Idealne okręgi wyborcze

Reprezentatywne, niekolektywistyczne, konsolidujące świat polityczny. Oto idealne okręgi wyborcze. Okręgi, które zapewniają prawie wszystkim wyborcom posiadanie własnych reprezentantów w okręgu. Okręgi, które zmuszają posłów do personalnej (a nie kolektywnej) odpowiedzialności za własne czyny. Okręgi, które konsolidują parlament w dwa najsilniejsze ugrupowania, nie prowadząc jednocześnie do trwałej dyktatury jednej partii.

(blog-n-roll.pl, 29.10.2015)

W skrócie:

– reprezentatywne (prawie każdy wyborca w okręgu ma reprezentanta);

– personalistyczne (poseł ponosi odpowiedzialność osobistą, a nie kolektywną);

– konsolidujące (parlament nie jest rozdrobniony, ale skonsolidowany wokół dwóch dużych partii).

Te trzy pragnienia są w zasadzie sprzeczne ze sobą, ale drążą polskie społeczeństwo od ostatnich kilku lat. Być może spełnienie wszystkich trzech pragnień jest utopią lub bardziej „nakazem moralnym” i nie może być spełnione w drodze uregulowań prawnych, lecz zależy od przyzwoitości elit politycznych i aktywności samych wyborców. Z drugiej jednak strony system wyborczy nie może zniechęcać obywateli do aktywności. Ani JOW, ani ordynacja proporcjonalna z okręgami minimum siedmiomandatowymi, progiem 5% i regułą d’Hondta nie spełniają tych trzech pragnień, a zatem nie zachęcają do aktywności obywatelskiej. JOWy są personalistyczne i konsolidujące, lecz niereprezentatywne, bo posła bardzo często wybiera mniejszość wyborców w okręgu. Natomiast obecna ordynacja jest co prawda konsolidująca i „reprezentatywna” (bo prawie każdy wyborca ma w parlamencie swoją reprezentację partyjną), ale nieznośnie kolektywna. Jednoosobowa odpowiedzialność jest zawsze lepsza dla wyborców, niż dla politycznej elity, nie da się ukryć.

Mam świadomość, że najwięcej zależy od samych wyborców, od ich wyrobienia politycznego, aktywności. Ale – jak wspomniałem – system wyborczy nie może ich do takiej aktywności zniechęcać. Dotychczasowa ordynacja wyborcza zniechęcała wyborców do jakiejkolwiek innej aktywności, niż tylko wrzucanie kart do głosowania. Dla części elit politycznych była to sytuacja idealna. Politycy „układu III RP” otrzymywali legitymizację dla swoich skorumpowanych rządów, dla fałszerstw wyborczych i mogli na cały świat się chwalić „standardami” i „procedurami” demokratycznymi. Dopiero katastrofa smoleńska zaktywizowała społeczeństwo i zmusiła je do minimalnej choćby aktywności. Takiej, jak praca w charakterze męża zaufania czy członka komisji wyborczej z ramienia PiS czy nawet Ruchu Kukiza. PiS wygrał te wybory między innymi dlatego, że zaproponował wyborcom współudział w rządzeniu. Na razie niewielki, wręcz znikomy, ale bez porównania większy, niż do tej pory. Udało mu się obudzić społeczny mikro-entuzjazm dla kandydatury Andrzeja Dudy na prezydenta i dla kandydatury Beaty Szydło na premiera.

Wybory do senatu 2007 i 2011

Tak więc system wyborczy nie gwarantuje bynajmniej raju na ziemi, ale może wesprzeć budowę demokracji lub jej przeszkadzać. Jakie jest działanie JOWów, zdążyliśmy się już przekonać. W wyborach do senatu w 2011 roku kandydaci „układu” zdobyli w senacie 69 mandatów, choć sumaryczne poparcie dla PO w wyborach do Sejmu wyniosło 39,18%, czyli mniej, niż w roku 2007 (41,51%). Nie liczyłem tego dokładnie, ale sumaryczne poparcie dla PO w wyborach do senatu nie mogło odbiegać znacząco od poparcia w wyborach do Sejmu. A przecież w roku 2007 w senacie „układ” miał 61 senatorów. Rok 2011 przybliżył nas niebezpiecznie do rządów monopartyjnych. Partia, która uzyskałaby w Sejmie 69% mandatów, nie oddałaby władzy nigdy. A przecież partia ta nie reprezentowała wcale bezwzględnej większości wyborców!

