Anty-fejk: zatrzymać mamrotaną propagandę!

Pod moim ostatnim wpisem wywiązała się dyskusja nie całkiem na temat, ale bardzo interesująca, bujająca gdzieś między obłokiem „mieć”, a obłokiem „być” oraz chmurkami „handel” czy „instytucja charytatywna”. Myślę, że wbrew pozorom wszystko to da się połączyć w jedną całość.

(blog-n-roll.pl, 7.10.2015)

Na portalu blog-n-roll.pl wielokrotnie pojawiają się, pojawiały i będą pojawiać fejki wyprodukowane przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Każdy z nas padł ich ofiarą i zapewne niejeden raz puściliśmy je w obieg w dobrej wierze. Pojawiają się też informacje prawdziwe, ale tak zredagowane, abyśmy nie zwracali uwagi na rzeczy ważne. Towarzysz Putin wyprzedza świat zachodni o kilka długości w zakresie polityki informacyjnej, a cechy szczególne internetu Rosjanie potrafią wykorzystać w sposób niemal perfekcyjny. Putinowskie trolle mają do dyspozycji prawdopodobnie setki, jeśli nie tysiące widmowych portali bogato zaopatrzonych w „informacje” i sprawiających wrażenie autentycznych, obywatelskich inicjatyw. Teraz wystarczy już tylko wejść na jakiś popularny portal zachodni i linkować, linkować, jeszcze raz linkować. Bo linkowanie to – jak bibliografia książkowa – „dowód” wiarygodności. Potem niech jeszcze zacytują nas mainstreamowi dziennikarze, by informacja się „utwierdziła” i „utrwaliła”. Następnie można już linkować do tekstu czy materiału audiowizualnego znanego dziennikarza… Buduje się wielopiętrowy i wieloskrzydłowy gmach kłamstwa.

Straty wynikające z wchłaniania przez internautów i telemaniaków fałszywych informacji liczą się w miliardach dolarów, w utraconych terytoriach, w zabitych, rannych, chorych i nieszczęśliwych tysiącach ludzi. Dowodnym przykładem Donbas, skutecznie ogłupiony wizją rosyjskiego raju szczęśliwości płaci dziś słoną cenę za codzienne wchłanianie gigantycznego kłamstwa.

Z badań politologicznych wynika, że politycy i massmedia rzadko kiedy potrafią ludzi przekonać do zmiany poglądów. Natomiast bez trudu potrafią ich skłonić, by jakieś tematy uważali za ważne i o nich pytlowali w sklepie, na ulicy, w metrze, w łóżku i przed telewizorem. „Kochających inaczej” (czyli miłośników Rosji) trudno przekonać do zmiany poglądów. Można jednak należycie doinformować niezdecydowanych, wątpiących, a także tych wszystkich, których warto informować. W razie poważnego konfliktu, przeciwnicy Rosji będą lepiej doinformowani i trudniejsi do manipulacji przez przeciwnika. To zaś przekłada się na lepiej zorganizowany opór, osłabia wolę miłośników Rosji i zwiększa koszty Nieprzyjaciela.

Rynek jest perspektywiczny

Nasz świat stanął na krawędzi chaosu. Tematyka budząca największe obecnie emocje będzie je budziła dalej przez najbliższych kilka lat. Mam na myśli napływ tzw. „imigrantów” oraz najazd Rosji na Ukrainę. Jest to więc rynek perspektywiczny. Ludzie poszukują informacji z Bliskiego Wschodu i z wschodniej części Międzymorza. W przeważającej części otrzymują jednak informacje spreparowane w taki sposób, aby zniechęcić do pogłębiania wiedzy na ten temat. Debatujemy w internecie na poziomie prostych emocji, nie wiedzy. Natomiast osoby poszukujące wiedzy, trafiają zwykle na barierę uczoności, tworzoną przez świat akademicki, oraz na barierę językową. Wielu z nas nie ma podstawowej znajomości języka rosyjskiego czy ukraińskiego, a o językach orientalnych już nie wspominam. Często też bariera uczoności wykorzystywana jest do tworzenia szkodliwej ideologii. Genderyzm powstał przecież na bazie interesujących badań antropologicznych, potraktowanych jednak jako wiedza objawiona. Prosty dostęp do źródeł jest zawsze lepszy, niż czytanie opracowań!

