Dlaczego nie pójdę na tzw. „Marsz Niepodległości”

Nie dajmy się ustawić w roli „prawicowej ekstremy”. Narracja medialna ma swoje prawa. Nie wysyła się kawalerii na armaty.

(pierwotnie opublikowane na niepoprawnych)

Pod koniec zeszłego miesiąca otrzymałem informację pochodzącą z portalu nowyekran.pl, że marsz niepodległości nie tylko nie został przez władze miejskie zarejestrowany, lecz także będzie blokowany przez Niemców, komunistów i ogólnie lewicową hołotę. Ponieważ od pewnego czasu mam podejrzenia do wiarygodności informacji pochodzących z portalu nowy ekran rzecz sprawdziłem i okazało się, że marsz jednak został zarejestrowany. Dowiedziałem się też, że inicjatywę popiera między innymi Rafał Ziemkiewicz i Jan Pospieszalski.

Ziemkiewiczowi i Pospieszalskiemu „od zawsze” dorabiano medialną gębę, ale przy odrobinie dobrej woli każdy może zobaczyć, że są oni bardzo umiarkowanymi republikanami. Jakoś mi się nie chciało wierzyć, aby chcieli się angażować w tak niepewną imprezę jak ów „marsz niepodległości”. Spenetrowałem zasoby oficjalnej strony marszu. Oprócz tych dwóch, znalazłem na niej także kilkadziesiąt innych nazwisk, które coś mi mówią, jak Grzegorza Brauna, Sylwestra Chruszcza (działania na rzecz Łużyczan), Janusza Dobrosza, Macieja Giertycha, Artura Górskiego (przed każdymi wyborami dostaję od niego ulotki wyborcze), Dariusza Grabowskiego, Bogumiła Grotta, Janusza Korwina-Mikkego, Pawła Kukiza, Stanisława Michalkiewicza, Wojciecha Muszyńskiego, Jerzego Roberta Nowaka, Magdalenę Pietrzak-Mertę, Romualda Szeremietiewa, Artura Zawiszę i Jana Żaryna. Kilka osób z tej listy znam osobiście i choć często nie podzielam poglądów, cenię ich ze względu na jasność myśli i antykomunizm. W komitecie poparcia niestety znalazł się również dr Ryszard Z. Opara – założyciel „Nowego Ekranu” .

Stronę tak zwanego marszu niepodległości znałem już wcześniej dzięki doskonałemu klipowi propagandowemu (niestety niedostępnemu na skutek typowej dywersji). Jakie wrażenia mam po otwarciu strony marszu? Niezbyt przyjemne. Młodzi ludzie z flagami biało-czerwonymi na których ktoś ordynarnie nakleił rękę z mieczem (jak z bandery wojennej) stylizowaną na swastykę. Pojawia się też czarna flaga z krzyżem celtyckim. Potem demonstranci pod pomnikiem Romana Dmowskiego. Pod spodem klip reklamowy. Już od pierwszej klatki pojawia się transparent ONR. Wśród organizacji i środowisk popierających, które mi się z czymś kojarzą mamy m. in. Klub Zachowawczo-Monarchistyczny, Ligę Obrony Suwerenności, Łódzki Ruch Narodowy „Szczerbiec”, Obóz Wielkiej Polski, Niezależną Inicjatywę Polacy Na Rzecz Serbskiego Kosowa, Stowarzyszenie Obóz Narodowo-Radykalny Podhale, Stowarzyszenie na rzecz Tradycji i Kultury „Niklot”, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” w Lublinie, Niezależne Zrzeszenie Studentów Politechniki Radomskiej oraz Stowarzyszenie„Solidarni2010”.

Pierwsze pytanie: czy tych ludzi coś łączy? Organizatorzy marszu wzywają, aby „zamanifestować naszą narodową dumę i przywiązanie do suwerennego państwa polskiego”. Słusznie stwierdzają, że „Niepodległa Polska to wartość bezcenna. Naród silny i nowoczesny musi kształtować swój byt w niezależnym państwie, będącym podmiotem, a nie przedmiotem stosunków międzynarodowych”. A więc łączy ich Niepodległość. Tylko co to jest Niepodległość? I jak ją osiągnąć.

