Elegancko mówiąc: stercus

Czy prawnicy stanowią w narodzie polskim grupę szczególnie podatną na zgłupienie, czy też są manifestacją szerszego zjawiska.

Po lekturze starej książki Szwagrzyka pt. Prawnicy czasu bezprawia. Sędziowie i prokuratorzy wojskowi w Polsce 1944-1956, zastanawiam się czy prawnicy stanowią w narodzie polskim grupę szczególnie podatną na zgłupienie, czy też są manifestacją szerszego zjawiska.

Zasadniczym problemem komunistów w Polsce była konieczność powołania od podstaw struktur nowego, totalitarnego państwa, które z pozoru odrębne, miało być realnie złączone ze Związkiem Sowieckim wieloma nićmi personalnymi, prawnymi, organizacyjnymi i cywilizacyjnymi. Jednak wobec nikłości kadr własnych wymiaru sprawiedliwości i wobec nieufności prawników polskich, komuniści musieli tych ostatnich wcielić pod przymusem do sądownictwa i prokuratury wojskowej.

Z pozoru zdawać by się mogło, że było to posunięcie nierozważne, gdyż „burżuazyjne elementy” w sądownictwie i prokuraturze mogłyby ją rozsadzać od środka. Sentymentalna wizja Polski i Polskości, której często hołdujemy także i tu, na portalu niepoprawni.pl, każe nam widzieć Polaka jako „opornika” i buntownika. Niestety musimy sobie zdawać sprawę z tego, że prawnicy są szczególnym typem ludzi, którzy chyba najsilniej alienują się z tej sentymentalnej wizji Polskości. Znane jest powiedzenie, że wśród studentów uniwersytetów, najbardziej kontestują socjolodzy, a najbardziej lojalni wobec rządu są prawnicy. Świadomość konsekwencji wynikających z niestosowania prawa i przepisów regulaminowych jest dla prawników często paraliżująca. Paraliż ten wspomagają głupawe łacińskie przysłowia w rodzaju dura lex sed lex czy ignorantia iuris nocet. Prawnicze wykształcenie czyni z prawników idealne narzędzie każdej władzy, dobrej lub złej, słusznej jak i niesłusznej, albowiem prawnicy mają wbity do głowy legalizm, a więc posłuszeństwo wobec prawa stanowionego przez władzę.

Naturalnie istnieją też różne mądre łacińskie przysłowia. Jednym z nich jest salus Reipublicae suprema lex. W Pierwszej Rzeczypospolitej często przywoływano to powiedzenie w innej wersji, czyli „lex necessitatis” – prawo konieczności. Ale Rzeczpospolita była przecież realnie państwem zgody, konsensusu, państwem dobra wspólnego. Jeśli pod słowo „Rzeczpospolita” podstawimy tyranię partii bolszewickiej, sens przysłowia zostaje natychmiast zmieniony. Z takiego zabiegu przewrotnie skorzystała stalinowska tyrania. Państwo sowieckie w Polsce nazywano bowiem „Rzecząpospolitą Polską” albo „odrodzonym państwem polskim”. Słowo „niepodległość” odmieniano na wszystkie przypadki, a obecność przedwojennych prawników w strukturach wymiaru sprawiedliwości podkreślało jego ciągłość i zapewniało płynne przejście od atrapy II RP do realiów PRL.

Prawników wcielano do totalitarnego, wojskowego wymiaru sprawiedliwości na zasadzie powołania do służby wojskowej. Zdarzały się dezercje, ale o dziwo należały do rzadkości. Wielu z tych wcielonych do służby Stalinowi prawników było przedwojennymi polskimi oficerami. Wielu przeszło kampanię wrześniową, potem służbę w AK, a nawet NOW. Trzeba było mieć naprawdę gówno z mózgu, żeby założyć, że z taką przeszłością można normalnie funkcjonować w strukturach tyranii. Owszem, niektórzy zatajali swoją przeszłość w pisanych seryjnie życiorysach. Wszyscy jednak od początku do końca podlegali kontroli aparatu bezpieczeństwa i informacji wojskowej. Stale tresowano ich w posłuszeństwie wobec dyrektyw płynących z organów PPR. Niesubordynacja kończyła się – w najlepszym razie – zwolnieniem ze służby. W najgorszym zaś razie prokuratorzy i sędziowie dzielili losy swoich podsądnych w ubeckich kazamatach.

Z lektury pracy Szwagrzyka wyłania się obraz sędziów używanych w charakterze moralnych prostytutek. Skazywali własnych rodaków na kary śmierci według dyrektyw płynących bezpośrednio od komunistów. Nieliczni potrafili się komunistom postawić i nie realizowali dyrektyw płynących z góry. Nawet jednak i oni realizowali komunistyczne prawodawstwo. Niektórzy z odwagą graniczącą z szaleństwem unikali wydawania wyroków śmierci, co prędzej czy później kończyło się dla nich uwięzieniem, torturami i sowieckim „procesem”. Przyznam, że we mnie ich postawa budzi więcej złości, niż szacunku. Byli oni dorosłymi ludźmi, a przecież dali się wplątać w struktury grupy zbrojnej o charakterze przestępczym. Jako istoty z natury obdarzone wolną wolą mogli w dowolnej chwili zdezerterować i przynajmniej cieszyć się przez jakiś czas zdrowiem psychicznym i wolnością. Większość jednak trwała w sowieckich strukturach przestępczych do samego końca.

