Centra decyzyjne Pierwszej Rzeczypospolitej

W demokracji rząd zmienia się często, więc państwo tworzy centra decyzyjne zapewniające długie trwanie. Także I RP tworzyła takie centra decyzyjne. Analiza ich funkcjonowania jest konieczna dla zrozumienia powagi naszej obecnej sytuacji.

Przeczuwając własną śmiertelność staramy się pozostawić po sobie coś, co ułatwi życie naszym potomnym. Jedni pozostawiają dzieciom mieszkanie i samochód, inni przekazują ludzkości wynalazki. Jeszcze inni – jakieś szczególne przykazania, swego rodzaju testament ideowy. Królowie elekcyjni chcą zazwyczaj zapewnić najstarszemu synowi panowanie i zarazem pozostawić w jego otoczeniu zaufanych, mądrych i dobrze ustosunkowanych, wpływowych doradców. Tak właśnie władza wykonawcza państwa demokratycznego – a więc cechującego się naturalną nieciągłością – kreuje centrum decyzyjne państwa.

W demokracji rząd zmienia się nieraz bardzo często, a pokusa zapewnienia ciągłości polityki jest przecież bardzo silna. Centrum decyzyjne musi też dysponować odpowiednio silnymi narzędziami nacisku. Stąd też obecnie centra decyzyjne wielu państw umiejscowione są w służbach specjalnych. Z racji na swój administracyjno-biurokratyczny charakter organizacje te mogą trwać długo i w istotny sposób wpływać na politykę państwa. Rzadko kiedy poddawane są rozliczeniu; do zupełnych wyjątków należą takie wydarzenia, jak rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych (lata 2006-2007). Wystarczy pobieżna lektura protokołów posiedzeń komisji sejmowych, aby się przekonać, że demokratyczna kontrola nad administracją jest w ogóle czymś fikcyjnym, a cóż dopiero w przypadku, gdy parlamentarzyści mający kontrolować służby specjalne, muszą uzyskać od tychże służb certyfikaty bezpieczeństwa! Z tego powodu prawie każdy solidarnościowy lub centroprawicowy rząd III RP chcąc zachować ciągłość swojej polityki powoływał nową służbę specjalną (1990 – UOP, 2000 – CBŚ, 2006 – CBA).

A jak było w I RP? Król polski miał w zasadzie zapewnione długie panowanie, zależne tylko od jego osobistego bezpieczeństwa i zdrowia. Ustrój Rzeczypospolitej wykazywał tendencję do rozpraszania władzy, zmuszał też głowę państwa do konsultowania decyzji, a to z obawy przed absolutum dominium. Władca zmuszony był wprowadzać swoje zamierzenia stopniowo, powoli i konsekwentnie, bo tylko to mogło mu zapewnić zrozumienie i poparcie flegmatycznych poddanych, nieznających słowa „pośpiech”. Musiał też używać właściwych form dialogu z poddanymi. Gdy na przykład w 1609 roku król Zygmunt III Waza planował wypowiedzenie wojny Moskwie, zdecydował się nie czynić tego przedmiotem sejmowych przetargów, ale chcąc zadośćuczynić wymogom Paktów Konwentów sprawę na sejmie postawił. Kilku senatorów o niej wotowało, posłowie byli poinformowani, lecz wojna nie była przedmiotem debaty w izbie poselskiej1. Swe poparcie Sejm wyraził wyłącznie poprzez uchwalenie niewielkich podatków; samą wojnę milcząco zaakceptowano, okazując królowi zaufanie, gdyż forma dialogu była właściwa. Widzimy więc, że jeśli władca zachowywał odpowiednie formy, ciągłość jego polityki nie była zagrożona dopóki żył. Centrum decyzyjne nie musiało więc dysponować aż tak silnymi „środkami wykonawczymi” jakimi dysponują służby specjalne naszych smutnych czasów. Z powodu silnej pozycji ustrojowej dworu i senatu, centrum decyzyjne zazwyczaj składało się z dworzan i senatorów – ale nie wszystkich…