Szczerze mówiąc, postępujący rozkład państwowości polskiej jest dla każdego rozumnego patrioty wyzwaniem, skłaniającym do zredefiniowania pojęcia niepodległości stosowanego do tej pory. Dotychczasowe definicje niepodległości okazały się bowiem nieprzystające do sytuacji. Państwo polskie istnieje jako obszar na mapie i zbiór instytucji, które służą podtrzymywaniu fikcji. Stan ten przypomina nieco czasy saskie a to z kolei jest wskazówką, że zrozumienia idei naszej Niepodległości powinniśmy szukać w czasach Pierwszej Rzeczypospolitej. Co więcej, jeśli mamy nie dopuścić do kolejnego formalnego rozbioru i odrodzenia państwa po 100-200 latach w terytorium o 50% mniejszym niż obecne, musimy zrozumieć systemowe funkcjonowanie ustroju i stosownie do tego podjąć decyzję, czy w ogóle warto działać w jego ramach, czy też należy szukać „innej drogi”. Sądzę, że z powodu bardzo niekorzystnego otoczenia międzynarodowego szukanie „innej drogi” czyli mówiąc wprost – narodowego powstania – nie wchodzi w rachubę. Wobec tego pozostaje zrozumienie mechanizmów obecnego systemu i adekwatne działanie.

Zacznijmy więc od pojęcia Niepodległości. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że niektóre państwa Unii Europejskiej są w dalszym ciągu niepodległe, choć poddane licznym mniej lub bardziej uciążliwym unijnym regulacjom. Tylko od siły danego państwa zależy to, czy uda mu się wygrać z naciskiem integracyjnym i wykorzystać go dla swoich celów. Francja jest kolebką starej rewolucji, która wywarła swoje piętno na wielu krajach Europy, Anglia – siedzibą świata finansów, Niemcy – spadkobiercami starej idei Cesarstwa Rzymskiego i autorami idei Mitteleuropy, która co prawda poniosła klęskę, lecz również pozostawiła w regionie pewne sentymenty. Te trzy państwa tworzą – każde na swój sposób – uniwersalną kulturę Europy i przy pomocy swoich cech uniwersalistycznych stają się centrami, przyciągającymi inne, mniejsze państwa europejskie. To sprawia, że „Wielka Trójka” będzie miała niepodległość rozumianą jako swoboda manewru. Taką niepodległość nazwałbym „niepodległością otwartą”.

 

W Europie Środkowo-Wschodniej sytuacja przedstawia się inaczej. Ponad dwadzieścia lat temu ta część Europy pozostawała pod butem Moskwy. Moskwa jest specyficznym miastem-państwem, które wyznaje od stuleci ideę „niepodległości zamkniętej”. Nieco upraszczając, można powiedzieć, że w państwie moskiewskim (Moskowii) prawa obywatelskie przysługują tylko mieszkańcom miasta-państwa, Moskwiczom, natomiast pozostali mieszkańcy rozległego „interioru” są ich niewolnikami. Sami obywatele Moskwy nie są jednak wolni (jak obywatele Wielkiego Nowogrodu), lecz są z kolei niewolnikami władzy, niezależnie od tego, czy jest to władza jednoosobowa czy kolektywna. Władza jest absolutnym suwerenem i dąży do całkowitego podporządkowania państw sąsiednich. W takich warunkach wszystkie kraje naszego regionu próbowały lub próbują wyrwać się z pod wpływów Moskwy i dobrowolnie oddać pod wpływy Ameryki lub Wielkiej Trójki. Do roku 2004 Polska odgrywała dla niektórych krajów naszego regionu rolę pomostu do Zachodniej Europy i starannie unikała zatargów z Rosją. Ale w 2003 roku opowiedziała się za wojną z Irakiem.

