Wojownik sarmacki

wojownik sarmackiOjczyzna daleko, ocalenie i honor przed nami, wstyd i zguba za nami!

Tak właśnie brzmieć miały słowa Jana Piotra Sapiehy pod Rachmańcami 2 października 1608 roku, gdy na galopującym koniu, raniony w twarz i z orężem w dłoni dopadł swoich dwóch odwodowych chorągwii husarskich i dwóch petyhorskich, wzywając ich, aby natychmiast ruszyli do szarży. Chwila była doprawdy odpowiednia, bo w bitwie toczonej z wojskami moskiewskimi kniazia Iwana Szujskiego, wszystko szło na przekór zamiarom litewskiego wodza. Naprzód walczący po jego stronie Moskale dowodzeni przez Aleksandra Lissowskiego „nie potkawszy się, tył podali”. Potem lekka jazda (tzw. „kozacka”) trzy godziny strzelała się z nieprzyjacielem i ścierała wręcz, mając „szczęście jednakie” i nawzajem się „wspierając po dwakroć”. Ale nieprzyjaciel przeważał liczebnie. Gdy Iwan Szujski uderzył po raz trzeci, nastąpił kryzys morale. Lekka jazda zaczęła ustępować z pola, a roty petyhorskie, posłane w posiłku, nawet nie starły się z nieprzyjacielem i także zaczęły ustępować. Ruszył się więc i pułk Wilamowskiego z prawego skrzydła, lecz i oni bez starcia z wrogiem „tył podali, że aż za chorągwiami jego mości [pana Sapiehy] ledwie się pozostali”.

Widząc tę bezwstydną rejteradę, Sapieha pchnął swój doborowy odwód. Widząc to pozostała część wojska odzyskała animusz i sytuacja została uratowana. Wojska Szujskiego nie wytrzymały impetu szarży połączonych sił Sapiehy, które uciekających Moskali ścigały cztery mile, bijąc i siekąc. Jak podaje autor dziennika bojowego sapieżyńców, wielu moskiewskich rotmistrzów wzięto do niewoli, a wśród jeńców byli nie tylko Węgrzy i Niemcy, ale nawet (o zgrozo) najemni Polacy, którzy mieli swoją chorągiew i moskiewskiego rotmistrza!

Najwidoczniej car Wasyl Szujski nie żałował grosza bezwstydnikom. A miał tego grosza skarbiec moskiewski ciągle jeszcze spore zasoby. Położona na północ od Moskwy Ławra Troicka w Siergiejewie słynęła bowiem nie tylko z cieszącego się czcią wiernych grobu swego założyciela, mnicha Sergiusza, lecz także z legendarnych wotów dziękczynnych pieczołowicie przechowywanych w monasterze przez tamtejszych czerńców (prawosławnych „mnichów”). Większość wojska Sapiehy była zapewne najgłębiej zainteresowana łupami, ale sam wódz litewski miał na oku ważniejsze cele. Zdobycie Ławry oznaczałoby ostateczne odcięcie Moskwy od dostaw żywności z północy, gdyż od południa szlaków pilnował już książę Roman Rużyński ze swoimi dzielnymi pułkami (patrz mój tekst Pijany Hannibal).

Sapieha pod Ławrą

Niedługo po bitwie pod Rachmańcami Sapieha podszedł pod mury Ławry, którą należało zdobyć. Jakoż i nazajutrz po bitwie pod Rachmańcami przed samym wieczorem zatoczono pod murami Siergiejewa dwa działa, z których strzelono do monasteru, „czerńcom na dobrą noc”.