Pierwsze dwa bezkrólewia były wstrząsem ustrojowym, który na długie lata pozostał w pamięci Polaków. Bezpotomna śmierć wybranego vivente rege Zygmunta Augusta, ucieczka Henryka Walezego, niezgoda między senatorami a szlachtą egzekucyjną podczas drugiej elekcji – wszystko to wyraźnie wskazywało na konieczność zapewnienia ciągłości polityki państwa w dłuższej perspektywie. Wolna elekcja była kanonem ustrojowym, który pozornie uniemożliwiał usytuowanie centrum decyzyjnego w otoczeniu dynastii. Pozornie, bowiem zdecydowana większość opinii publicznej opowiadała się za dynastią elekcyjną, to znaczy taką, w której króla wybiera się spośród członków rodziny panującej. Niestety małżonka Batorego Anna Jagiellonka była zbyt wiekowa aby mieć dzieci, a małżonek Stefan nie interesował się pożyciem małżeńskim. W oczekiwaniu na bezpotomną śmierć króla centrum decyzyjne państwa musiało dysponować odpowiednio silnymi narzędziami wykonawczymi. Początkowo w skład tego ośrodka wchodził triumvirat Andrzeja Opalińskiego, Mikołaja Radziwiłła i Jana Zamoyskiego2. Doraźnym celem istnienia tego porozumienia było sprawne przeprowadzanie uchwał podatkowych na potrzeby wojny z Moskwą w sejmie i na sejmikach. Aby to ułatwić, król oddał im monopol mianowania zaufanych popleczników na urzędy ziemskie, intraty a nawet zaszczyty senatorskie w przypisanych im regionach kraju. Jak można się spodziewać, taka polityka budziła wielki sprzeciw poddanych, którzy nie byli przyzwyczajeni do tak niesprawiedliwego – ich zdaniem – rozdziału beneficjów; nie do końca też przyjmowali do wiadomości powagę zagrożenia ze strony Moskwy. A przecież właśnie to zagrożenie było podstawowym uzasadnieniem takiej a nie innej polityki króla.

Problem zachowania ciągłości władzy stał się jednak palący u schyłku panowania króla-wojownika. Stan jego zdrowia nie rokował długiego życia, nie było też potomka. Wobec tego król scedował swoje uprawnienia nominacyjne wyłącznie w ręce jednego człowieka – kanclerza a zarazem dożywotnio mianowanego hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego. Kanclerz stanął na czele rzeszy uzależnionych od niego lokalnych urzędników-klientów, których poparcia mógł oczekiwać nie tylko podczas kampanii sejmikowych, lecz także podczas nadchodzącego bezkrólewia. Aby jeszcze silniej zaakcentować pozycję nowego centrum decyzyjnego państwa, wyegzekwowano długo nieegzekwowany wyrok ścięcia ciążący na Samuelu Zborowskim w 1584 roku i urządzono wątpliwy pod względem prawnym proces o zdradę Andrzeja i Krzysztofa Zborowskich w 1585 roku. W procesie tym król był jednocześnie stroną i sędzią, co stanowiło obrazę zwyczajów akceptowanych przez tradycję. Miał to być czytelny sygnał, że wyłącznie wola władcy i jego ministra decyduje o egzekwowaniu wyroków oraz że możliwe jest oskarżenie i legalne skazanie nawet najwiekszych potentatów i to bez przekonywujących dowodów3. Jednakże po burzy jaka była efektem tych wydarzeń Zamoyski nie odważył się ani wystawić własnej kandydatury do tronu, ani nikogo z rodziny królewskiej. Natomiast siłą osadził i obronił na tronie Zygmunta III Wazę (1587), syna siostry Zygmunta Augusta Katarzyny Jagiellonki.