Pamiętam to jak dziś: wkrótce po wejściu do UE w polskich massmediach nieoczekiwanie rozpoczęła się antyrosyjska nagonka. Tak jakby sojusz z Ameryką, wejście do Unii i formalna utrata niepodległości (nad czym ubolewałem bardzo mocno) obudziła niepodległość faktyczną. Wkrótce wybucha na Ukrainie pomarańczowa rewolucja. Kolejny rok – Lech Kaczyński zostaje prezydentem RP, a Jarosław Kaczyński tworzy rząd. Stały się rzeczy do tej pory niemożliwe.

Dostaliśmy (od Amerykanów?) szansę zbudowania niepodległości otwartej, to znaczy takiej, w której nie jesteśmy skazani na Wielką Trójkę, ale mamy pole manewru w Europie Środkowo-Wschodniej, możemy grać rolę „miękkiego lidera”, w oparciu o naszą własną ideę uniwersalistyczną, do której ożywienia przyczynił się bez wątpienia Jan Paweł II. Oczywiście reformy wewnętrzne były i są konieczne, ale również oczywiste jest, że nie można ich przeprowadzić bez poszukiwania sojuszników.

Mówiłem wtedy przyjaciołom, że przydałby się nam ktoś taki jak de Gaulle w 1958 roku. Stary generał był wielokrotnie wyśmiewany za swój upór w relacjach z silnymi partnerami i za różne rzekomo staroświeckie uprzedzenia i „lęki”. Patrząc jednak z perspektywy lat żaden z jego kroków i wystąpień nie był przypadkowy. Zarzucano mu brak realizmu, nieliczenie się ze słabością Francji, podskakiwanie Amerykanom, ale on konsekwentnie dbał o to, aby zapewnić Francji maksimum swobody manewru na arenie międzynarodowej. To była ta „otwarta niepodległość” w wykonaniu Francji. Jeden z przyjaciół mi powiedział: „przydałaby się choć połowa de Gaulle’a”. Nie mieliśmy de Gaulle’a, ale mieliśmy „Małego Rycerza”. Różnic między obu politykami jest tak wiele, że warto wspomnieć tylko o jednej: de Gaulle miał wiele szczęścia i przeżył dziesiątki zamachów. Ile zamachów przeżył „Mały Rycerz” tego nie wiem.

Narzekania na „Małego Rycerza” rozlegały się przez cały okres jego prezydentury z lewa i z prawa. Przede wszystkim oba „straszne bliźniaki” działały od 1990 roku w targecie inteligenckim, o który zajadle walczyła Gazeta Wyborcza i okolice. Odwoływały się do podobnego systemu wartości (wolność, demokracja), ale inaczej rozkładały akcenty i żądały rozliczenia komunistów. Demokracja była dla nich środkiem do celu a nie celem samym w sobie. Prezydent Kaczyński zyskał przynajmniej tyle, że po wizycie w Gruzji Adam Michnik go publicznie pochwalił (i w trosce o sumienie swoich czytelników natychmiast stwierdził, że prezydent nie rozumie Rosji). „Straszne bliźniaki” powoływały się na patriotyzm i odwoływały się do niektórych wartości socjaldemokratycznych, etatystycznych i chadeckich, co irytowało socrealistów i nacjonalistów, którym w 2007 roku „ukradziono” elektorat. Ale dyskurs oficjalny szedł trochę innym torem. Lewica zarzucała „Małemu Rycerzowi” to, co zarzucano de Gaulle’owi: że jest nacjonalistą, że nie rozumie idei zjednoczonej Europy. Oraz (czego de Gaulle’owi oczywiście nie zarzucano), że jest skrajnym rusofobem. Lewica, którą nazywam „lewicą monetarną” głosi do tej pory, że Kaczyński jest sługą amerykańskich Fenicjanów. Prawica z kolei uważała, że Lech Kaczyński jest politykiem „lewicowym”, sprzymierzonym z tak zwanym New World Order i postkomunistami. W najlepszym razie PiS był uważany na prawicy za „mniejsze zło”. Liberałowie i konserwatyści konsekwentnie krytykowali PiS za „socjalizm”. (A tak pół-żartem: polityka liberalizmu gospodarczego byłaby zapewne możliwa tylko pod rządami cara w XIX wieku. Tak mi to jakoś przyszło na myśl, gdy pewni ekonomiści zaczęli przebąkiwać o powrocie do standardu złota…). Te narzekania – bardziej niż widoczne osiągnięcia – świadczyły o tym, że prezydent jest naprawdę skuteczny. Niewiele bowiem wiemy co działo się za kulisami. Obecny ustrój nie kocha jawności i jest to trend ogólnoświatowy.

