Sposób na gender (1)

Otrzymałem ostatnio alarmującego mejla z polecanym artykułem Gender – sposób na likwidację rodziny. Autor alarmuje w nim, że genderowcy stosują wypróbowane wcześniej we Francji metody. Zaczyna się od ataku na „pedofili w sutannach”, dzięki czemu wierni stają się nieufni wobec duchownych i przestają ich słuchać. Potem drzwi zostają szeroko otwarte i ideologia genderowa wkracza we wszystkie dziedziny życia, a przede wszystkim do szkół. Nie pomagają milionowe protesty i w końcu pozostaje już tylko modlitwa.

Opulikowane na blog-n-roll.pl, 17.01.2014

Przyznam, że przy takich tekstach mam zawsze mieszane uczucia. Pytanie zawsze brzmi: do kogo tekst jest skierowany? Jeśli do ogółu katolików w Polsce, to z pewnością skutku żadnego nie odniesie, bo Lemingrad jest bierny i pogodzony z losem. Zakładam, że jest to tekst, który ma zmobilizować opinię konserwatywną, katolicką. Ale tu z kolei pojawiają się problemy innego rodzaju.

 

Pole bitwy

Gender uderzył bowiem w najczulszy punkt i największą słabość konserwatywnego myślenia, jaką jest „oczywistość” posyłania dzieci do szkoły.

Jako dzieciak miałem naturalną skłonność do wszelkiego typu herezji i zachowałem ją do dzisiaj. Jeszcze na początku lat 90. jako nie-konserwatysta toczyłem ostre spory z kolegami-konserwatystami o naturze szkoły. Byłem przekonany, że polska szkoła to relikt komunizmu, pas transmisyjny tak zwanego „ukrytego programu” i potencjalne narzędzie totalitarnej indoktrynacji. Nawiasem mówiąc nie miałem też pełnego zaufania do „liberalnych pedagogów”, z którymi się w pewnym okresie zaprzyjaźniłem, bo szybko zrozumiałem, że chcą oni szkołę wykorzystać na swój sposób… Koledzy-konserwatyści niestety nie dostrzegali w szkole żadnego zagrożenia i dosłownie odnajdowali wspólny język z twardogłowymi nauczycielami-wychowankami komunizmu. Dyscyplina i musztra!

Obecnie sytuacja zmieniła się radykalnie. Wielu sprawach myliłem się, ale w tej akurat mam ponurą satysfakcję, że moja diagnoza się sprawdziła: polska szkoła to wręcz wymarzony pas transmisyjny dla wszelkiego typu perwersji, do której cywilizacja zachodnia historycznie rzecz biorąc jest nadzwyczaj skłonna. Dzieje się tak przez piekielne dziedzictwo gnostycyzmu, które przenika nasz świat w bardzo wielu dziedzinach, i które w wiekach przeszłych mogło być uważane za impuls do rozwoju nauki i techniki; dzisiaj jednak powraca jako forma świeckiej „religii” i to w swym najgorszym, bo bolszewickim, wydaniu. Ponieważ zdaniem gnostyków świat jest zły, a relacje międzyludzkie są na ogół chore i krzywdzące, należy wszystko wywrócić do góry nogami. Jeśli komuś jest za dobrze, powinien być za wszelką cenę wytrącony z dobrego samopoczucia. A wręcz idealnym miejscem do tego celu jest szkoła, która ze swej natury bywa dla dzieci opresyjna, gdyż jej podstawową metodą jest „urawniłowka” (dlatego nienawidziłem szkoły). Ci, którzy poddadzą się praniu mózgów będą „naszymi” klientami; ci którzy będą z „nami” walczyć – po prostu stracą mnóstwo czasu i nerwów. Jedni i drudzy będą po takim starciu zdeaktywowani i znużeni. A „my”? – no tak, „MY” będziemy rządzić. Nareszcie.

 

Kim jest przeciwnik?

Krótko i na temat: gender to pogrobowiec Związku Sowieckiego. Nie mam na to materialnych dowodów, ale wszystko na to wskazuje. Ustroje totalitarne, a zwłaszcza bolszewizm, mają gnostycyzm wpisany w swą naturę. Wszystko ma być inaczej, wszystko ma być na odwrót, wszystko trzeba poprzestawiać tak, by ludziom zamieszać w głowach. To ułatwia podbicie własnego narodu i sprawdza się też, gdy podbija się narody obce. Niestety zanim ideologia gender zebrała swe żniwo, Związek Sowiecki się rozpadł. Co za pech. Pozostała jednak Rosja.

