Eksperyment z Wörgl

Jak lichwę zastąpić lichwą. Próba rekonstrukcji wydarzeń.
Tekst napisałem w 2006 roku, gdy bardzo interesowała mnie problematyka lichwy i natury pieniądza w ogóle. Problem lichwy i kapitalizmu to problem, z którym ludzkość nie może sobie poradzić od co najmniej trzystu lat, a wszelkie łatwe recepty kończa się zwykle totalitarną katastrofą. Myślę, że dzisiaj napisałbym tekst nieco inaczej, być może łagodniej, może nieco złośliwiej wobec autorki. Ale po upływie 6 lat stwierdzam, że nic nie stracił na aktualności. Moje dzisiejsze dopiski zawarłem w nawiasach { }
Jakub Brodacki

(Tekst pierwotnie opublikowany na portalu niepoprawni.pl,

GLOSA

 

do książki Margrit Kennedy, Pieniądz wolny od inflacji i odsetek…, Kraków 2004 wyd. Zielone Brygady

To bardzo ciekawa książka. Wnosi nowe pomysły. Autorka – sądząc z fotografii – jest osobą o dużym ładunku dobrej woli i wiary w możliwość ułożenia relacji międzyludzkich w kategoriach racjonalnego dobra wspólnego, w oparciu o równość obywateli obojga płci. Szczególnie „rzucający na nogi” jest rozdział pierwszy, wyjaśniający absurdy cywilizacji lichwiarskiej. Diagnoza sytuacji – znakomita.

Niestety, przedstawione recepty na ten stan rzeczy nie budzą już takiego entuzjazmu. W książkach o alternatywnej ekonomii chętnie przywołuje się udany przykład „eksperymentu z Wörgl” z 1933 roku. Jako główną przyczynę podaje się interwencję zaborczego Narodowego Banku Austrii i zakaz dla eksperymentu. Nie mam oczywiście dostatecznej wiedzy historycznej, aby podważyć entuzjazm alternatywnych ekonomistów, jaki związany jest z tym eksperymentem; mam jednak dość wyobraźni, aby przedstawić hipotetyczny obraz tego, co się tak naprawdę stało w Wörgl.

{Ogólnie wiadomo, że} eksperyment ten polegał na emisji lokalnych pieniędzy. Pieniądze te traciły każdego miesiąca 1% swojej wartości. Pod koniec miesiąca aktualny właściciel banknotu musiał wykupić znaczek o wartości 1% nominału na banknocie i nalepić go na banknot. Jeżeli tego nie zrobił, banknot stawał się nieważny. Efektem tego był szybki obrót pieniądza, co rodziło niechęć do tezauryzacji. Powstawały błyskawicznie nowe miejsca pracy i znikało bezrobocie.

A teraz wysilmy wyobraźnię. Ten system zmuszał ludzi do pozbywania się banknotów przed końcem miesiąca. Ale – o czym się nie mówi – skłaniał ludzi przedsiębiorczych do ich gromadzenia w ciągu pierwszych dni każdego miesiąca, gdy miały największą wartość. W efekcie pieniądz ten kursował w czymś w rodzaju „cyklu księżycowego”. Możemy przyjąć, że maksimum gromadzenia i oszczędzania następowało przez pierwszych 7-8 dni miesiąca. Następne dwa tygodnie odznaczały się coraz szybszym wzrostem tempa obrotu, który osiągał szaleńcze maksimum w ostatnim tygodniu. Wtedy to pieniądz był „wlepiany” dosłownie każdemu za wszelką cenę, aby tylko z maksymalnym zyskiem pozbyć się „trefnego” i bezużytecznego przedmiotu. Kto grał kiedykolwiek w {makao lub} kierki, ten wie, o czym mówię.

Krótko mówiąc, sądzę, że cały system był dla ludzi po prostu nie do zniesienia. Zmuszał ich bowiem do nieustannego głowienia się nad optymalnym zracjonalizowaniem własnych wydatków. Pierwsza chytra myśl, jaka przychodziła każdemu do głowy, to wlepić całą kwotę urzędowi miasta, w formie podatków, zapłaconych nawet na rok z góry. Autorzy podają to jako wielki sukces całego eksperymentu. Ale wyobraźnia znów nam podpowiada, że to nie wystarczało, aby pozbyć się gotówki. Bogatszy przedsiębiorca musiał nadal się głowić, co zrobić z resztą „trefnej” waluty w sakiewce, którą klienci niechybnie płacili mu najchętniej. Druga chytra myśl, jaka przychodziła mu do głowy, to wlepić pieniądze własnym pracownikom. Trzecia myśl, to zakupienie ogromnej ilości rzeczy zupełnie niepotrzebnych (hiper-konsumpcja). Pozostawało jeszcze czwarte wyjście. W ostateczności można było rozdać trefne pieniądze jako jałmużnę i to w ostatnim dniu przed datą ważności banknotu. {Gdzieś czytałem, że niektóre społeczności żydowskie rozdawały jałmużnę w postaci żetonów emitowanych przez wspólnotę, czyli nie w formie prawdziwych pieniędzy. Proszę mnie poprawić, jeśli błądzę}.