Prawdą jest, że władza „Małego Rycerza” była bardzo słaba. Ze względu na powszechny w Polsce brak aktywnego patriotyzmu obaj bracia toczyli grę nieustannie w oparach absurdu i na granicy możliwości. Po 2007 roku „Mały Rycerz” nie miał oparcia w rządzie, administracja urzędnicza była mu wroga lub obojętna, massmedia poddawały go nieustannemu grillowaniu. Jedyny atut który w oczach nas, zwykłych zjadaczy chleba, posiadał, to odwaga osobista, której użył do powstrzymania rosyjskiej agresji na Gruzję w 2008 roku. Miał też odwagę odwlekać ratyfikację traktatu lizbońskiego, próbując w ten sposób wytargować dla siebie silniejszą pozycję wewnętrzną, a na zewnątrz – silniejszą pozycję Polski na arenie międzynarodowej. 10 października 2009 roku ów nieszczęsny traktat został podpisany, z pewnymi zastrzeżeniami, które miały być dla Polski korzystne. Historia tego podpisu najprawdopodobniej przypieczętowała na „Małym Rycerzu” wyrok śmierci. Widać było, że zarówno Moskwie, jak i Wielkiej Trójce sprawia kłopoty. Jego ewentualne zwycięstwo w wyborach 2010 roku mogło oznaczać kontynuację i „eskalację” tych kłopotów w postaci kolejnego rządu PiS oraz wzrostu zaufania małych krajów regionu do roli Polski jako „miękkiego lidera” w Europie Środkowo-Wschodniej. Mogło to z kolei dać Polsce więcej swobody w sprawach wewnętrznych, w przeprowadzeniu ciągle oczekiwanych reform: zrzucenia rosyjskiego jarzma (derusyfikacja), wzmocnienia armii i odbudowy przemysłu zbrojeniowego, wykreowania polskiego systemu bankowego i dużych przedsiębiorstw wiodących, wokół których swój sukces mogło osiągnąć wiele polskich firm rodzinnych. Nie można bowiem przeprowadzać reform bez zapewnienia sobie poparcia zagranicy – w tym względzie idea „niepodległości otwartej” jest w gruncie rzeczy bardzo pragmatyczna. Tylko skrajni idealiści zakładają, że można zbudować niepodległość w oparciu o kraje Wielkiej Trójki lub też wyłącznie w oparciu o Amerykę. Tylko idealiści również przyjmują, że „najpierw należy się zreformować”, a dopiero „potem” działać na zewnątrz. Tych dwóch rzeczy nie da się rozdzielić. Poza tym rozmaite napięcia wewnętrzne można skutecznie wyprowadzić na zewnątrz. Wiem, że za to co powiem wielu czytelników uznałoby mnie za niespełna rozumu, ale sądzę, że przy odpowiedniej zręczności z naszej strony, nawet Gazeta Wyborcza i okolice mogłyby (nieświadomie) pracować dla dobra wspólnego, a nie wyłącznie dla swego wąskiego, „zamkniętego” interesu pseudo-mniejszości. Wydaje się, że w tę stronę podążał Lech Kaczyński, ale zabrakło drugiej kadencji, abyśmy mogli ujrzeć owoce. Nawet wrogimi massmediami można manipulować, narzucając im narrację, w której nie czują się dobrze lub podsuwając im tematy dobrze przygotowane. Wszyscy wiemy, że dziennikarze to śmierdzące lenie, które najchętniej publikują gotowce. Ich pracodawcy są na pewno sprytniejsi, ale każdego można wymanewrować. Trzeba jednak czasu, aby przeciwnik ostatecznie pogubił się i zmęczył w tej rozgrywce.