Pod murami tej fortecy Sapieha spędzi wiele miesięcy, lecz nie bezowocnych. W samej stolicy moskiewskiej bojarzy cisnęli cara Szujskiego, aby się z „Litwą pojednał, albo więc państwa im ustąpił”, ale car wybłagał, aby stolicy nie poddawali. A więc dzień po dniu morale Moskwy systematycznie słabło, choć stolica ciągle pozostawała niezdobyta. Poddało się natomiast miasto Rostów, wraz z przebiegłym swym metropolitą, Filaretem Romanowem, ojcem przyszłego cara Michała. Również i Jarosław, Uhlicz, Włodzimierz, Perejasław, Wołogda, Suzdal, Galicz – czyli miasta na północ i wschód od Moskwy – uznały władzę Dymitra Samozwańca II (przy okazji wyzwolono też trzymanych w niewoli w Galiczu kilkuset znacznych Polaków). Miasta te co prawda potem wracały pod władzę Szujskiego, lecz i Sapieha nie próżnował, bijąc owych „zmienników” (zdrajców) niemal zawsze zwycięsko, a wyróżniał się w tych bojach Aleksander Lissowski.

Co kilka dni, a nieraz i codzień także i czerńcy siergiejewscy pod wodzą kniazia Grzegorza Dołgorukiego, Aleksandra Gołochwastowa i archimandryty („opata”) Joasafa urządzali wycieczki za mury, przede wszystkim po drewno, bo styczeń 1609 roku do ciepłych nie należał. Ich sytuację pogorszyło też przybycie w mury fortecy okolicznej ludności, która cierpieć będzie głód, zimno i zarazę, jednak jęk, płacz i narzekania nie obchodziły dowódców, którzy woleli narazić ludność, niżeli sprzeciwić się woli cara Szujskiego. Sapieha strzelał z dział, lecz na próżno – kaliber ich był zbyt mały, aby przebić potężne mury. Dwa szturmy jesienne 1608 roku nie przyniosły efektu; oblężeńcy kopali tunele pod murami i porywali Litwinów z okopów, wywiadując się o kopanych minach. Sapieha zacisnął pierścień oblężenia, odcinając oblężeńców od wody, co wywołało bunt i ucieczkę znacznej części załogi. Ci którzy pozostali na murach, byli niemal zawsze pijani od gorzałki; nie stronili od wódki także i sami dowódcy, którzy „ni o czym nie myślą, tylko piją dzień w dzień. Zawsze pijani”.

Z nadejściem zimy ustały szturmy, więc i moskiewska załoga poczuła się raźniejszą. Wnet sięgnięto do spichlerzy, a że w fortecy niemało wciąż było młodych dziewcząt, bawiono się w najlepsze, przez co wkrótce syfilis zebrał swoje okrutne żniwo. Również i szkorbut kosił Moskali bez litości. Żarty, hulanki i swawole zmieniły się w ogólną rozpacz, gdy grzebano dziennie 30 do 40 ludzi, a jęki konających rozlegały się wokoło.

Upór obrońców doprowadził ich do ściany, za którą nie było innego wyjścia jak bić się do ostatka. Zgodnie z ówczesnym obyczajem wojennym forteca, która biła się długo i dawała we znaki oblegającym, nie mogła liczyć na litość zarówno w przypadku zdobycia, jak i nawet honorowej kapitulacji, gdyż rozwścieczonego wojska nie powstrzymałby przed dokonaniem rzezi nawet najlepszy dowódca. Co gorsza czas grał na niekorzyść Sapiehy. Car Szujski zawarł sojusz z uzurpatorem szwedzkiego tronu, Karolem IX Sudermańskim, który wysłał mu z pomocą liczne wojska pod dowództwem Jakuba Pontusa de la Gardie. Aleksander Zborowski odnosił wprawdzie nad nimi zrazu zwycięstwa, lecz nieprzyjaciel był coraz liczniejszy. W czerwcu 1609 roku Sapieżyńcy ruszyli więc do trzeciego już szturmu na Siergiejewo, jednak bez skutku. 7 sierpnia po raz ostatni spróbowano szczęścia, ale na niebie ukazały się świetlne zjawiska wywołane przez roje aerolitów (kamiennych meteorytów), wojsko wzięło je za zły omen i szturm rozlazł się w ogólnym nieporządku.

