Generał Sosnkowski musiał być chyba aniołem

Cieniom września – pamiętniki generała Sosnkowskiego z krótkiego epizodu kampanii wrześniowej – kupiłem w roku 1988 podczas gorących, sierpniowych wakacji w Lesku. Podczas gdy w Polsce przetaczała się fala strajków, ja sprzedałem wszystkie butelki po mleku i oranżadzie, resztę gotówki dołożyli Rodzice i stałem się szczęśliwym posiadaczem kolejnego skarbu w mojej skromnej kolekcji książek o wrześniu 1939.

(blog-n-roll, 24.11.2017)

Podobnie jak wielu innych młodocianych pasjonatów, kolekcję tą gromadziłem z myślą, aby zrozumieć, jak to się stało, że liczna, nieźle wyszkolona i nie najgorzej uzbrojona armia polska poniosła w wojnie z Niemcami tak sromotną klęskę. W ostatnich dniach wróciłem do lektury po raz trzeci i – jak to zwykle bywa – zacząłem dostrzegać w książce wielowątkowe i wielopoziomowe fakty, które historycy wydobywają ex silentio.

Wspomnienia Sosnkowskiego czyta się zupełnie jak Tolkiena. Wojna jawi się jako wysiłek woli dowódców, którzy naprężają swe siły psychiczne, próbując przejrzeć zamiary przeciwnika i przechytrzyć go, wczytać się w teren walki, rozpoznać punkty krytyczne, wlać w żołnierzy ducha walki. To zawsze bardzo działało na moją wyobraźnię. We wspomnieniach generała wątek rannych, zabitych, „strat marszowych” przewija się nieustannie, jednak o krwi, uszkodzeniach ciała generał mówi z początku raczej rzadko. Dopiero pod koniec marszu na Lwów, gdy ginie jeden z oficerów najbliższego Jego otoczenia, Sosnkowski zwraca większą uwagę na odpadające kończyny, wybite oko, bandaże, wołających o pomoc zagubionych w terenie żołnierzy, którym zaraz przysyła sanitariuszy. Wcześniej jednak nieustannie pomstuje na zmorę taborów, tarasujących drogę, uniemożliwiających ruchy wojsk, ba, czasem nawet nieopatrznie wysyłanych jako „straż przednia”, co wywołuje u Niemców nielichą konfuzję. Problem w tym, że bez taborów nie działałyby ani kuchnie polowe, ani szpitale polowe, ani oddziały odpowiedzialne za łączność, ani saperzy, ani cała obsługa koni, zabrakło by też zapewne amunicji, i tak dalej, i tak dalej. A jednak generał zaczyna dostrzegać braki w amunicji dopiero pod koniec marszu na Lwów, z czego można wnioskować, że tabory jednak były do czegoś potrzebne.

Ex silentio dostrzegam też kilka rzeczy, które dla pokolenia wychowanego przez rodziców, którzy z kolei wychowali się w epoce wiktoriańskiej, były po prostu wstydliwe i nie wypadało o nich pisać w pamiętnikach, zwłaszcza, że były to pamiętniki najwyższego rangą oficera WP. Sosnkowski wspomina tylko ciągle, że brak mu snu, że od 36 godzin nie zmrużył oka ani minuty, podobnie też zdarza mu się brutalnie obudzić pułkownika Prugar-Ketlinga z całym sztabem doborowej 11 DP. O jedzeniu nie mówi prawie w ogóle, o potrzebie wypicia kropli wody wspomina bodaj tylko raz, o tym, że serce mu nie daje spokoju podczas uciążliwego marszu w nocy wspomina tylko raz, pod koniec eposu. Poza tym generał Sosnkowski nie je, nie tęskni za żoną, nie pozbywa się porannego balastu, nie ma prawie żadnych problemów ze zdrowiem. Być może konserwuje go żelazna wola walki, w czym upodabnia się do tolkienowskiego Aragorna.

Podlegli mu oficerowie musieli mieć świadomość, że mają do czynienia nie tylko z człowiekiem niepospolitej odwagi, który w przeszłości wielokrotnie narażał życie, lecz także niedoszłym samobójcą, który z poczucia honoru targnął się na własne życie i uszkodził własne ciało. Gdyby rzecz nie dotyczyła generała i osobistości o tej sile moralnej, pewnie w ogóle nie zostałby przyjęty do wojska jako osobnik niebezpieczny. Przelotnie poznałem pewnego punka, który regularnie wypalał sobie papierosem ranę na ramieniu, w nadziei, że nie wezmą go do wojska. Wszystkich oburzonych tym zestawieniem z góry przepraszam – po prostu nie radzę sobie z myślą, że generał Sosnkowski był chyba prawie aniołem lub kimś aniołowi podobnym.