A więc niepodległość to jest konsekwentna gra o swobodę manewru na zewnątrz i możliwość reformowania i zarządzania krajem. Jeśli ktoś mnie zapyta jak ją osiągnąć, to mogę odpowiedzieć: tylko ciężką pracą. Stare wschodnie przysłowie powiada: „gdy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz” i kilka razy w życiu tego doświadczyłem. Tak będzie i tym razem: mistrz (niepodległość) przyjdzie do nas wtedy, gdy będziemy gotowi. Nie chcę podawać recept, bo byłoby to dyletanckie. Niech każdy idzie swoją drogą, służąc tylko Polsce, kochając tylko Polskę. I unikajmy dróg na skróty. Tak zwany marsz niepodległości to może być taka droga na skróty. Rzeczywistość medialna ma swoje prawidła. Wszyscy je znają. Nie wysyła się kawalerii na armaty. Wiedziano o tym już na początku XVII wieku.

Często odnoszę wrażenie, że wielu ludzi zupełnie nie rozumie mechanizmu podejmowania decyzji w państwach nazywanych „demokratycznymi”. Nie chcę tu wnikać w talmudyczne dyskusje co jest demokracją, a co nią nie jest, chcę tu opisać „to co jest”. A „to co jest” nie różni się aż tak bardzo od sposobu podejmowania decyzji w czasach I RP. Zajmuję się tą epoką nie tylko z powodu prywatnej pasji, lecz także dlatego, że ludzie prawicy generalnie rozumują kategoriami świata mniej więcej sienkiewiczowskiego.

Zasadą „mojej” czyli prawdziwej demokracji jest zasada „zgody wszystkich”. Konsensus jest sacrum demokracji. Konsensus osiąga się w formie długotrwałej i szerokiej debaty. Czasami konsensus zawierany jest świadomie przez grupy interesów, a umowa jest dotrzymywana. Ale znacznie częściej konsensus osiąga się przez kondycyjne zmęczenie przeciwnika. Jeśli jakiś temat „grilluje” się wystarczająco długo, przeciwnik po pewnym czasie poddaje się i ulega zniechęceniu. Wówczas chodzi już tylko o milczącą akceptację mniejszości wobec decyzji większości – niezależnie od tego, czy większość ta jest zwarta czy też składa się z tymczasowej koalicji wielu mniejszości. Tak to funkcjonowało w młodzieńczych latach Pana Zagłoby (przed Potopem) – i tak funkcjonuje obecnie.  Debata zmierzająca do osiągnięcia konsensusu toczyła się kiedyś na forum sejmiku, izby poselskiej, w senacie, przed obliczem króla. Czasy się jednak zmieniły. Dzisiejszy parlament nie uchwala corocznie podatków, a zatem tak zwane debaty sejmowe są debatami dworaków, którzy kłócą się o złoto, na którym niczym smok bezproduktywnie wyleguje się administracja rządowa. Chodzi o dzielenie tortu. To zjawisko występowało w I RP, ale w znacznie mniejszej skali. Smokiem, który siedział na złocie (i to bardzo produktywnie!) byli wyborcy, natomiast rząd uprzejmie i pokornie aplikował o datki. To był naprawdę wolny kraj.

Są i różnice formalne: dzisiaj nie ma prawdziwych sejmików, wybory nadzoruje administracja, a Sejm I RP składał się z trzech elementów: izby poselskiej, izby senatorskiej i samego króla, podczas gdy dzisiejszy Sejm to tylko izba poselska; instytucja senatu niewiele przypomina swojego imiennika z czasów staropolskich. Gdybyśmy jakąkolwiek instytucję mieli porównywać do dawnego Sejmu, to chyba tylko I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” – instytucję w pełni reprezentatywną, z nieskrępowaną wolnością słowa, niezniewoloną systemem wielopartyjnym.