 

I tu właśnie ujawnia się cała słabość systemu. Ponieważ ubogi – czy to formie zapłaty, czy to nawet w formie jałmużny – otrzymywał pieniądz „za pięć dwunasta”, to albo sam ponosił koszty przedłużenia ważności pieniądza, albo też kupował towary, w których cenę pośpiesznie wliczano nie tylko koszt przedłużenia ważności, ale i „miesiączkującą” hiper-inflację plus opłatę za łaskawe akceptowanie tego środka płatniczego w ostatnim dniu ważności. Działo się tak dlatego, że każdy przedsiębiorca chciał pozyskać jak najwięcej pełnowartościowych pieniędzy do kolejnego cyklu miesięcznego i to jak najtańszym kosztem. A ponieważ ubogi nie mógł sobie pozwolić na przetrzymanie pieniędzy do następnego miesiąca, więc za znaczki zawsze płacił ubogi. Cała operacja niczym się zatem nie różniła od najbardziej nikczemnego, ukrytego podatku liniowego. A cykl miesięczny przypominał w mikroskali zwykłe cykle ustroju kapitalistycznego zachodzące w nim od stuleci.

Nie koniec jednak na tym. Ukryta perfidia systemu prawdopodobnie przekraczała wyobraźnię twórców. Otóż pisze się, że zarobione na emisji środki, rada miejska wydała na „potrzeby publiczne”. Ale równie dobrze można sobie wyobrazić sytuację, że rada miejska – opanowana przez partię komunistyczną – stanie się w coraz szerszym zakresie udziałowcem gry kapitalistycznej. Mogłaby w coraz szerszym zakresie inwestować w przedsięwzięcia komercyjne. A na końcu tej drogi byłby lokalny kapitalizm państwowy.

Nieprzypadkowo eksperyment zrealizowano właśnie w latach trzydziestych. Data 1933 znana nam jest wszystkim, jako data dojścia Hitlera do władzy. Margrit Kennedy widzi w eksperymencie doskonałe remedium na faszyzm. Przypomina to jednak wypędzanie Belzebuba Lucyferem. Nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że wprowadzenie jakiejś formy faszyzmu lub komunizmu w mikroskali może uchronić państwo przed faszyzmem lub komunizmem w makroskali. Gdyż – o czym warto pamiętać – każde myślenie analogiczne zakłada, że mikrokosmos odpowiada makrokosmosowi.

 

Nota bene na stronie 84 autorka podaje jako starszy przykład „eksperymentu z Wörgl” średniowieczny system monetarny, zwany brakteatem. Polegał on na emisji cienkich złotych i srebrnych monet. Wycofywano je co roku z obiegu, dewaluując ich wartość o 25% i ściągano w formie podatków. Przetapiane wracały znów do obiegu. W efekcie ludzie chętnie inwestowali te pieniądze w meble, solidne domy, dzieła sztuki i wszystko, czego wartość nie spadała a nawet rosła. Jak pisze, „najpiękniejsze dzieła sztuki i architektury sakralnej i świeckiej powstały w tym czasie”. Poglądowi temu trudno odmówić racji, zważywszy na piękno późnogotyckich katedr i zamków. Dalej jednak Kennedy pisze: „ludzie nie lubili oczywiście pieniędzy, które w regularnych odstępach czasu traciły tak dużo na wartości”. Lecz z tym fantem autorka nie bardzo sobie umie poradzić. Kwituje go stwierdzeniem, że opłata za pieniądz nie powinna być łączona z podatkami. Zapytam więc: czym jest ta utrata wartości pieniądza, jak nie podatkiem lub – co gorsza – zwykłą lichwą? Przecież władze w Wörgl po prostu zmusiły swoich obywateli do przyjęcia pożyczki na 12% w skali roku! {dzisiaj mam wątpliwości, czy tylko 12%. Ekonomistów proszę o komentarze!}