W tegorocznych wyborach ta sama ordynacja jednomandatowa dała PiS-owi 61 senatorów, czyli wynik bardzo podobny do tego, który PO uzyskała w roku 2007. Gdyby potraktować to jako wynik procentowy mandatów w Sejmie, większość byłaby zupełnie wystarczająca do rządzenia. Gdyby PiS dostał 51% mandatów w Sejmie (czyli nawet mniej, niż faktycznie dostał, czyli 52%), też byłbym zadowolony, a nawet byłbym jeszcze bardziej zadowolony. Wiem, że to sprzeczność: chcę reformy konstytucji, ale nie chcę rządów monopartyjnych, nawet najsłuszniejszych.

Przyczyna tak ogromnej przewagi jednej partii w podziale mandatów w roku 2011 wbrew pozorom nie tkwi tylko i wyłącznie w odmiennej ordynacji wyborczej. A w każdym razie nie wynika z samej istoty zapisów prawnych. Otóż w roku 2007 w niektórych okręgach trójmandatowych obie partie wystawiły… tylko dwóch kandydatów! W rezultacie na trzy mandaty, jeden musiał przypaść w udziale PiS-owi. Tak było w okręgu gdyńskim (nr 25), zielonogórskim (nr 8), czteromandatowym warszawskim (nr 18), opolskim (nr 20), kaliskim (nr 35). Dla jednych może to być świadectwo zgnilizny lokalnej sitwy politycznej, dla innych – kultura dojrzałej demokracji, gra fair play, w której uznaje się prawo przeciwnika do kontrolowania partii rządzącej i posiadania reprezentantów. Z punktu widzenia wyborców może to wyglądać jak polityczna zmowa i transparentnością to na pewno nie grzeszy.

Ale przyczyna mogła być bardziej prozaiczna: brak pieniędzy na kampanię wyborczą. Zdecydowanie łatwiej wypromować jednego-dwóch liderów, niż trzech lub czterech. W JOWach sprawa jest banalnie prosta: promuje się jedną twarz plus szyld partyjny. W obecnej ordynacji wyborczej również sprawa jest prosta: promuje się lokomotywy wyborcze i szyld partyjny. Natomiast w okręgach 3-4 mandatowych, między kandydatami może dojść do walki o pieniądze na kampanię wyborczą. Ta sytuacja zdecydowanie sprzyja demokracji i reprezentatywności w okręgu. Istnieje szansa, że do parlamentu dostanie się kandydat słabo zaopatrzony przez lokalnych sponsorów.

Były w 2007 roku i takie okręgi, w których partie mające przewagę w okręgu walczyły o wszystkie mandaty, a jednak nie zdobyły wszystkich. Na przykład w okręgu nr 7 (Chełm) obie partie wystawiły po trzech kandydatów, jednak kandydat PO przeszedł jako trzeci. Podobnie było w czteromandatowym okręgu krakowskim (nr 12), gdzie PiS mimo wszystko uzyskał czwarty mandat, a także w okręgu katowickim (nr 30), kieleckim (nr 32). W dwumandatowym okręgu płockim (nr 15) PiS wystawił dwóch kandydatów, ale przeszedł jako drugi kandydat PO, zresztą jedyny zgłoszony przez ten komitet. Podobna sytuacja miała miejsce w okręgu Warszawa II (nr 19) oraz częstochowskim (nr 27), rybnickim (nr 29), elbląskim (nr 33). W okręgu białostockim (nr 23) miała natomiast miejsce inna ciekawa sytuacja. W okręgu tym PiS wystawił trzech kandydatów, natomiast PO tylko dwóch. Jako trzeci wszedł jednak nie kandydat PO, lecz Włodzimierz Cimoszewicz.