Skoro już ustaliliśmy, że „Sejm” to nie Sejm, to gdzie w takim razie jest dzisiaj ta instytucja? Formalnie rzecz biorąc nie istnieje. Nie ma jednego forum, na którym każdy średnio rozgarnięty obywatel mógłby debatować o sprawach państwa. Jest to stan rzeczy do którego usilnie dążyli Stefan Batory z Janem Zamoyskim – to znaczy, aby większość spraw ważnych przeprowadzać nie na jednym, wspólnym forum Sejmu Walnego (gdzie trudno było uciszyć opozycję), lecz na lokalnych sejmikach, które siłą rzeczy nie zawsze mają dostateczną wiedzę o działaniach centrali. Nie chciałbym tu obrażać pamięci wielkiego króla, ale w tym jednym względzie idee Batorego zostały zrealizowane przez administrację rządową III RP. Debaty o państwie toczą się w rozproszonych środowiskach. Przepływ idei między środowiskami sprowadza się do obszczekiwania i obszczywania płotów sąsiada. To umożliwia osiąganie konsensusu poprzez kondycyjne zmęczenie przeciwnika, który traci siły na nieustannym bieganiu wzdłuż płotu. A potem wszystko rozstrzyga się w kontrolowanych massmediach.

W czasach Pierwszej RP niesłychanie ważna była „narracja wiodąca”. Oparta ona była na wiodącej doktrynie państwa i całkowicie czytelna dla obywateli. Obecnie doktrynę państwa tworzy zbiorowy „król” naszych czasów, czyli administracja państwowa przy udziale ideologów i uczonych. Doktryna ta jest zlepkiem niedefiniowalnych i wewnętrznie sprzecznych pojęć i wartości. W konstytucji czytamy m. in. że Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, jest także demokratycznym państwem prawnym, które (o zgrozo) urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej. W tym zestawieniu skądinąd ważne wartości całkowicie tracą sens. Dobro wspólne, obywatele, demokracja, państwo, prawo, sprawiedliwość i do tego sprawiedliwość społeczna! Jest to w istocie chaotyczny stenogram sporu różnych grup mniejszościowych, z których każda próbuje wyrwać dla siebie kawałek sukna. Dla porównania zapis z konstytucji kwietniowej: „Państwo Polskie jest wspólnem dobrem wszystkich obywateli. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swojem imieniem”. Podobne idee (choć nie tylko one) przyświecały Pierwszej RP w okresie jej świetności. Od roku 2005 w Polsce toczy się spór między tymi dwiema narracjami: narracją wielu równouprawnionych mniejszości i narracją zgromadzonej wokół idei państwa silnej (choć mniejszej niż większość bezwzględna) większości. Ta debata ma istotny wpływ na decyzje wyborców. Debaty i głosowania w Sejmie to zaledwie końcowy etap całego demokratycznego rytuału osiągania konsensusu czyli to, co w czasach staropolskich odbywało się podczas tzw. konkluzji sejmowej i na sesjach pieczętarskich. Bo właśnie podczas tych zwyczajowych procedur nadawano intuicjom uczestników debaty ostateczny kształt prawny.