Zdolny wódz moskiewski Skopin Szujski, wzmocniony posiłkami króla szwedzkiego podchodził coraz bliżej, toteż Sapieha zmuszony był wyprawić się przeciw niemu pod Kalazin, gdzie trwały czas dłuższy potyczki. Potyczki i harce ciągnęły się i w następnych dniach, gdy dotarła z Tuszyna wiadomość, która odebrała wojsku chęć do walki: król Zygmunt III Waza wypowiedział wojnę Moskwie.

Król Zygmunt wyrusza pod Smoleńsk

Długo roztropny król zwlekał z podjęciem decyzji. Powodów do wypowiedzenia wojny było aż nadto: nieuwolnienie w terminie jeńców, niewysłanie posłów do Rzeczypospolitej dla zatwierdzenia traktatu, knowania z uzurpatorem szwedzkiego tronu Karolem Sudermańskim. Były też i rozmaite preteksty, jak choćby i ten, że Zygmunt III po kądzieli odziedziczył prawa Jagiellonów do panowania nad Rusią, że Moskwa bezprawnie zagarnęła Litwie liczne terytoria z ziemią siewierską i Smoleńskiem na czele. Było to co prawda niemal sto lat wcześniej, ale do tej pory nie zawarto stałego pokoju, kontentując się ciągle przedłużanymi rozejmami, albowiem Moskwa uparcie nie chciała zrzec się swoich mniemanych praw do Rusi litewskiej. Najwyraźniej król sam zgłaszał swoje pretensje do tronu, ale sądzimy, że serio o tronie moskiewskim nie myślał. Namawiał do wojny także Oleśnicki, ostrzegając króla, że „ten naród, na którąkolwiek stronę padnie, skoro uspokoją rzeczy swe, a zwłaszcza jeśliby padło na stronę Szujskiego, pewnie Wasza Królewska Mość i Rzeczpospolita nic sobie dobrego, spokojnego z owąd obiecować nie możesz”. Do wojny też parli kanclerz litewski Lew Sapieha i starosta wieliski Aleksander Gosiewski. Rużyński, Zborowski i Sapieha trzymali Moskwę za gardło; liczono więc przynajmniej na to, że łatwo będzie zdobyć potężny, lecz osamotniony Smoleńsk. Należało jednak działać szybko, ponieważ zdolny moskiewski wódz Skopin Szujski sprawiał coraz więcej kłopotów.

Decyzja królewska źle jednak wpłynęła na morale armii Dymitra Samozwańca II, a w tym i wojska Sapiehy. Żołnierze obawiali się, że z nadejściem wojsk królewskich przepadną ich obiecane „zasługi”, a żołd przejdzie im koło nosa. Za namową kniazia Rużyńskiego wojsko w Tuszynie zawiązało więc konfederację, chcąc sprzedać Dymitra Samozwańca w zamian za żołd Rzeczypospolitej. Początkowo Sapieha nie chciał przystąpić do konfederacji. To rozwścieczyło Rużyńskiego, który przybywszy z wojskiem pod Siergiejewo „naszedł na szałas jego mości z dobytą bronią”. Szczegółów tego zajścia nie znamy, ale ostatecznie pułk Sapiehy przyłączył się do konfederacji. Tymczasem na miejsce przybyli królewscy posłowie – Krzysztof Zbaraski i Stanisław Stadnicki. Konfederaci frymarczyli zasługami swoimi, posługiwali się też prawami carowej Maryny jako argumentem w negocjacjach. Samozwańca rychło przestano w ogóle brać pod uwagę, a Rużyński nazywał go „moskiewskim sukinsynem”. Nic dziwnego, że w noc z 6 na 7 stycznia 1610 roku Samozwaniec uszedł z Tuszyna w towarzystwie kozaków dońskich i kilku wiernych mu Polaków.