Oczywista rzecz, ludzie ci prowadzili stabilne życie rodzinne, mieli na utrzymaniu żony i dzieci. Ci najbardziej skurwieni prowadzili przed rodzinami grę pozorów – było to kolejne stadium demoralizacji, bo przecież zaufanie wzajemne jest podstawą życia rodzinnego. Zdaję sobie sprawę, że dezercja oznaczałaby dla prawników konieczność opuszczenia rodziny i pozostawienia jej na pastwę losu. To nie mieściło się w ich mentalności. Ale najwyraźniej życie w kłamstwie do tej mentalności jakoś pasowało.

Udręka sądowych zbrodniarzy nie skończyła się bynajmniej w roku 1956, kiedy to nagle reżim przestał potrzebować tych prostytutek i pozbył się ich w sposób budzący możliwie jak najmniej rozgłosu. Kolejna „czystka” lokajów reżimu odbyła się w 1968 roku. Tu może najdobitniejszym przykładem tego przedziwnego pomieszania umysłów tych ludzi, graniczącego z świadomie zaakceptowaną przez nich schizofrenią, jest przykład małżeństwa Heleny i Jana Orlińskich, którzy podczas antysemickiej nagonki reżimu Gomułki podjęli próbę samobójczą. W liście pożegnalnym Orlińskiego czytamy:

„Byłem zawsze Polakiem. Nie zaprzeczano temu w Polsce sanacyjnej. Byłem i jestem Polakiem, może i lepszym od tych, którzy dzisiaj nie chcą mnie uznać za Polaka […]. Najbardziej tragiczne jest to, że ginie ze mną moja żona, która mogłaby tyle dobrego zrobić. Ginie tylko dlatego, że jest moją żoną, żoną >żyda<. Po raz pierwszy w życiu tak o sobie napisałem, ale zawsze byłem, jestem i umieram Polakiem. Polska zawsze była dla mnie jedyną, najlepszą, najukochańszą Ojczyzną”.

Nasuwa się od razu pytanie: co dla Orlińskiego znaczyło „być Polakiem”? Którą „ojczyznę” określał on jako „jedyną, najlepszą, najukochańszą”? Tę sanacyjną, czy sowiecką? A może jakąś inną, której ani ja, ani czytelnicy niepoprawnych nie znają?

Wiem, że to przykład skrajny, pomieszany w dodatku z kompleksami na tle narodowościowym, ale pokazuje on najpełniej to o co chciałbym zapytać obecnych tu historyków i amatorów historii XX wieku. Pytam więc ja, nieuczony w tych nowoczesnych czasach, historyk XVII wieku: co takiego tkwi w naszej mentalności, mentalności inteligentów polskich, że tak słabo opieramy się tyranii? Dlaczego pozwalamy na to, aby (metaforycznie rzecz ujmując) twierdzą był nam nie kresowy zameczek gdzieś na wschodzie, ale nasz własny próg, próg naszego małego, zapyziałego mieszkanka w bloku?

Podam na koniec pewien fakt, który zapewne nijak się z tym pytaniem nie wiąże, ale dla mnie jednak tworzy jakieś tło dla prawdziwej odpowiedzi na to pytanie. Armia Krajowa i jej resztki walczyły z reżimem do lat 60. XX wieku. Czeczeńskie państwo podziemne (mimo wywózki do Kazachstanu i powrotu narodu zdziesiątkowanego po 1956 roku) istniało do początków lat 90. Kto ma uszy, niechaj słucha.

Jakub Brodacki

Otagowany , .Dodaj do zakładek permalink.

2 odpowiedzi na „Elegancko mówiąc: stercus

  1. Dixi mówi:

    Alchymista!
    (Przepraszam, ze nie na temat, ale inaczej nie mogłem, bo na portalu Gawriona nie napiszę już ani literki).
    Dzięki za miłe słowa, szczególnie cenne w tej chwili.
    Pewnie jeszcze się spotkamy, to podyskutujemy, a nawet pokłócimy się, jak facet z facetem:):):)
    Ściskam!
    Powodzenia!
    Dixi

    • alchymista mówi:

      A ja dziękuję za szybką odpowiedź! I za serdeczne pozdrowienia, które odwzajemniam!
      Tymczasem jeszcze publikuje na obiektywnie.com.pl, czasem na radio wnet i od wielkiego dzwonu na salonie24 (gdy chcę zareklamować coś, czego sam nie jestem autorem).