Perspektywiczny rynek informacyjny zostaje zwykle zajęty przez główne mediodajnie. Ma jednak swoje nisze, których poszukują osoby bardziej dociekliwe, młode duchem lub ciałem, nieco zbuntowane. Tę niszę warto wypełnić i nie można wykluczyć, że może to być także źródło zarobków. O pieniądzach jednak nie piszę, bo na ich pozyskiwaniu zwyczajnie się nie znam. Być może dałoby się na ten projekt pozyskać pieniądze unijne.

Mamrotana propaganda

Stopfake.org to jedna z powstałych po kijowskim majdanie instytucji państwa obywatelskiego, prowadząca wojnę z nieprawdziwymi informacjami putinowskiej propagandy. Naturalnie, Ukraińcom jest w pewnym sensie „łatwiej”. Agresja na ich kraj jest jawna i bezpośrednia, nienawiść wobec Rosjan jest czymś oczywistym. A ponieważ główne ostrze propagandy Putina jest skierowane przeciw Ukrainie, Ukraińcy nie mają też problemu z rozpoznawaniem głównych narracji propagandowych, ani też specjalnych oporów, aby je ujawniać, piętnować i ośmieszać.

W Polsce sytuacja jest o tyle trudniejsza, że propaganda antypolska jest w gruncie rzeczy wyciszona, szemrana, mamrotana pod nosem, przemycana w informacjach pozornie niezwiązanych z Rosją czy Ukrainą. Rosjanie próbują rozmawiać z poszczególnymi grupami społecznymi w Polsce, używając różnych zestawów argumentów, różnych narracji, prowadzą na nas gigantyczny eksperyment badawczy, badają nasze reakcje. W głównym nurcie ta propaganda wygląda tak: czasami się przymilają, innym razem znów lekceważą, czasem straszą banderowcami, innym znów razem sami srożą się i grożą bezpośrednim atakiem na Polskę. Standardowo zmierzają także do zepchnięcia Polski na boczny tor międzynarodowej polityki, do jej osaczenia, a przynajmniej wywołania wrażenia, że Polska jest sama i słaba, że wokoło czyhają na nią same zagrożenia, z których zagrożenie rosyjskie jest stosunkowo najbardziej europejskie i ucywilizowane, a więc poniekąd akceptowalne.

Jednak znacznie groźniejszy jest drugi nurt rosyjskiej propagandy, który nazwałem właśnie „szemranym” czy „mamrotanym pod nosem”. Wszystko to, czego dowiadujemy się o inwazji uchodźców na Europę, jest spreparowane w duchu „walki cywilizacji” Huntingtona lub Konecznego. Prawda szczegółowa gubi się w oceanie ogólnikowej ideologii.

Jest rzeczą niewątpliwie trudną wyłapywać szemraną, rosyjską propagandę, nie znając otwartej propagandy, stosowanej przez Rosję na Ukrainie. Często się nam zdaje, że rozumiemy, co Rosjanie do nas mówią, podczas gdy w zestawieniu z narracją stosowaną na Ukrainie, te same słowa nabierają zupełnie innego znaczenia. Potrzebne jest rozkodowanie rosyjskiej propagandy w Polsce.

Anty-fejk

Istnieją dwa warianty. Albo przyłączyć się – o ile to możliwe – do inicjatywy stopfake.org. Daje to tę korzyść, że łatwo jest korzystać z cudzej pracy i po prostu ją tłumaczyć na bieżąco na język polski. Wadą jest to, że możemy zostać potraktowani, jako komórka ukraińskich służb specjalnych. Inną wadą jest to, że między nami a Ukraińcami może zaistnieć typowy „brak chemii” i współpraca może się nie udać.