W przeciwieństwie do Batorego Zygmunt III był człowiekiem nastawionym na długie trwanie. Uczył się powoli i z mozołem wykorzystania skomplikowanych atutów stanu monarszego w Rzeczypospolitej. Był politykiem niebłyskotliwym, ale miał trzy doskonałe cechy: był konsekwentny, cierpliwy i długowieczny. Z czasem do tych atutów doszedł także fakt posiadania potomstwa. To predystynowało jego samego, jak i jego rodzinę do odegrania roli centrum decyzyjnego państwa. Elekcyjna dynastia Wazów miała szansę zagwarantować państwu ciągłość polityki bez środków nadzwyczajnych i specjalnych. A właśnie taka sytuacja najbardziej podobała się królewskim poddanym.

Początkowo nie chciał tego przyjąć do wiadomości Zamoyski, stąd długotrwały konflikt między nim a królem. Kanclerz chciał zachować pozycję „wielkiego poddanego”: mieć wyłączny wpływ na politykę króla, zwłaszcza w sprawach nominacji na urzędy i sprawy małżeńskie domu królewskiego. Ale król przynajmniej w sprawach polityki wschodniej w gruncie rzeczy wykonywał testament Batorego. Zdolny żołnierz Batory mógł marzyć o zdobyciu Moskwy, natomiast żołnierze ponoć „nieudolnego” Zygmunta zdobyli ją dwukrotnie (1603, 1610). Inna sprawa, że w koniunkturze o wiele bardziej sprzyjającej…

Konflikt rozładował się dopiero po śmierci Zamoyskiego (1605) w postaci tzw. rokoszu Zebrzydowskiego (1606). Przegrana rokoszu doprowadziła jednak do usytuowania się centrum decyzyjnego państwa w otoczeniu osoby królewskiej. Król miał potomków. Nie wszyscy poddani go kochali, ale szanowano jego konsekwencję w realizacji zamierzeń i doborze przyjaciół. Ciągłość polityki nie była zagrożona, toteż centrum decyzyjne państwa nie musiało już dysponować tak silnymi środkami wykonawczymi, jakimi dysponował z chwilą śmierci Batorego Zamoyski. Poparcie dla dynastii w izbie poselskiej konstruowali politycy zaprzyjaźnieni z królem (Jakub Sobieski, Jerzy Ossoliński), lecz nie jego sługusy. Choć nie było wcale pewne, czy syn Zygmunta Władysław będzie kontynuował politykę ojca, to nie przejmowano się tym zbytnio – najważniejsza była upragniona ciągłość władzy – dynastia elekcyjna.

Niestety, kandydat do tronu był wprawdzie błyskotliwy, zdolny i inteligentny, ale nie odznaczał się ani konsekwencją ani dobrym zdrowiem. Poddanych szczególnie złościła  chwiejna polityka nominacyjna, a zwłłaszcza zmienność decyzji, gdy król obiecywał urząd jednemu, a nazajutrz innemu. Uprawdopodobniało to coraz silniejsze podejrzenia, że król – otaczający się cudzoziemcami – lekceważy własnych poddanych i dąży do władzy absolutnej. Króla kochano, lecz nie szanowano. Po zwycięstwie smoleńskim (1634) zrezygnował też z antymoskiewskiej polityki ojca, a to w konsekwencji doprowadziło do pogorszenia wewnętrznych relacji polsko-litewskich. Pośrednim tego następstwem była słynna zdrada kiejdańska już za życia jego następcy w 1655 roku. Nie stworzył też własnego centrum decyzyjnego, za to rozbił to, które powstało u schyłku życia jego ojca, tzw. trifolium, składające się ze Stanisława Lubomirskiego, Jakuba Zadzika i Stanisława Koniecpolskiego. Jedyne co po trifolium pozostało to zniechęcony i stale atakujący króla Lubomirski oraz  otoczenie  lojalnego wobec króla kasztelana krakowskiego i zarazem hetmana wielkiego koronnego Stanisława Koniecpolskiego. Jak wiadomo hetman był jednym z najbogatszych ludzi w Polsce, dzierżył aż osiem starostw jednocześnie, co niewątpliwie ułatwiało mu dofinansowanie armii kwarcianej i prywatnej w razie pustek w skarbie. Cieszył się też niekwestionowanym autorytetem wśród ukrainnych magnatów, dysponujących z reguły oddziałami prywatnymi. Na Ukrainie pełnił faktycznie funkcję „wicekróla”, zwłaszcza w sprawach obrony i relacji dyplomatycznych z Turcją i Tatarami. Ale jego ambicje ograniczały się do kształtowania polityki turecko-tatarskiej.

