i przy nieświadomości narodu co do rzeczywistych intencji reform. Prowadzący wywiad zwraca uwagę, że „Trudno reformować naród kwestionując jego tradycje”, na co prof. Zielińska odpowiada, że stosunek króla do własnego narodu przypominał raczej „stosunek ojca do niedojrzałych dzieci: świadomość ich wad, ale ciepłe dla nich uczucia i chęć pracy dla pokonania tych wad, dla osiągnięcia przez dzieci niezbędnej dojrzałości.” I znów moja podstawowa wątpliwość: z jakiej racji mam przyznać królowi – osadzonemu przez obce wojska – status „ojca narodu”? Dlaczego mam się roztkliwiać nad jego ciepłymi dla narodu intencjami? Niech król da mi szanse, aby je poznać!

Jako historyk XVII wieku twierdzę, że w Rzeczypospolitej żadna reforma nie była możliwa bez publicznej i jawnej debaty. Takie były cechy tego ustroju. To prawda, że w XVIII wieku znajdował sie on w stanie upadku, ale to jedno pozostawało ciągle aktualne. Jako obywatel Rzeczypospolitej, Stanisław jeszcze zanim został królem powinien był sobie z tego zdawać sprawę. Wprowadzanie głównej reformy sejmowania w 1766 roku podstępem i oczekiwanie, że „jakoś się uda”, że nikt nie dostrzeże, a Katarzyna na sprawę przymknie oko, to dopiero była naiwność! A już szczytem naiwności było zakładać, że reformę sejmowania społeczeństwo potraktuje jako dowód królewskiego patriotyzmu i oddania sprawom Ojczyzny.

W sprawie ostatniego króla Polski mogę powiedzieć tylko to, co mi się od dawna „wydaje”, a jak do tej pory zarówno argumenty przeciwne, jak i nowe odkrycia historyczne utwierdzają mnie w moim „słusznym poglądzie na króla Stasia”. Otóż wydaje mi się, że podstawową wadą Poniatowskiego było ostentacyjne eliciarstwo, przekonanie, że jako człowiek obyty „wie lepiej” i nie musi zabiegać o rzeczywiste poparcie społeczne. Nie jest to postawa polityka, męża stanu Rzeczypospolitej, lecz urzędnika na szczeblu dyrektora departamentu – jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Człowieka, który potrafi zarządzać, ale nie potrafi rządzić. Urzędnik zawsze myśli, że wszystko wie lepiej. Petenci to ciemny lud, który nie używa dezodorantów. Posłowie na Sejm na niczym się nie znają, więc trzeba nimi manipulować jak dziećmi i wciskać im różne dziwne ustawy do uchwalenia, bo i tak się nie zorientują o co chodzi. A no i warto zadbać o dziedziczność pełnionego urzędu. Jak się już jest królem, to koniecznie dziedziczność tronu.

Dziwna sprawa z tą dziedzicznością tronu. Zabiegał o nią chyba każdy król Rzeczypospolitej, ale szczerze mówiąc tylko jednemu królowi elekcyjnemu udało się osadzić na tronie własnych synów przy aplauzie poddanych. Pomnik tego króla mijamy na Placu Zamkowym w Warszawie. Pomyślmy o nim ciepło, a roztrzęsanie rozterek urzędniczej duszyny króla Stasia pozostawmy zawodowym historykom.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.