Biurokracja a kwestia kobieca

Nie słuchałeś szeptu – posłuchasz krzyku (stara mądrość ludowa).

Pewna pani była niesłychanie ambitna i wymagająca. Tak ambitna i wymagająca, że nigdy nie mogła sobie znaleźć takiego mężczyzny, który by dla niej stanowił oparcie. Na ogół zaś trafiała na takich, jak ten, który zostawił ją, samotną, z dzieckiem.

Jegomość ten byłby świetnym kandydatem na samca alfa, ponieważ swoje geny rozsiał w kilkudziesięciu różnych ogniskach domowych, absolutnie nie interesując się losem swoich dzieci. Naturalnie większość pań, które obdarzał swoim cennym dziedzictwem pokoleniowym, była na tyle ambitna i miała na tyle oleju w głowie, aby ciążę donosić, dziecko urodzić, a następnie wychować, bez względu na koszty. Inna opcja – samobójstwo czy aborcja – po prostu nie wchodziły w grę. Te ambitne panie zbyt dobrze zdawały sobie sprawę, że taki pajac jak ów samiec alfa, nie może być dla nich przeszkodą w rozwoju życiowym.

Nie ulega zresztą wątpliwości, że posiadanie własnego dziecka – szczególnie chłopca – stanowiło dla każdej z tych pań ogromne oparcie i uzasadnienie dalszej egzystencji. Wina była błogosławiona, a pozycja samotnej niewiasty z dzieckiem nie była znowu taka niska, biorąc pod uwagę otwierające się na przełomie wieków perspektywy.

Co prawda Republika Koleżków (w przeciwieństwie do Republiki Francuskiej) nie zapewniała ani darmowych mieszkań ani stypendiów, ale dobrze ustawiona kobieta z elity zawsze znajdzie sobie jakąś pracę w urzędzie. Reguła ta działała zarówno na szczeblu gminnym (gdzie elitę stanowiła rozległa rodzina aktualnego wójta), jak i na szczeblu centralnym, gdzie elita definiowała się na zasadzie testów IQ, ukończonych fakultetów i politycznie poprawnego światopoglądu. Aże Republika Koleżków utrzymywała liczbę urzędników na stale rosnącym poziomie, więc nasza bohaterka łatwo znalazła sobie odpowiedzialną i adekwatną do jej kwalifikacji posadę urzędową.

Jakkolwiek nikt takich badań nie przeprowadził, wydaje się jednak pewne, że takich pań funkcjonuje w samej tylko stolicy Republiki Koleżków co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Pełnią one najróżniejsze funkcje: od urzędniczek pocztowych, policyjnych i bankowych przez wyższych urzędników czy nawet dygnitarzy. Otacza je jeszcze liczniejszy wianuszek kobiet, które szczęśliwie mężów mają, ale swoje samotne koleżanki w pełni rozumieją, akceptują i wspierają, jak to między wyrozumiałymi paniami przecież bywa. Wynika to głównie z tej przyczyny, że owe mężatki pochodzą z kolei z rodzin byłych milicjantów i wojskowych, toteż czują się stale zagrożone przez obskurnych faszystów. Chętnie więc włączają do swego grona osoby potencjalnie wykluczone, oczywiście w rozsądnych granicach.

Gdy więc na horyzoncie pojawiło się silne ugrupowanie polityczne, głoszące hasła konserwatywnej rodziny i jednocześnie wzywające do skruszenia istniejącej biurokracji jako postkomunistycznej, postmilicyjnej i postwojskowej, na pierwszy front walki z wrogiem posłane zostały właśnie samotne matki. Miały one bowiem najwięcej do stracenia. Opanowanie biur i urzędów przez obskurnych faszystów (którzy nie używali dezodorantów i golili się tylko raz na tydzień) oznaczało albo konieczność pogodzenia się ze smrodem, albo utratę pracy. Samotne matki były przekonane, że ich los zależy od tego czy uda się faszystów pokonać, toteż zgodnie z kobiecą naturą oddały się swej misji namiętnie i z pełnym poświęceniem.