Nie dostrzega Kennedy jakże sprośnego faktu, że umysł ludzki (a przynajmniej męski) na ogół pozostaje w stanie czujnej bierności. Jest to dla niego stan naturalny. Nadmierne pobudzanie przez przymus twórczy i konsumpcyjny męczy go i w końcu drażni. Efekt? Prawie żadna świątynia gotycka nie została zbudowana do końca. Ludzie zarzucili budowę raju na ziemi, gdyż dość mieli obiecanek. {W Polsce Mieszko Stary przez emisję brekteatów stracił tron krakowski} Pieniądze z Wörgl zrodziły u ludzi silne napięcie psychiczne, które może się przerodzić w zmęczenie i zniechęcenie. Per analogiam: który mężczyzna wytrzyma długo ciągłe uniki ze strony ukochanej? Który wreszcie nie dostanie szału, gdy rozebrana kochanka oświadczy, że owszem, pozwoli na pieszczotę nawet oralną, ale o prawdziwym seksie nie może być mowy, bo jest grzeszny albo niebezpieczny? Musiałby być chyba rycerzem bez ziemi i bez szansy na godny ożenek; trubadurem sławiącym wdzięki swojej damy serca albo doskonałym katarem, by to wytrzymać. Ale jeśli mężczyzna wiąże się z kobietą, to oczekuje, że na skutek wspólnie podjętych działań oboje zyskają na tym w postaci dziecka – trwałego zabezpieczenia na starość i pozostawienia swojej krwi dla potomności. Podobnie jest z pieniędzmi, których nie da się w żaden sposób utrzymać w garści, oszczędzić, wreszcie zainwestować w jakieś większe przedsięwzięcie, gdyż zawsze się wymykają, jak przewrotna kochanka albo prostytutka, nie przynoszą finalnego i trwałego zysku. Koniec końców ludzie zaczęli podejrzewać, że strażnicy systemu po prostu bezczelnie na nich zarabiają – jak rada miejska w Wörgl. Z buntu przeciw strażnikom systemu narodziła się reformacja i renesans, odrodziło się pogaństwo, a z syntezy średniowiecza i renesansu powstała epoka nowożytna, w której żyjemy po dziś dzień.

Ale już horrendalnym planem pani Kennedy jest projekt wprowadzenia, czy raczej reaktywowania lennego prawa użytkowania ziemi (strony 44-45). Pomysł sam w sobie nie jest zły, gdyż takie czy inne formy wspólnej własności wydzierżawianej członkom społeczności są niezbędne, ale wprowadzone na taką skalę, jaką autorka proponuje, oznaczają stopniowe zainstalowanie komunizmu także w kwestii własności. Kto mi nie wierzy – niech przeczyta i wysili wyobraźnię. {Albo niech pojeździ po ziemiach zachodnich Polski – tam ludzie wiedzą jakim zagrożeniem jest dzierżawa wieczysta i brak nadań własności}

Koniec końców dochodzę do wniosku, że autorka wybrała zasadę, iż nie jest ważne, jaki ustrój panuje, byleby to nie był kapitalizm. To dobry punkt wyjścia, ale uważajmy. Ja bym dodał do tego: żaden kapitalizm – ani prywatny, ani państwowy, ani nawet wspólnotowy. Tylko mieszana forma ustrojowa może zapewnić wolność prawdziwą, a nie lucyferyczną.

Zwiększoną cyrkulację pieniądza z Wörgl można per analogiam porównać do wylotu roju z pszczelego ula. Początkowo pszczoły latają w roju jak zawzięte i wydaje się, że ich głównym celem jest stworzenie wrażenia zupełnego chaosu. Ale to tylko pozór. Pszczoły bowiem stopniowo zmierzają w określonym kierunku, na z góry upatrzoną siedzibę. Pszczelarze o tym wiedzą, dlatego umyślnie ustawiają gdzieś w zapomnianym kącie pasieki pusty ul. Z pieniędzmi jest podobnie. Zarobione dzięki zwiększonej cyrkulacji pieniądze ludzie chcą odłożyć, a potem odpocząć i pożyć trochę „na procent”. Ludzie z Wörgl również, bo nieustająca praca jest przekleństwem niewolnika. Tak więc książka Margrit Kennedy nie jest skuteczną odpowiedzią na przekleństwo lichwy. Można z deszczu wejść pod rynnę, albo z patelni w ogień – jak mawiał Bilbo Baggins.

Otagowany , .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.