W tym samym czasie, widząc, że dłuższe obleganie Siergiejewa nie jest już możliwe, Sapieha postanowił odstąpić od oblężenia. Gdy oblężeńcy spostrzegli odejście swych prześladowców, a śnieg grubą warstwą puchu pokrył szańce, kosze i okopy, długo nie mogli uwierzyć, że to wreszcie koniec. Przez osiem dni przerażona załoga nie śmiała wyjść z zamku, a wszelkie zapasy i dostatki, które wódz litewski z konieczności zostawił w opuszczonym obozie, przez osiem dni pozostały nietknięte…

Sapieżyńcy zasadzili się teraz w położonym na zachód od Siergiejewa Dmitrowie. W tym czasie sytuacja armii Rużyńskiego w Tuszynie przedstawiała się coraz mniej różowo. Maryna Mniszchówna, która już wówczas spełniała wszystkie wymogi stawiane dzisiaj gwiazdom filmowym, buntowała żołnierzy, na koniec zaś uciekła z obozu, pozostawiając po sobie list, w którym pisała, iż „nie ominęły mnie kontakty z ludźmi nikczemnymi, wśród żarcia i pijackich uczt; ilez tam było wypijanych kielichów, ilez hańby,a dokonywali jej ci, którym powierzyłam swoje życie, dobre imię i nietykalność mego stanu!”. Zamierzała się udać do swego małżonka, Dymitra Samozwańca, ale zbłądziła i ostatecznie wziął ją pod swoją opiekę Sapieha.

Jaki wpływ miała Maryna na żołnierzy, pokaże się na przykładzie. W tym czasie trwały podjazdy i potyczki z Moskalami, a wielkie wojsko moskiewskie podeszło 1 marca pod Dmitrow. Większość wojska sapieżyńskiego uganiała się po bliższej i dalszej okolicy, na miejscu zaś było tylko czterysta jazdy i trzystu kozaków dońskich, tzw. „Dońców” („Duńców”). Nie chciał Sapieha pozwolić obecnym wyjść w pole i nakazał, aby każda rota obsadziła swoją część wałów (tzw. „kwaterę”). Ale starszyzna oświadczyła, że „my nie zwykli zamków bronić, w pole wynijdziem, uderzym się z nimi w imię pańskie”. Przekonywał ich wódz litewski, że „to nie są podobne rzeczy, abyście mieli bitwę polną staczać z tak potężnym wojskiem nieprzyjacielskim”, ale w końcu wymogli na nim, aby pozwolił bronić taboru Dońców. Gdy nieprzyjaciel chciał wydać bitwę, Sapieha nakazał odwrót do zamku. Tu jednak drogę zastąpili im Moskale z prawego skrzydła; brama zamkowa byłaby zagrożona, gdyby nie Maryna, która widząc nieporządek wśród obrońców wypadła ku wałom, wołając: „Co czynicie, źli ludzie? Jam białogłowa, a serca nie straciłam!”. Dzięki jej postawie obrona stężała i szturm szczęśliwie odparto, tracąc jednak tabor kozaków dońskich.

Wkrótce drogi Maryny i Jana Piotra na czas jakiś się rozeszły. Maryna podążyła do męża swego, Dymitra Samozwańca do Kaługi, natomiast Sapieha – korzystając z odejścia większości wojsk moskiewskich – opuścił Dmitrow i udał się do Osipowa. Nie można wykluczyć, że uczynił tak z powodu narastającego kryzysu karności we własnym wojsku, gdyż wedle plotek, które docierały do wojsk królewskich pod Smoleńskiem, carowa w „ubiorze usarskim weszła wkoło rycerskie, gdzie twarzą i mową swoją żałosną bardzo siła towarzystwa pana sapi[e]żynego zbuntowała tak, że niektórzy prowadzili ją do Osipowa”, a stąd do Kaługi. Faktem jest, że w tym też czasie stojące w pobliżu wojsko księcia Rużyńskiego popadło w rozprzężenie. Doszło do znanej scysji księcia z żołnierzami Bartosza Rudzkiego, w wyniku której Rużyński rozchorował się i umarł. Zdaje się, że i Sapieha nie czuł się wówczas najlepiej, gdyż w dzienniku bojowym pod datą 17 czerwca znajdujemy wzmiankę o nieznanej chorobie, która go wcześniej dręczyła. W tym stanie rzeczy nie potrafił zapanować nad wojskiem, toteż opuścił je i 25 marca stawił się u króla pod Smoleńskiem, usilnie go namawiając, aby wobec tego wszedł w sojusz z Dymitrem Samozwańcem.