Zresztą jego stosunek do żołnierzy! Łagodny, wyrozumiały, niekiedy jednak stanowczy, często traktujący ich jak dzieci. Szczególnie zaś wtedy, gdy ostatnia grupka, usiłująca dostać się do Lwowa – mimo jego łagodnych perswazji – hurmem wyrusza w ciemną noc po to tylko, by dostać się do sowieckiej niewoli. Może właśnie wtedy należało ich brutalnie powstrzymać, ale generał musiałby chyba mówić przez jakąś tubę, aby go ktokolwiek dosłyszał – wszyscy chcieli się za wszelką cenę przedostać do ukochanego miasta. I jeszcze jedna pozytywna cecha generała – niezmierny upór. Jak pisze: „upór litewski odziedziczony po matce”. Fakt, że po 19 września dalsze próby przebicia się do Lwowa nie miały większych szans powodzenia, nie był jeszcze generałowi znany. Liczył on na pomoc 10 BKPanc. pułkownika Maczka, która w tym czasie znajdowała się już poza granicami Rzeczypospolitej. Tym tłumaczyć należy staranność, z jaką próbował przygotować natarcie na Lwów, gdy osobiście obchodził stanowiska niemieckie, starając się dać polskiej artylerii możliwie największe szanse na rozbicie stanowisk niemieckich czołgów.

Genialny wódz dowodzący śmiesznie małymi siłami w beznadziejnej sytuacji – tak można podsumować sytuację Sosnkowskiego jako faktycznego dowódcy armii „Karpaty”.

Pobieżne zapoznanie z wiekiem XX swego czasu zniechęciło mnie do studiowania historii najnowszej. Rzućmy okiem choćby na karty z dziennika marszowego pułku Jana Piotra Sapiehy, z jego wyprawy do Moskowii na początku XVII wieku. O ileż bardziej ludzkie, nie anielskie, są to wspomnienia! W relacji tej czytamy na przykład o tym, że Sapieha poszedł na ucztę do księcia Różyńskiego, z której wyszedł kompletnie pijany i to do tego stopnia, że nie mógł się utrzymać w siodle! A przecież był Sapieha wodzem nie mniej genialnym, niż generał Sosnkowski, i niewątpliwie zwycięskim! No i to bez przerwy buntujące się wojsko, którego nikt nie rozstrzeliwał za niesubordynację… wiem z relacji świadka, że rezerwiści w okopach na widok nieprzyjaciela w 1939 roku natychmiast „zrzucali balast”, podoficerowie wrzeszczeli „nie srać!”, choć na szczęście za sranie nikt nikogo nie rozstrzeliwał… tym niemniej… wiek XX próbował zrobić z człowieka maszynę. Wiek XXI próbuje to zrobić mając do tego jeszcze więcej sposobów i środków technicznych. Rozruszniki serca, dopalacze, chirurdzy, farmaceuci, socjotechnika, odpowiednio dobrana architektura miast, szlaków komunikacyjnych, nawet przestrzeni biurowej i rozmaite nowinki z dziedziny psychologii – wszystko to ma zmusić nasze przestarzałe, lepkie, ociekające płynami ustrojowymi organizmy do maksymalnej wydajności. Jesteśmy już o krok od bycia cyborgami. Dlatego chętniej wracam do pamiętników dawnych Sarmatów, aniżeli do najbliższej naszej przeszłości.

„Żyć w ciele bez ciała – trudna rzecz” – mówi ludowe przysłowie. Czasy sarmackie były niemniej okrutne, ludobójstwo i zbrodnie wojenne (przy których Wołyń to naprawdę petka) nie należały do rzadkości, a niektóre zbrodnie były wręcz sankcjonowane przez prawo wojenne. Ale były to czasy zdecydowanie bardziej ludzkie. Może gdy postudiujemy tamtą epokę, znajdziemy jakieś remedium na czasy obecne i zdołamy wrzucić pierścień władzy w otchłanie Orodruiny.

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.