Wyraźną poszlaką wskazującą na Rosję jako beneficjenta genderyzmu jest budowana w Rosji atrapa konserwatywnego porządku. Putin prezentuje Rosję jako kraj chrześcijański, tradycjonalistyczny i przeciwstawia ją „zgniłemu” Zachodowi. Na ten lep dali się zwabić nawet polscy biskupi (spuszczam zasłonę miłosierdzia, ale nie zapominam!). Propaganda ta silnie oddziałuje na konserwatywną publiczność w Polsce, która staje przed fałszywą alternatywą: Rosja czy Zachód?

Sama nazwa gender wskazuje wyraźnie na to, że genderyści uderzają po prostu w najczulszy punkt ludzkiego ciała. To nie szkodzi, że uderzenie to zaczyna się od intelektu (płeć jako pojęcie społeczne). W końcu seks zaczyna się w mózgu – jak mówimy dzisiaj. Eros rozumu. Krótko mówiąc, jakby nie patrzeć, od tego tematu nie ma ucieczki. Jesteśmy istotami seksualnymi.

Kolejna słabość polega na tym, że kultura orgiastyczna jest w cywilizacji zachodniej swego rodzaju „odwieczną nowością”. Pojawiała się co kilka pokoleń (renesans, oświecenie), była zwalczana, tłamszona, a potem znów się odradzała i za każdym razem wywoływała zdziwienie i oburzenie, że w ogóle coś takiego może mieć miejsce. Za każdym razem konserwatywna publiczność była w dużej mierze bezbronna i zbierała się do kontrakcji dopiero po pewnym czasie. Powód tego stanu rzeczy tkwi w ograniczaniu dostępu do informacji. Dzieci były na ogół wychowywane wstydliwie i na wiele sposobów ograniczano im dostęp do wiedzy i praktyki. Gdy więc pojawia się jakiś ruch, który głosi powszechne „wyzwolenie” energii seksualnej, to w naturalny sposób budzi on powszechne zainteresowanie i zyskuje sobie adeptów. Zwłaszcza, gdy wolność słowa (druk, massmedia) i egalitaryzm umożliwiają dostęp do wszystkiego. W demokracji masowej to takie proste!

To niestety nie koniec długiej listy słabości. Każdy, kto czytał Timajosa Platona ten dostrzeże w nim pierwociny nie tylko pogardy dla seksualności, ale i pogardy dla kobiety. Napisany lekkim językiem Timajos sprawia wrażenie intelektualnego żartu i tak też traktowali to dzieło starożytni chrześcijanie. Twierdzi się tam bowiem, że jeśli mężczyzna źle się sprawuje w życiu, to reinkarnuje się w ciele kobiety. Jeśli zaś i w ciele kobiety sprawuje się kiepsko, to w następnym życiu ląduje jako zwierz. Po prostu boki zrywać – bu cha cha cha – i tak zapewne reagowali kolesie Platona, zastanawiając się być może kto wcielił się w ciała ich żon: dziadek-pijak czy może inny stryjcio.

Jeśli mamy się trzymać żartobliwej konwencji, to z pewnych względów nie miałbym nic przeciwko temu, by odrodzić się w ciele kobiety, „poczuć jak to jest”. Niestety czytelnicy Platona nie poznali się na tym świetnym dowcipie i pokolenia mędrków zupełnie poważnie na tej podstawie wierzyły w reinkarnację. Nie mówię, że wiara w reinkarnację w ogóle nie ma sensu, ale dlaczego całą konstrukcję opierać na nieopatrznych żarcikach Platona?

W każdym razie pozycja kobiety nigdy nie była szczególnie mocna i wbrew temu co się sądzi nie wzmocniła jej wysoka pozycja Matki Boskiej w katolicyźmie. Nie chodzi mi tu o pozycję społeczną, bo ta była rozmaita – zależnie od hierarchii społecznej. Nie chodzi mi też o dostęp do edukacji, bo i tu sytuacja była bardzo zróżnicowana. Chodzi mi o podejście do seksualnej natury kobiety. Jeżeli zdaniem Platona rozwiązłość mężczyzny jest powodem, dla którego odradza się on w ciele kobiety, to kobieta staje się symbolem grzechu, istotą o naturze niższej, bo seksualnej. W dawnych czasach samotna kobieta była zjawiskiem podejrzanym lub śmiesznym; aby podwyższyć swój status mogła co najwyżej wstąpić do klasztoru. Przypomina mi się casus Zofii z domu Opalińskiej, którą bracia Opalińscy (Krzysztof i Łukasz) tak długo trzymali w domu i tak przegłodzili w oczekiwaniu na dobrą partię, że wygłodniała doznań zmysłowych panienka wykończyła w łóżku najpierw chorego na nerki hetmana Stanisława Koniecpolskiego, a potem ostatniego z rodu księcia Samuela Krzysztofa Koreckiego, któremu tuż przed ślubem otwarła się stara blizna i kilka tygodni później doprowadziła go do śmierci. Zofia nie umiała też wytrzymać dyscypliny klasztornej, bo i tej drogi próbowała z tym skutkiem, że mniszki miały jej serdecznie dosyć. Najwyraźniej w ówczesnej obyczajowości nie było dla niej miejsca.