Wariant drugi zakłada powołanie własnej instytucji anty-fejkowej. Zamiast więc tworzyć polską wersję stopfake.org, należałoby stworzyć coś oryginalnie polskiego. W zasadzie można sobie wyobrazić dwa kierunki działania anty-fejka: międzymorski i bliskowschodni. O tym ostatnim mam niewielkie pojęcie, więc powiem krótko o międzymorskim.

Kierunek „międzymorski” to rozkodowanie wszystkich mitów tworzonych na obszarze Międzymorza, a zwłaszcza na Ukrainie. Przykładowo, w sierpniu pojawił się fejk, że Unia Europejska włączy Ukrainę na listę państw, które mają przyjąć imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Rozumie się wielopoziomowość tego kłamstwa:

1. nie wspomina się w nim, że napływ imigrantów jest na rękę przede wszystkim Putinowi, a kraje zachodnie dały się wmanewrować rosyjskiemu dyktatorowi i jego przyjaciołom w politycznie poprawną ideologię;

2. dezawuuje się przynależność Ukrainy do UE;

3. straszy się inwazją czarnych, podczas gdy głównym problemem Ukrainy są ciągle „zielone ludziki”.

Inny fejk wykorzystywał z kolei tylekroć chwaloną na tym portalu politykę Wiktora Orbana. Węgry miały jakoby wystąpić do sądu międzynarodowego ONZ o zwrot terytoriów utraconych podczas I i II Wojny Światowej. Sugestywna mapka pokazywała, że chciwy Orban chce utuczyć terytorium węgierskie kosztem wszystkich swoich sąsiadów, łącznie ze Słowacją, Austrią, Słowienią, Chorwacją i Serbią, a o Ukrainie i Rumunii już nie wspominając. Ten fejk znowu miał charakter wielopoziomowy i wieloskrzydłowy. Po pierwsze miał on uzasadniać dokonane de facto zmiany granic Ukrainy (zabór Krymu i Donbasu). Po drugie miał pokazać Wiktora Orbana w świetle złym lub dobrym – w zależności od odbiorcy. Dla przyjaciół Ukrainy fejk byłby jeszcze jednym potwierdzeniem, że „temu panu już dziękujemy”. Dla wielbicieli węgierskiego reformatora byłby to przykład prawidłowego rozumienia interesu narodowego. Dla krajów sąsiadujących z Węgrami byłoby to ostrzeżenie. Fejk zmierzał w tym kierunku, aby Wiktora Orbana otoczyć nieprzyjaznymi spojrzeniami i doprowadzić do izolacji Węgier, wpychając je w ramiona Putina.

Te przykłady pokazują, że Ukraińcy robią połowę tej roboty, której my potrzebujemy i być może najlepszy byłby wariant pośredni: część fejków cytujemy ze strony stopfake.org (do czego zawsze mamy prawo, dokonując wyboru fejków dla naszych potrzeb), a część fejków wyszukujemy sami, starając się:
1. badać jakich ewolucji dokonuje rosyjska propaganda, gdy przemawia do Ukraińców, a jakich – gdy przemawia do Polaków;
2. dowiedzieć w jaki sposób fejki są przemycane do głównych mediodajni w Polsce (w tym tzw. prawicowych);
3. tworzyć „statystyki fejkowalności” konkretnych portali internetowych i konkretnych dziennikarzy.
4. nauczyć się rozróżniać fejki „gołe”, widoczne na pierwszy rzut oka, od fejków „szemranych” i „mamrotanych” (przykładowy fejk mamrotany: http://blog-n-roll.pl/pl/putin-huj%C5%82o-czyli-dyplomatyczny-skandal-na-warszawskich-salonach-rmf24pl )
Badania te mogą przybrać postać dorocznego raportu obywatelskiego, który z czasem może się stać cenionym i poszukiwanym dokumentem w obronie wolności słowa w Polsce.

Jakub Brodacki

ps. właśnie w tej chwili przeczytałem na niezalezna.pl kolejny wariant „zgwałconej przez imigrantów aktywistki”. Tym razem miało się to stać nie w Polsce, ale na granicy Francji i Włoch. Niezalezna.pl wzięła „niusa” z portalu, który na pierwszy rzut oka w ogóle nie zasługuje na cytowanie.

Otagowany .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.