Jeśli rzeczywiście Koniecpolski zamierzał rozpocząć wojnę z Tatarami i Turcją – jak utrzymuje nasza historiografia4 – to niewątpliwie chciał do niej urobić opinię publiczną stopniowo i formami przyjętymi w Rzeczypospolitej. Gdy jednak Koniecpolski zmarł w 1646 roku, król natychmiast rozbił jego stan posiadania pomiędzy swoich stronników na Ukrainie, likwidując tym samym jedyne centrum władzy, które – jak pokaże przyszłość – dysponowało niezbędnymi narzędziami wykonawczymi dla obrony państwa. Nowy hetman Mikołaj Potocki nie dysponował już ani dostateczną siłą finansową, ani autorytetem, ani talentem militarnym mogącym uchronić państwo przed skutkami nadchodzącej rebelii Bohdana Chmielnickiego. Wkrótce po śmierci Koniecpolskiego król nagle i bez jakichkolwiek konsultacji rozpoczął przygotowania do wojny z Turcją, choć prawo ustawowe, zawarte traktaty i ogólnie szanowane zwyczaje zabraniały mu tego. Nie było żadnego centrum decyzyjnego, które mogło królowi skutecznie „dać po łapach”. W tej sytuacji większość zaprzyjaźnionych z monarchą dworzan i senatorów została wręcz zmuszona do przejścia do opozycji. Wśród nich prym wiedli pierwszy senator królestwa kasztelan krakowski Jakub Sobieski, Hieronim Radziejowski, kanclerz litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł i podkanclerzy koronny Andrzej Leszczyński. Gdy jednak oburzony tą woltą król zdespektował Jakuba Sobieskiego, ten pod wrażeniem zniewagi doznał psychicznego i fizycznego wstrząsu i wkrótce umarł. Zważywszy na fakt, że urząd kasztelana krakowskiego pełnił również hetman Stanisław Koniecpolski, śmierć jednego roku dwóch kasztelanów krakowskich była dla ciągłości władzy poważnym, choć na razie symbolicznym ostrzeżeniem. Ważniejsze było jednak powstrzymanie króla przed nieodpowiedzialnymi decyzjami. Fakt posiadania przezeń potomka – Kazimierza Zygmunta – zachęcił liczących się liderów politycznych do ataku na króla. Nie dbano o niego, skoro miał następcę. Następstwo tronu nieoficjalnie uzależniono od rozpuszczenia zaciągów zbieranych na wojnę. Schorowany król, chcąc zapewnić tron synowi uległ żądaniom poddanych. Los chciał, że rok później następca tronu zmarł, a wkrótce po nim zmarł i król. W wyniku powstania Chmielnickiego do niewoli dostali się obaj hetmani koronni – Potocki i Kalinowski. Kraj stanął przed widmem nieciągłości.