Odpoczywał nasz dzielny bohater jakieś dwa miesiące, podczas gdy jego dawniej wierny królowi pułk ku zadziwieniu otoczenia królewskiego udał się na służbę Samozwańca do Kaługi. Z pewnością nad rozwojem wydarzeń czuwał kanclerz litewski Lew Sapieha, który zapewne przekonał monarchę, że przynajmniej chwilowy sojusz z Samozwańcem leży w jego żywotnym interesie.

Żółkiewski na Kremlu

Jan Piotr Sapieha musiał sobie zdawać sprawę, że aby odzyskać nad armią kontrolę, będzie musiał przyprowadzić ze sobą nowe zaciągi. Jakoż gdy w połowie czerwca pojawił się przy wojsku Samozwańca nad Uhrą, prowadził z sobą tysiąc nowej jazdy pancernej (tzw. kozackiej). Powitany tu z entuzjazmem, został przez wojsko wezwany do objęcia naczelnego dowództwa. Wymawiał się od tego ze swadą. „Z czego jednak” – jak komentuje autor jego dziennika bojowego – „wymówić się nie mógł i natenczas hetmanem jest”. Radośnie witała go Maryna i sam Dymitr Samozwaniec.

Rychło też, po zwycięstwie hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem, Sapieha poderwał armię Samozwańca i tocząc utarczki z wiernymi Szujskiemu Tatarami, 26 lipca stanął pod murami Moskwy od południa. Tu jednak doszło do sporej konfuzji między oboma zwycięskimi wodzami.

Aby zrozumieć jej przyczyny musimy wyjaśnić kilka kwestii. Po pierwsze, Żółkiewski dążył do jak najszybszego zakończenia wojny moskiewskiej, którą traktował jako niepotrzebną intrygę Sapiehów. Po drugie, po wiktorii kłuszyńskiej bojarzy moskiewscy zrzucili z tronu cara Szujskiego, upatrując swe zbawienie w wysunięciu kandydatury polskiego królewicza Władysława na tron moskiewski. Czynili to jednak w złej wierze. W rzeczywistości chcieli za wszelką cenę odsunąć niebezpieczeństwo panowania Dymitra Samozwańca II. Obie te intencje: Żółkiewskiego i bojarów spotkały się w połowie drogi i doprowadziły do zaprzysiężenia przez hetmana traktatu, dzięki któremu Władysław miał zostać carem.

Król Zygmunt oczekiwał, że Moskowia przysięgnie na wierność nie tylko samemu Władysławowi, lecz i jemu samemu. Chciał zarządzać państwem moskiewskim aż do uzyskania przez królewicza pełnoletności, co wydaje się być postulatem raczej zrozumiałym, gdyż – jak zgodnie twierdzili obecni przy królu senatorowie – naród moskiewski jest „zdradliwy, nieprzyjazny dla gości i nietolerancyjny dla obcych; w swej niestałości i przebiegłości wciąż podejmował jakieś tajne knowania, był podejrzliwy i prawie nie do zniesienia dla ludów cywilizowanych, a wszystko, co miało jakiś związek z obcymi, uważał za niebezpieczne”. Ponadto, zdaniem króla, wybór królewicza na tron moskiewski mógł być dokonany tylko po zakończeniu wojny i odzyskaniu Smoleńska. Niestety, Żółkiewski przekroczył swe uprawnienia. Zgodził się mianowicie na to, aby bojarzy zaprzysięgli na wierność nie królowi i królewiczowi, lecz tylko królewiczowi. Na domiar złego przystał na to, że jeśli „Smoleńsk uderzy czołem przed Zygmuntem, król odstąpi od miasta z wojskiem, a miasta pograniczne zostaną nadal przy moskiewskim hosudarstwie”.