Narracja wielu równouprawnionych mniejszości daje wielką przysługę administratorom naszego państwa. Do czasu umożliwiała skuteczne dzielenie obywateli na zamknięte środowiska, takie jak choćby Unia Wolności, Samoobrona RP, Liga Polskich Rodzin, Unia Polityki Realnej, Kongres Liberalno-Demokratyczny, Konfederacja Polski Niepodległej, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Porozumienie Centrum – by wymienić tylko najbardziej znane. A obok nich pojawiały się jajcarskie ugrupowania w rodzaju Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, które dodatkowo przyczyniały sie do obniżenia rangi Sejmu. Środowiska te utrzymywane były we wzajemnym strachu, nieufności, pogardzie i podejrzliwości. Dodatkowo prowadzono i prowadzi się usilne działania na rzecz zamykania korporacji zawodowych oraz na rzecz tworzenia mniejszości chwilowo użytecznych, takich jak publiczni homoseksualiści, transwestyci, płcie wyrozumowane, samotne matki, samotni ojcowie itp. Tej tęczowej demokracji (kolorowa niepodległa?) wiecznie zagraża kolejna mniejszość „stworzona” przez Lecha Wałęsę, tzn. mohery. Jest i inne zagrożenie dla tęczowej demokracji: muzułmanie, utożsamiani przez massmedia z terrorystami. Inne mniemane zagrożenie to uchodźcy, którzy jakoby zalewają nas szerokim strumieniem. Tematykę można by rozwijać dalej, ale zamknę ją stwierdzeniem, że bodaj największą zasługą Jarosława Kaczyńskiego było skupienie ludzi prawicy wokół idei państwa polskiego i wyrzucenie poza sferę decyzyjną (na prawicy) formacji mniejszościowych. Kaczyński stworzył przez to jedyne realne zagrożenie dla administratorów systemu i dlatego podjęte zostały nadzwyczajne działania w celu jego unieszkodliwienia. Podam jeden, charakterystyczny przykład: tuż przed wyborami Tomasz Lis zadawał Jarosławowi Kaczyńskiemu tylko i wyłącznie te pytania, które mogły kogoś przestraszyć, zarówno na prawicy, jak i na lewicy. W swej bezczelności posunął się nawet do tego, że próbował wmówić słuchaczom Radia Maryja, że Kaczyński jest wrogiem Ojca Rydzyka. Kto nie wierzy, niech obejrzy raz jeszcze. Pouczający przykład narracji równouprawnionych mniejszości. Błąd Kaczyńskiego polegał na tym, że w ogóle wziął udział w tej prowokacji.

Po ostatnich wyborach narracja wielu równouprawnionych mniejszości powróciła prawie natychmiast pod postacią budzącej niesmak ofensywy kota Behemota na krzyż w polskim Sejmie. To jest zapowiedź nadchodzącego zagrożenia. Dalej na pierwszy ogień pójdzie zapewne kompromis aborcyjny i znów Marek Jurek będzie potrzebny. Potem „małżeństwa” homoseksualne. Czyli wszystko to, czym nikt normalny nie chce sobie zawracać głowy, bo trudno podejmować racjonalne decyzje w sytuacjach skrajnych; po to jest prawo, aby od czasu do czasu zwolnić ludzi z nieustannego głowienia się co jest dobre, a co złe. Jak by tego było mało, niebudzące dotąd jakichś szczególnych kontrowersji zwyczajowe święto Niepodległości staje się areną starcia wielu mniejszości. Massmedia usilnie pracują nad tym, aby en masse zwolenników Niepodległości (nie tylko uczestników marszu) przedstawić jako fanatyczną, skrajną i niemal nazistowską mniejszość. Organizatorzy marszu w gruncie rzeczy niewiele robią, aby ten wizerunek złagodzić. Prawdę mówiąc podejrzewam, że wcale im na tym nie zależy. Prawdopodobnie wierzą, że w ten sposób uda im się przebudzić społeczeństwo polskie. Moim zdaniem są w błędzie.

 

Narracja wielu mniejszości ma bowiem jeden wspólny łącznik: strach. Strach przed narzuconym siłą jednoznacznym porządkiem. Oczywista rzecz; żaden marsz niepodległości im tego porządku nie narzuci, ale przecież bać się także jest przyjemnie. Dobrze puścić sobie jakiś horror, przykryć się kołderką, a pod ręką trzymać pilota, aby w razie czego trochę przystopować. Massmedia zapewnią mniejszościom należyte emocje i pewnie rozbudzą mniejszości, których istnienia nawet się nie domyślamy.