Korzyści z małych okręgów wyborczych (ale nie JOW)

Lista wybranych w 2007 roku senatorów znajduje się na stronie PKW. Niestety dostępna mapka nie obrazuje wyników na tle liczby mandatów w okręgach w zestawieniu z liczbą kandydatów, więc każdy raczy sobie sprawdzić moje obliczenia samodzielnie. Wygląda jednak na to, że okręgi 2-4-mandatowe dają jakąś szansę na bardziej zrównoważony wynik wyborczy, niż okręgi jedno lub dwumandatowe. Zachowana jest przy tym zasada rozpoznawalności reprezentanta, jego twarzy, jest on zatem personalnie odpowiedzialny za swoją działalność. Z drugiej zaś strony zagwarantowana zostaje także konsolidacja parlamentu. Zniesione zostają najbardziej rażąco niesprawiedliwe zasady progów wyborczych i reguła d’Hondta.

Osobną sprawą jest ograniczenie liczby kandydatów wystawianych przez dany komitet wyborczy. Jeśli nie ma progu 5% i reguły d’Hondta, tworzenie ogromnych list partyjnych całkowicie mija się z celem. Obecnie partie tworzą te listy nie po to, aby wprowadzić wszystkich kandydatów i nie po to, by kandydaci walczyli między sobą, ale po to, by jak największą liczbę zwolenników zaangażować w wybory. Kandydat z „dwudziestego miejsca po przecinku” na liście zapewne nie wejdzie do Sejmu, ale namówi znajomych do głosowania na listę, za darmo zrobi partii małą, lokalną kampanię wyborczą, powiesi plakaty z logo partii i o to tylko tutaj chodzi. Jest to dodatkowa nieuczciwość, wręcz wpisana w system prawny.

A co z granicami okręgów wyborczych?

Aby jednak dodać łyżeczki dziegciu do moich wyliczeń, dodam, że nie bez znaczenia są oczywiście także granice okręgów wyborczych. Szczególnie wyraziście widać to w JOWach. Na przykład „wypchnięcie” Romaszewskiego z senatu (JOW nr 43) było spowodowane tym, że okręg wyborczy został ustalony tak, by platformerski Ursynów przegłosował PiS-owski Wawer. Najwyraźniej okręgi dwu-czteromandatowe w roku 2007 dawały pewne szanse opozycji. Oczywiście nie zawsze i nie w każdym okręgu, ale jednak wynik był bardziej zrównoważony. Był on zapewne zależny od tarć między koalicją a opozycją w samorządach. Obecnie, w systemie JOW, rządzący nie mają żadnej motywacji do tego by cokolwiek z opozycją negocjować.

JOW-y mogłyby być w pełni reprezentatywne tylko wtedy, gdyby Sejm liczył nie 460 posłów, ale tysiąc albo dwa tysiące. Posiedzenia odbywałyby się wówczas w hali Oliwii lub w Sali Kongresowej. Nie mówię, że jest to przedsięwzięcie nierealne w sensie technicznym i budżetowym, ale obawiam się, że nie przyniosłoby ono zadowalających rezultatów. Zamiast konsolidacji, w parlamencie doszłoby zapewne do wielu podziałów i w rezultacie nie mógłby on kontrolować władzy wykonawczej. Doszłoby zapewne do rozpadu wielkich partii, a więc konsolidacyjne efekty JOWów zostałyby zmarnowane. Zjazdy tej liczebności mają w polskiej historii charakter nadzwyczajny i zdarzają się raz na kilkadziesiąt lat.

Można rozważyć jeszcze pewne udziwnienie w okręgach 2-4-mandatowych. Polegałoby ono mianowicie na tym, że co prawda mandatów w okręgu byłoby dwa do czterech, ale każdy wyborca mógłby głosować tylko na jednego kandydata. Taka „ordynacja Wąsowicza” nie doprowadziłaby jednak do konsolidacji parlamentu, gdyż politycy nie mieliby motywacji do tego, by montować większe koalicje. W poszczególnych okręgach mogłoby nawet dojść do rozpadu największej partii na dwa bliźniacze ugrupowania, z których każde miałoby 20% poparcia w okręgu. Taki system mógłby prowadzić do chaosu i konfuzji. A na dłuższą metę niespełniony by został wymóg pełnej reprezentatywności.

Maxowi pozostawiam przeprowadzenie cząstkowej symulacji wyborów wedle ordynacji preferencyjnej lub brytyjskiej reprezentacji proporcjonalnej. Jak do tej pory okręgi dwu, trzy i czteromandatowe spisywały się w wyborach do senatu nienajgorzej. Pytanie czy podobne efekty przyniosłyby w wyborach do Sejmu.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.