Prawdziwy problem polegał na tym, że jedyne ugrupowanie polityczne, które mogło przeciwstawić się faszystom, składało się niemal wyłącznie z owych samców alfa, którzy rozsiewali swoje cenne zasoby na żyznej glebie gdzie popadnie. Kolejny problem polegał na tym, że owi samcy alfa tak byli przejęci swoją misją rozsiewania genów, że pozbawiali swoje mózgi cennych składników odżywczych niczym pewien gatunek szczura, który wpada raz w roku przez jeden dzień w taką chcicę, że brutalnie wywleka z nor wszystkie samiczki, a po całym dniu łajdactwa pada z wycieńczenia niczym wypompowany z wody skórzany bukłak. Brak tych składników odżywczych w mózgach zmuszał ich do szukania błyskawicznych źródeł finansowania, bo do żadnej pracy twórczej nie byli po prostu zdolni. Nawet pospolite złodziejstwa nie wchodziły w grę, bo do tego żeby się gdzieś włamać, trzeba używać mózgu, a nie innej części ciała; podobnie napady bandyckie były dla tych wycieńczonych chucią nieszczęśników zbyt trudne – do tego trzeba mieć przecież jakąś tam kondycję.

Naturalnie tym co pchało samców alfa do polityki nie była wyłącznie chuć, lecz także kajdany, które na nich ta chuć nałożyła. Niektóre z samotnych matek, które obdarzyli swoimi genami, nie były tak dumne i tak ambitne, aby pogardzić alimentami; powiem szczerze, że były to raczej istoty niezdolne do samodzielnej egzystencji i jakiejkolwiek kariery, natomiast niezwykle mściwe i złośliwe. Ponieważ samcom alfa groziło bankructwo, a banki i lombardy w końcu zaczęły im odmawiać kredytów, samcy alfa brali się za politykę. Tu możliwości były ogromne. Można było na przykład dostać szybką łapówkę za zawarcie niekorzystnego kontraktu gazowego z Septentrionami albo za prywatyzację Azotów Tarnów. Można było w nieskończoność wyłudzać pieniądze od Unii Kosmejskiej i wydawać je na tak zwane autostrady oraz tak zwane stadiony. Ilość rzeczy, które można było wyżebrać od innych lub wynieść z ojczystego domu i sprzedać na targu szarzyzną była ciągle ogromna lub wręcz niezliczona (podobnie zdawało się XIX-wiecznym przemysłowcom, którzy sądzili, że zasoby surowcowe całej ziemi są praktycznie nieograniczone).

Wróćmy jednak do głównego wątku. Otóż w partii rządowej zagęszczenie samców alfa osiągnęło stopień absolutnie nieznośny, a tymczasem los samotnych matek na urzędach był właśnie w ich rękach. Co więcej, polityka samców alfa doszła do punktu kulminacyjnego podczas tak zwanych „wypadków smoleńskich”. Ponieważ nasze samotne matki były osobami na ogół zdrowymi na umyśle, a do tego przytomnymi i inteligentnymi, nie uszło ich uwadze, że wszystkie wysiłki samców alfa zmierzają do przykrycia wypadków smoleńskich grubym pudrem kłamstwa. Było to naturalnie obrzydliwe i niegodziwe, ale przecież dzieciaka trzeba było posłać do szkoły i zapewnić jakie takie wykształcenie. Każda z tych samotnych matek miała zresztą nadzieję, że jej Piotruś, Adaś czy inny Franek spłaci dług, który ona zaciągnęła wobec społeczeństwa, pomnoży bogactwo kraju, zbuduje jego potęgę i w sumie cała ta głupia wpadka stanie się winą naprawdę bardzo błogosławioną. Przekonane o tej dziejowej konieczności, wzorem strusia schowały głowę w piasek i wystawiły na widok inną część ciała, naturalnie w sensie metaforycznym, albowiem w sprawach obyczajowych zachowywały się nadzwyczaj skromnie.

Gdy więc ktokolwiek twierdził, że katastrofa smoleńska musi zostać rozliczona, one z twarzami pokerzysty twierdziły, że jest to teoria spiskowa i że są ważniejsze sprawy, wokół których elita powinna skupić swoje wysiłki. Często przy tym mówiły rzeczy mądre i słuszne, ot choćby i to, że trzeba walczyć o dywersyfikację dostaw gazu, że trzeba odbudować przemysł i infrastrukturę. We własnym sumieniu postępowały zresztą zupełnie przyzwoicie, dokładając na swoich stanowiskach wszelkich starań w tym kierunku. Niestety dziwnym trafem ich wysiłki grzęzły gdzieś w biurze podawczym kancelarii prezesa rady ministrów, albo pro forma były wpisywane do jakichś założeń strategicznych, których nikt z rządu nie czytał i nawet nie próbował realizować. Nasze samotne matki nie umiały sobie wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje. Były przekonane, że to jakaś niekompetencja, że to brak edukacji, że to niedostateczne środki unijne na szkolenie urzędników, jednym słowem całkowicie ignorowały regułę brzytwy Ockhama, zapewne dlatego, że cięcie brzytwą jest po prostu bardzo bolesne.