 

Skoro określiłem jaka droga nie prowadzi do Niepodległości, słów kilka jeszcze o krytyce PiS-u uprawianej w prawicowej blogosferze. Bo – jak sądzę – marsz niepodległości jest elementem tej krytyki. Po przegranych wyborach pojawiają się mniej więcej trzy projekty reformy partii. Liberalni konserwatyści życzyliby sobie, aby PiS stał się partią typu amerykańskiego, o luźnej strukturze, z wieloma skrzydłami i odłamami. Błąd takiego myślenia polega na błędnym założeniu, że Sejm III RP jest instytucją demokratyczną i suwerenem państwa. Tam gdzie toczona jest prawdziwa debata możliwa jest różnorodność: póki co nikt nie zabroni nam zrzeszania się i debatowania zarówno w klubach, jak i w blogosferze. Powinniśmy stale rozszerzać ten segment życia publicznego. Ale suwerenność polskiego Sejmu od dawna została wyprowadzona do różnych instytucji wybieranych pośrednio: przede wszystkim do rządu oraz do komisji sejmowych. Teraz możemy zrozumieć, dlaczego nasi przodkowie z tak wielką nieufnością podchodzili do rządów większości i do delegowania uprawnień całości Sejmu na deputacje sejmowe. Konserwatystom radzę więc potraktować Sejm jako część władzy administracyjnej. Postarajcie się, abyśmy mogli wepchnąć do tej władzy więcej swoich „dworaków”. Drugi projekt reformy zakłada przesunięcie PiS-u do bliżej nieokreślonego „centrum”, przez co mógłby on odebrać głosy Platformie. Projekt już raz się nie udał, więc możemy Ziobrze powiedzieć: pa, pa. Trzeci projekt reformy to nadanie PiS-owi charakteru LPR-KPN plus UPR, czyli narodowo-konserwatywno-liberalnego z resztkami neo-piłsudczyków w charakterze „paprotki”. Zdaje się, że w tym kierunku podążają organizatorzy marszu niepodległości. Tą drogą można chyba pozyskać jakieś 12% głosujących wyborców. Kampanię ugrupowania będą zapewne prowadzili kibice. Jak wiemy nie przysporzyło to głosów PiS-owi, ale może akurat w tym wypadku to nie zaszkodzi.

 

A tak już serio i bez żartów. Prawica tworzy w Polsce silną, zwartą większość. Zasługą Jarosława Kaczyńskiego jest zjednoczenie tej większości wokół idei państwa. Ta większość byłaby wystarczająca dla poparcia monarchii, ale po odejściu „Małego Rycerza” niestety nie wystarcza do pokonania koalicji strachu, jaką jest Platforma Obywatelska i jej przystawki. Po drugie, PiS i wspierające go organizacje popełniły błędy w kampanii wyborczej. Przede wszystkim prawdziwą katastrofą była klęska akcji uczciwe wybory. Nie pomoże nawet najlepsza kampania wyborcza ani trwająca od 10.04.2010 debata społeczna nad stanem państwa, gdy przerażone mniejszości, próbują za wszelką cenę nie dać się wypchnąć z parlamentu (pisałem o tym tutaj). Poważnym błędem medialnym było pozwolenie na to, aby kampanię prowadzili kibice – czyli mniejszość, oburzona, że rząd im zamyka miejsce rozrywki. Nie chciałbym, aby marsz niepodległości dał administratorom naszego kraju okazję do odświeżenia lęku przed – dajmy na to – „nazi-kibolami” i temu podobnymi zbitkami pojęciowymi. I po trzecie, najważniejsze: postawieni przed skrajnymi wyborami ludzie na ogół podejmują złe decyzje. Dlatego – mimo że byłaby to okazja do odświeżenia wielu przyjaźni i znajomości ze studiów – nie zamierzam wspierać Marszu Niepodległości swoją obecnością. No, chyba że się na nim zapowie sam Jarosław Kaczyński. Nie sądzę jednak, aby tak się stało.

I wreszcie chciałbym podrzucić jakąś receptę na powyborczą apatię. Potrzebne jest jakieś centralne forum, na którym wyborcy PiS mogliby swobodnie i bez cenzury debatować o państwie. Forum realne, nie wirtualne. Niech to będzie jakiś „Sejm cieni”. Debata, debata i jeszcze raz debata. Bo – jak powiedział kiedyś ksiądz Chmielowski – „wolne mówienie na sejmikach i sejmach jest matką i duchem wolności, jest nie konającej ojczyzny znak, gdy jeszcze gada”.

 

Jakub Brodacki

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.