Była to w gruncie rzeczy największa dyplomatyczna klęska po najwiekszym militarnym zwycięstwie, a co gorsza Żółkiewski stawał się niejako zakładnikiem umowy z bojarami. On bowiem postępował w myśl zasady pacta sunt servanda, podczas gdy oni działali zgodnie z doraźną korzyścią i nie wzdragali się przed zdradą. Cisnął więc Sapieżyńców, aby uznali panowanie cara Władysława. Gdy jednak żołnierze Samozwańca, odparli mu listownie, że „cieszą się z tego, że królewiczowi jego mości stolica się poddała, acz nie wiedzą, co za pożytek stąd ojczyźnie urośnie”, Żółkiewski postawił ich pod ścianą. Jakież było zdziwienie Sapiehy i jego wiarusów, gdy 5 września jak z podziemi w pobliżu ich obozowiska pojawiła się armia kwarciana i liczne wojsko moskiewskie pod komendą krewkiego Żółkiewskiego. Zaskoczony Sapieha postawił swoją armię w stan gotowości. Gdy tak stali, Żółkiewski poprosił o osobiste spotkanie na środku pola. Podczas dżentelmeńskiej rozmowy toczonej przed frontem obu armii żalił się, że choć obsyłał Sapiehę posłańcami, odpowiedzi żadnej odnieść nie mógł, a pomiędzy oboma armiami ciągle toczą się jakieś potyczki i nawzajem „krew naszą co godzina przelewamy”. Z wrodzonym taktem Sapieha odparł, że zawsze był zwolennikiem porozumienia króla z carem (czyli Samozwańcem), a utarczki powstały z winy Tatarów. Deklarował, że odpowiedzi udzieli po zwołaniu koła generalnego swojej armii. Gdy Żółkiewski napierał się dalszej rozmowy, zirytowany Sapieha kategorycznie odmówił, żądając ustąpienia z pola, bo już z obu armii wyskoczyli harcownicy i przymierzano się do walki. Powstrzymano jednak w porę te utarczki i znów przyszło do rozmów, w których brał udział także i Aleksander Gosiewski. Obłapiono się publicznie dla rozładowania napięcia. Sapieha zaś przy okazji uważnie zlustrował wojska moskiewskie, z satysfakcją stwierdzając, że po staremu uszykowane są „niesprawnie”. Najwyraźniej nawet komenda Żółkiewskiego nie mogła odmienić ludzkich obyczajów…

Ja jestem Chytra Litwina…

Nasz bohater był w sytuacji podwójnie niezręcznej. Do pilnowania sprawy Samozwańca zobowiązany był przez króla. Z drugiej jednak strony z pewnością nie chciał dopuścić do bitwy z dobrze mu znanymi kolegami i współobywatelami, a na dodatek zdawał sobie sprawę, że to Żółkiewski, a nie on, Sapieha, oficjalnie reprezentuje osobę królewską. W przekonaniu tym utwierdzała go zapewne i obecność Aleksandra Gosiewskiego – pucybuta Sapiehów, który robił właśnie swoją wielką karierę i cieszył się zaufaniem króla. Gdy więc doszły go wiadomości, że Dymitr Samozwaniec nie dowierzając wierności wojska uszedł z Maryną i dworem w nieznanym kierunku, chcąc nie chcąc podporządkował się rozkazom hetmana koronnego. Wojsko otrzymało od Żółkiewskiego asekurację, że będzie się w jego imieniu dopominał u króla o zapłatę żołdu.

Następnie Sapieha odprowadził swój pułk na bezpieczną odległość od Moskwy, w kierunku na Medynę i Kaługę, gdzie przebywał Samozwaniec. Tam dopiero „Chytra Litwina” w tajemnicy ujawniła starszyźnie swoje stanowisko. Upomniała ich, że niesława jaka ich dotknęła jest wynikiem ich niesforności, niezgody i nieposłuszeństwa. Płonnymi opowieściami i plotkami wystraszyli cara (tj. Dymitra Samozwańca), przez co utracili korzystną pozycję przetargową wobec króla. Radził też Sapieha wysłać do Samozwańca tajnego posłańca z oznajmieniem o niewinności i w celu wywiedzenia się jakie są jego względem Sapieżyńców zamiary…