Na szczęście żyli jeszcze obaj bracia Władysława – Jan Kazimierz i Karol Ferdynand. Karola Ferdynanda popierali wszyscy ci, którzy chcieli rozprawy z buntownikami Chmielnickiego. Jednak o wyborze Jana Kazimierza przesądziło stanowisko właśnie hetmana kozackiego. W rezultacie król nie cieszył się zbyt wielkim autorytetem. Łatwo będzie opozycyjnym magnatom rzucać w przyszłości podejrzenia o to, że sprzyja buntownikom. Przez pewien czas rolę centrum decyzyjnego państwa będzie próbował spełniać kanclerz Jerzy Ossoliński, prowadzący politykę zbliżenia z kozakami. Po jego śmierci w 1650 roku górę weźmie jednak stronnictwo „jastrzębi” na czele z Jeremim Wiśniowieckim, Andrzejem Leszczyńskim i powróconym z niewoli Mikołajem Potockim. Ich tytanicznym wysiłkom Rzeczpospolita zawdzięczała przetrwanie.  Zwycięstwo beresteckie w 1651 roku było również w dużej mierze zasługą króla, który zmusił świeżo zaciągniętą armię do nowomodnych ćwiczeń i manewrów, a to dało jej przewagę nad Tatarami na polu bitwy. Niestety wkrótce po bitwie umarł zdolny wódz Jeremi Wiśniowiecki (choć pozostawił po sobie sławę i syna, który dzięki temu zostanie później królem).

Zdawało się, że niebezpieczeństwo utraty ciągłości zostało na jakiś czas odsunięte. Niestety już w następnym roku po raz pierwszy w historii uznano ważność prostestu jednego posła i sejm rozszedł się na niczym, co zagroziło ciągłości funkcjonowania najważniejszej instytucji państwa. W tymże samym roku weterani spod Beresteczka nieudolnie dowodzeni przez hetmana Kalinowskiego doznali straszliwej klęski pod Batohem. Niemal cała starszyzna oficerska została wybita do nogi. Oznaczało to groźną nieciągłość sztuki wojennej, konieczność improwizowania armii, co zostało przypłacone serią klęsk na polach wojny z Moskwą (1654) i Szwecją (1655), które zmusiły króla do emigracji.

W latach 1648-1655 nie istniało w Rzeczypospolitej centrum decyzyjne zdolne do skutecznej obrony interesów państwa. A jednak… centrum „zapasowe” istniało. Kilku magnatów nie podporządkowało się władzy Szwedów, a i nie cała Litwa znalazła się w rękach Moskwy. Prym wśród wiernych królowi wiedli Jerzy Lubomirski na Spiszu i Paweł Sapieha na Litwie. Wybijał się Jerzy Lubomirski jako  statysta doskonale wykształcony (zadbał o to ojciec Stanisław), zdolny wódz i polityk. Pierwsze lata po powrocie do kraju króla Jana Kazimierza (1656) charakteryzowały się w zasadzie zgodą i pragnieniem takiego czy innego wzmocnienia i rekonstrukcji instytucji sejmu5. Gdy jednak nie udało się w pierwszym podejściu znieść liberum veto, król – z właściwą dla swego starszego brata niekonsekwencją – zdecydował się forsować wzmocnienie stanu monarszego poprzez zniesienie wolnej elekcji na rzecz elekcji vivente rege (za życia króla). Miał w tym zamiarze trochę racji, gdyż potomstwa nie miał żadnego, a królowa Ludwika Maria nie mogła już mieć dzieci. Niestety główną metodą kaptowania stronników elekcji vivente rege były francuskie „brzęczące argumenty”, hojnie rozdzielane pomiędzy zadłużonych i zubożałych po potopie dworzan i senatorów. Opinia publiczna zawrzała. O ile w początkach panowania podejrzewano króla o sprzyjanie buntownikom Chmielnickiego, o tyle teraz dostrzeżono jawne dowody zdrady. Na czele ruchu rokoszowego stanął marszałek koronny i zarazem hetman polny Jerzy Lubomirski – możliwy kandydat do korony. Dziś już pewnie się nie dowiemy na ile Lubomirski realizował cele własne, cele ogólnopaństwowe i cele polityki habsburskiej, bo przecież to pieniądze domu rakuskiego umożliwiły mu wystawienie wojska, na czele którego uciekał przed wojskiem królewskim po terenie Rzeczypospolitej. Okazało się jednak, że Lubomirski nie jest na tyle szalony, aby obalić jedyne źródło ciągłości państwa w osobie króla Jana Kazimierza. Jak wiadomo rokosz zakończył się patem, tzn. Lubomirski ukorzył się przed królem i wybrał emigrację, zaś król – zamiast konsekwentnie realizować raz powzięte zamierzenia – niespodziewanie abdykował w 1668 roku. Zważywszy na rozpoczynającą się właśnie wojnę turecką, kraj znów stanął przed groźnym widmem nieciągłości.