Czasami jednak niejasny niepokój egzystencjalny skłaniał je do większej dbałości o wychowanie dziecka, które miało być przecież dumą i odkupieniem matki, przyszłością narodu. To znerwicowane dziecko, które chodziło do elitarnej szkoły gdzie zajęcia prowadzono po angielsku, a po szkole jeszcze na trzy kursy językowe, basen, tenis, kung-fu i przesiadywało w kółko przed komputerem, nie marzyło o niczym innym, jak tylko wyrwać się z rąk czułej, ale bardzo zaborczej matki i wyjechać jak najdalej z tego cholernego kraju, gdzie wszystko jest postawione na głowie. Z biegiem lat z coraz większą pogardą myślało o kobietach, coraz bardziej dochodząc do przekonania, że są to istoty delikatnie mówiąc niedoskonałe, ale z jakichś powodów niezbędnie potrzebne, w czym utwierdzali go ci wszyscy początkujący samcy alfa, którzy razem z nim uczęszczali do owej elitarnej szkoły dla nadludzi. Tak, ów Adaś, Piotruś czy Franek, miał swój własny program naprawczy i polegał on przede wszystkim na tym, aby kobiet mieć możliwie jak najwięcej i w jak najlepszym gatunku, choć trzeba przyznać, że coraz chętniej wchłaniany alkohol nieco rozmywał kontury koleżanek, sprawiając, że nawet najbrzydsze i najgłupsze stawały się o wiele bardziej przystojne i godne pożądania.

Wszystko to jednak działo się o wiele później i stanowiło oczywiście dla każdej samotnej matki powód do skrytej dumy z powodu nadzwyczajnego powodzenia, jakim cieszy się jej chłopiec. Wcześniej jednak, zanim doszło do odtworzenia się całego systemu obiegu genów, samotne matki musiały włożyć wiele wysiłku w to, aby faszyści nigdy nie doszli do władzy. Gdy więc owi śmierdzący i nieogoleni, i wiecznie niezadowoleni ludzie wyszli na ulice, niejedna samotna matka obserwując zza biurka wydarzenia uliczne, wysyłała przeciw nim policję i nakazywała strzelać. To z polecenia niejednej samotnej matki w wielu środowiskach faszystów instalowano tajnych współpracowników, których zadaniem było ludzi skłócać lub na odwrót – jednoczyć – gdy tylko było to potrzebne, prowokować lub wyciszać. Niejedno skrytobójstwo czy przetrzymywanie w aresztach bez wyroku albo wsadzanie na przymusowe badania psychiatryczne odbywało się z polecenia samotnych matek. Faszyści cierpieli i było to dobre. Albowiem dzięki temu samotna matka mogła wychować swojego syna i dzięki niemu uratować przyszłość narodu.

Przyszedł jednak kiedyś taki dzień, że brudni i nieogoleni barbarzyńcy wtargnęli do biur rządowych, powywracali biurka, dokonali kilku samosądów i ogólnie na wiele tygodni wprowadzili mnóstwo zamieszania. Nasza samotna matka znalazła się w więzieniu, a jej dorastający synek uciekł za granicę, gdzie rozpoczął realizację swojego programu naprawczego i nigdy więcej do Ojczyzny nie powrócił. Ponieważ samotna matka od dawna postulowała, aby cele w więzieniach były koedukacyjne, więc zamknięto ją razem z tym samym samcem alfa, od którego cała historia się rozpoczęła, to znaczy z ojcem jej ukochanego syna. Początkowo wcale się do siebie nie odzywali, ale z czasem okazało się, że cierpią z rąk faszystów tę samą niedolę.

– To jest dziki kraj – wyjaśnił jej samiec alfa – zamknęli mnie za to, że próbowałem się dorobić.

– To prawda, to dziki kraj – westchnęła i poczuła nagle, że jest jej bardzo bliski – mnie zamknęli za to, że służyłam mojemu krajowi.

Rozpłakali się, przytulili i przyrzekli sobie, że gdy tylko minie czas dyktatury, będą walczyli o to, aby wszyscy co do ostatniego funkcjonariusze faszystowskiego reżimu zostali schwytani i osądzeni.

 

Jakub Brodacki

 

Opowiadanie jest nagromadzeniem oczywistych absurdów, które nigdy nie miały miejsca, a wszelkie postawione tutaj tezy są wyłącznie płodem chorej wyobraźni autora. Jednak jeśli ktokolwiek z czytelników chce odnieść tutaj zawarte fantazje do swojego własnego otoczenia lub też wyobrazić sobie systemowe działanie rządów w Republice Koleżków, autor nie ma nic przeciwko temu.

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.