Podkomendni podzielali stanowisko „Chytrej Litwiny” i zgodnie z jej strategią czekali na posłańca królewskiego. Sapieha najwyraźniej nie był pewien jakie jest stanowisko królewskie, więc nie szkodząc Żółkiewskiemu wyczekiwał na rozwój wydarzeń. Na razie Samozwaniec łaskawie odzywał się do sapieżyńców i proponował niektórym zaciąg na nową służbę. 4 października przybył posłaniec od Żółkiewskiego z oznajmieniem, że bojarzy wpuścili kwarcianych do stolicy moskiewskiej i że wysyła doń oddziały niemieckie i moskiewskie, sugerując mu, aby się z nimi połączył i uderzył na Samozwańca.

Wówczas dopiero Sapieha odkrył przyłbicę. W liście do hetmana odpisał, że mu życzy „sławy i przysługi, ale że przedtem o tym z jegomością panem hetmanem nie konferował. Nie wie co z tym począć, a też nie tuszy, aby się wojsko to do pracy jakiej przywieść miało, aż będą mieli upewnienie od króla jego mości i jego mości pana hetmana”. Następnie zaś wysłał kilku rotmistrzów do Kaługi, aby namówili Samozwańca do porozumienia z królem.

Tym sposobem Sapieha próbował naprawić błędy, poczynione przez Żółkiewskiego. Kolejne dni upływały na negocjacjach finansowych z królem z jednej strony, a Samozwańcem z drugiej. Najwyraźniej Sapieha działał w porozumieniu z Gosiewskim, który jako komendant Kremla wręcz prosił go, aby miał „pilne oko” na Samozwańca i dawał znać „o zamysłach jego”. W listopadzie doczekał się wreszcie Sapieha asekuracji od króla na wypłatę dla wojska. Niestety, z inspiracji Żółkiewskiego Piotr Urusow dokonał udanego zamachu na Samozwańca. Stolica moskiewska odetchnęła z ulgą. Kaługa deklarowała wierność królowiczowi Władysławowi. Lecz cóż była warta ta wierność?

W drodze do wieczności

W owym czasie do naszego bohatera podszedł jakiś chłop i w świecy przyniósł mu pismo od przerażonej i – jak się miało okazać – ciężarnej carycy: „Wyzwólcie, wyzwólcie dla Boga! Już nie mam jedno dwie niedziele żywą być! Pełniście sławy, uczyńcie i to! Wybawcie mnie wybawcie! Bóg będzie wiekuistą zapłatą!”. Nie czekając na najgorsze, dzielny Sapieha poderwał raz jeszcze swoich wiarusów i próbował obejść Kaługę od południa, lecz w lutym 1611 roku znów ogarnęły wojsko wątpliwości odnośnie gwarancji wypłaty żołdu i w drodze do Kaługi znów wojsko zaczęło debatować w kole generalnym i w kołach prywatnych nad dalszymi planami. Narastał ferment, który doprowadził w końcu do otwartego buntu 6 marca. Podczas spontanicznego zjazdu w Kozielsku, uzbrojeni żołnierze nastawali na Sapiehę, aby iść gdzieś „za lasy” i czekać na jakiś zaciąg. Dzięki kilkudniowym bez mała zabiegom udało się Sapiesze nie dopuścić do rozejścia się wojska, sam zaś co prędzej podążył pod Smoleńsk, do króla.

Przyjęty odeń łaskawie, podążył teraz co prędzej do miasta, którego był starostą, czyli Uświata, o którym miał niepokojące wieści, że zostało napadnięte przez Moskali i kozaków dońskich. Tamże spędził prawie cały kwiecień, kojąc swe troski w domowych pieleszach pod opieką czułej żony, Zofii Wejherówny, córki sławnego żołnierza Batorego, Ernesta Wejhera. Była za nim stęskniona tak bardzo, że aż wraz z małżonkiem podążyła na sam teatr wojenny, pod Smoleńsk. Tu doszły go pocieszne nowiny. Sapieżyńcy nie tylko wrócili pod rozkazy króla, lecz także udzielili odsieczy odciętemu na Kremlu Gosiewskiemu i „porazili” siły zbuntowanego (a dawniej wiernego) atamana Zarudzkiego. Zarudzki wraz z Lapunowem walczyli o tron dla Maryny i jej nowonarodzonego syna, Iwana, ochrzczonego w wierze prawosławnej.