Nie żył już główny adwersarz króla Jerzy Lubomirski. Wobec braku ciągłości szlachta wzięła sprawy w swoje ręce. Na polu elekcyjnym strzelano na postrach do senatorów. Zmówieni i zdeterminowani elektorzy solidarnym wrzaskiem wymusili wybór króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Nieszczęśliwie się złożyło, że w obozie francuskim pozostał błyskotliwy choć niewierny uczeń Lubomirskiego, Jan Sobieski. Mianowany przez Jana Kazimierza hetmanem polnym w miejsce po Lubomirskim, Sobieski bez wydatnej pomocy państwa ze szczupłymi siłami odparł pod Podhajcami najazd tatarski, tym samym zyskując sobie pewien autorytet. Sobieski i jego otoczenie stawało się stopniowo nowym centrum decyzyjnym państwa, usiłującym kontynuować francuską politykę Jana Kazimierza wbrew woli większości wyborców króla Wiśniowieckiego.

Tymczasem w osobie króla Michała poddani wyraźnie zademonstrowali wolę zachowania ustroju dynastii elekcyjnej. Rodzina Wiśniowieckich wywodziła swój rodowód od wielkiego Giedymina, od którego również wywodzili się Jagiellonowie i – po kądzieli – Wazowie. Michał nie był człowiekiem błyskotliwym, ale jego najgorszą wadą okazało się krótkie życie. W ciągu swego panowania obrzucany był przez stronników Sobieskiego wyzwiskami i karykaturalnymi pomówieniami, które w historii Polski musieli później niewinnie ścierpieć tylko dwaj politycy, a mianowicie Gabriel Narutowicz i Lech Kaczyński. Jeżeli król Michał miał jakiekolwiek poważniejsze zamierzenia polityczne, to udręki panowania i szybka śmierć nie pozwoliły mu ich zrealizować.

Opromieniony zwycięstwem chocimskim Sobieski zdawał się być naturalnym kandydatem do tronu. Z perspektywy czasu sądzimy jednak, że lepiej by zrobił, gdyby pozostał w roli centrum decyzyjnego, stojącego za plecami kolejnego elekta i organizującego polityczne zaplecze dla ochrony długofalowej racji stanu. Jan III wolał jednak złudny splendor korony. Być może wierzył, że będzie się cieszył większym szacunkiem elity, niż jego poprzednik – lecz srodze się na tym zawiódł. Miał liczne potomstwo. Cieszył się długim życiem i do czasu także żelaznym zdrowiem. Niestety nie był dostatecznie – w oczach poddanych – konsekwentny w swojej polityce. Nie zdołał ani stworzyć oddanego sobie stronnictwa, ani nie utworzył centrum decyzyjnego, które mogłoby po jego śmierci przeprowadzić elekcję syna Jakuba na króla Polski. Konieczna, lecz długotrwała wojna z Turcją wyczerpała państwo finansowo i gospodarczo, rozklekotał się ustrój, do czego sam król walnie się przyczynił, nie raz i nie dwa rozrywając sejm (poprzez zaufanych lub przekupionych posłów), byle tylko nie dopuścić do doraźnych zwycięstw opozycji. Pod koniec życia doszło też do żenujących kłótni między nim a Marią Kazimierą, w rezultacie czego zniechęcona szlachta oddaliła na polu elekcyjnym pretensje królewiczów do tronu. Prawda, że po śmierci króla istniał ośrodek władzy zdolny do obrony strategii długiego trwania – było nim litewskie stronnictwo Sapiehów. Nie udało im się jednak przeforsować kandydatury Contiego na króla i królem został August II Sas. Hetman Jabłonowski próbował wprawdzie pełnić rolę centrum decyzyjnego, ale był już stary i umarł. Sapiehowie zostali skutecznie unieszkodliwieni przez zbuntowaną (z poparciem króla) szlachtę litewską.

A co było dalej? Koszty funkcjonowania bez centrum decyzyjnego były wysokie; przede wszystkim będzie to protekcja rosyjska. Próby kontynuowania elekcyjnej dynastii saskiej podejmowane po śmierci Augusta III nie powiodą się przede wszystkim z powodu słabości samych Sasów, którzy obawiali się konfliktu z Rosją. Stanisław August potomstwa nie posiadał. Władza hetmańska bez wojska była fikcją. Kto miał obronić ciągłość legalnych władz Rzeczypospolitej?

Można powiedzieć, że po śmierci Władysława IV Rzeczpospolita nie stworzyła skutecznie działającego ośrodka decyzyjnego, zdolnego zachować ciągłość polityki państwa. Wobec zawalenia się ustroju dynastii elekcyjnej wprowadziło to ją w stan cyklicznej niestabilności i nieciągłości. Przyczyną tego stanu rzeczy nie była jednak zasada wolnej elekcji – która dawała władcom możliwość samodoskonalenia się w ogniu krytyki poddanych – lecz niezdolność Władysława IV, Jana Kazimierza, Michała Wiśniowieckiego i Jana Sobieskiego do pozostawienia po sobie lojalnych i skutecznych wykonawców testamentu.

Historia centrów decyzyjnych Rzeczypospolitej jest dla nas groźną lekcją, wskazującą na to, że nie jest możliwe długie trwanie państwa bez instytucji zachowania ciągłości jego polityki. W tym kontekście dymisja Mariusza Kamińskiego ze stanowiska szefa CBA, w połączeniu nie z jedną ale z dwoma katastrofami lotniczymi (katastrofa samolotu CASA z oficerami lotnictwa na pokładzie i katastrofa smoleńska) i wyginięciem wyższej elity dowódczej WP źle wróży dla naszej przyszłości. To jeszcze nie Batoh, ale sytuacja jest groźna, bowiem obecnie o wiele trudniej jest uzyskać kwalifikacje oficerskie niż w 1652 roku. Zadaniem na dziś jest przywrócenie ciągłości polityki państwa. Gdyby powołanie takie nowego centrum decyzyjnego okazało się niemożliwe, obywatele – wzorem przodków na polu elekcyjnym 1668 roku – powinni wziąć sprawy w swoje ręce.

Jakub Brodacki

1Por. Stanisław Żółkiewski, Początek i progres wojny moskiewskiej, Kraków 1998, s. 55; Diariusz drogi króla JM Zygmunta III od szczęśliwego wyjazdu z Wilna pod Smoleńsk w roku 1609 a die 18 augusta i fortunnego powodzenia przez lat dwie do wzięcia zamku smoleńska w roku 1611, Wrocław 1999, s. 42-44.

2Patrz Leszek Kieniewicz, Senat za Stefana Batorego, Warszawa 2000, s. 163.

3Jan Dzięgielewski, Sejmy elekcyjne, elektorzy, elekcje 1573-1674, Pułtusk 2003, s. 173.

4Temat ten szerzej omówiłem w artykule, Czy Stanisław Koniecpolski był autorem Dyskursu o zniesieniu Tatarów krymskich i lidze z Moskwą? , w: „Materiały do historii wojskowości” Nr 3 Cz. I.

5Zagadnienie to można dobrze obserwować dzięki wybitnej pracy Stefanii Ochmann-Staniszewskiej i Zdzisława Staniszewskiego pt. Sejm Rzeczypospolitej za panowania Jana kazimierza Wazy. Prawo-doktryna-praktyka, Wrocław 2000 t. 1-2.

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.