Sapieha złączył się ze swymi wiarusami pod Możajskiem i dotarł do Moskwy, gdzie miał okazję podziwiać panoramę stolicy z wysokiej wieży, upatrując dobrego miejsca na zatoczenie obozu. Tu także doszła go radosna nowina o wzięciu przez króla Smoleńska. Dni upływały na ciągłych utarczkach z Moskalami Lapunowa i naradach z komendantem Kremla Aleksandrem Gosiewskim o dalszej strategii. Sapieha chciał przede wszystkim obwarować stolicę, sam zaś planował wyruszyć na zagon między zamki moskiewskie, aby uniemożliwić wrogom koncentrację i zebrać zapasy żywności dla załogi.

W marszu ścierał się Sapieha z oddziałami wroga i zdobywał pomniejsze grody, gdy doszła go wiadomość, że Moskale Lapunowa wyparli załogę Gosiewskiego z białych murów. Zawróciwszy zaraz ku Moskwie skutecznej jej udzielił odsieczy, a oblężeni odzyskali białe mury. Pocieszne nowiny nadchodziły z Litwy, skąd podążał z odsieczą hetman Chodkiewicz.

Niestety, 28 sierpnia Sapieha nagle zachorował i dostał gorączki. Podczas gdy wojsko znowu dopominało się wypłaty zaległego żołdu i negocjowało z Gosiewskim, Sapieha dzień po dniu podupadał na siłach, aż wreszcie 3 września odjechał z pola do Moskwy i stanął w pałacu cara Szujskiego. Wojsko jego odniosło jeszcze jeden sukces w potyczce z Moskalami, ale widząc stan rzeczy wielu żołnierzy 5 września samowolnie odjechało do Rzeczypospolitej. 14 września 1611 roku nasz bohater, „sprawiwszy się ze świętościami kościoła katolickiego”, odszedł na wieczny odpoczynek.

Sprawiedliwie napisał autor jego dziennika bojowego, że „za swe prace i trudy w wierze zażywa wesela wiecznego”. Sapieha twardą ręką trzymał swoich żołnierzy i surowo karał poważniejsze wykroczenia przeciwko ludności cywilnej, z którą na ogół obchodził się łaskawie. Niewiele stoczył walnych bitew, gdyż po zwycięstwach Rużyńskiego i własnych, nie znalazł godnego sobie przeciwnika, trawiąc czas na prawie codziennych utarczkach i podjazdach. Włączył się do drugiej fazy trwającej od 1604 roku operacji specjalnej, której celem było – w zamysłach rodziny Romanowów – płynna transformacja ustrojowa od państwa Rurykowiczów do państwa Romanowów. W istocie rzeczy jednak operacja ta doprowadziła państwo moskiewskie do stanu rozkładu, z którego przez długi czas nie mogło się ono otrząsnąć. Sapieha w znacznej mierze kontrolował przebieg całej operacji, usilnie starając się o to, aby wrogowie Rzeczypospolitej nie mogli swoich sił zjednoczyć. Nie udało mu się jednak odwrócić nierozsądnych poczynań Żółkiewskiego, a po zamachu na Samozwańca, ograniczał się Sapieha do amortyzowania błędów hetmana koronnego. Charakteru prawego, wierności wobec króla nieposzlakowanej, znał teren moskiewski znakomicie i miał jasno wyznaczone cele. Powtórzmy za XVII-wiecznym dziejopisem Stanisławem Kobierzyckim: „Był to mąż opromieniony zasługami swoich przodków i pułkownik sławny z męstwa wojennego. Powinniśmy go wspominać częściej i to nie bez pochwał”.

Jakub Brodacki

Otagowany , , .Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.