Podaję ten przykład nie po to, aby utwierdzić żartobliwy pogląd Platona, ale by pokazać kliniczną sytuację, w której mężczyźni nie rozumieją, nie chcą zrozumieć i nie potrafią sobie poradzić z seksualną naturą kobiety; traktują ją instrumentalnie lub też próbują stłamsić. Jest to kolejna słabość tej naszej cywilizacji, skwapliwie wykorzystywana przez dzisiejszy feminizm. Oczywista rzecz, poza Polską panował o wiele większy patriarchalizm, a kobiety były bezwzględnie podporządkowane mężczyznom. A jednak trwałość patriarchatu choćby w Chinach i innych krajach wschodu wskazuje na to, że chyba lepiej rozumiano seksualną naturę kobiety i (że tak powiem) umiano znaleźć dla niej odpowiednie zastosowanie. My natomiast mamy z tym odwieczne kłopoty.

 

Cel genderyzmu

Cel jest prosty i zawiera się on w starym perskim przekleństwie: „oby każde twoje życzenie natychmiast się spełniało”. Bez żartów: chcesz być kobietą? OK, załatwimy ci operację i kurację hormonalną. Nie musisz czekać do następnego wcielenia; technologia zapewni ci to dzisiaj! Chcesz zawrzeć „ślub” z osobnikiem płci tej samej? Załatwimy ci ślub, może nawet w kościele… Chcesz mieć dzieci wbrew naturze? Pan doktor ci pomoże. Nawet jeśli jesteś mężczyzną, przecież surogatka zawsze się znajdzie… Masz, kobieto, niedobór uczuć rodzinnych? Nie ma problemu: zawrzyj związek poliamoryczny, będziesz miała dzięki temu dużą „rodzinę”: czterech samców do sprzątania kuchni, pokoju, kibelka i wynoszenia śmieci. Dla każdego coś miłego. A konsekwencje? No cóż, jakieś tam będą. Ale teraz nie czas myśleć o konsekwencjach, postęp jest najważniejszy. Gdyby Kopernik myślał o konsekwencjach, to pewnie słońce dalej okrążałoby ziemię, prawda?

W pewnej mądrej książce antropologicznej czytałem o tym, że w dawnych społecznościach pierwotnych tylko szamani mieli prawo zmieniać postać „na życzenie”. Mogli przebierać się w stroje zwierząt lub nawet pozornie „zmieniać” płeć kulturową. W jednym z takich plemion małżeństwo szamanów wyglądało tak, że kobieta ubierała się jak mężczyzna, a mężczyzna ubierał się jak kobieta. Taka mała zmyłka, żeby złe duchy nie wiedziały kto jest kim…

Ale zadaniem szamana jest prowadzenie różnorakich trudnych obrzędów, których celem jest między innymi leczenie ludzi, zachowywanie solidarności we wspólnocie, rozwiązywanie problemów, z którymi nie można sobie poradzić zwykłymi metodami. Natomiast genderyzm oferuje: zostań swoim własnym szamanem! Szamanizm w pigułce! Technologia sprawi, że wczoraj byłeś biznesmenem Bęgowskim, dzisiaj jesteś marszałkiem Grodzkim, a pojutrze będziesz księżniczką zaklętą w ropusze. Wszystko to po to, aby zmylić „złe duchy” obskurantyzmu, kołtuństwa i zaściankowości…

A przecież wystarczy trochę studiów nad historią, aby zrozumieć, że rola szamana jest zarezerwowana dla jednostek o szczególnych predyspozycjach charakterologicznych i psychicznych, o szczególnych uzdolnieniach i wrażliwości, która dla mas jest niedostępna. Technologia nie zastąpi naturalnego wglądu w świat duchowy! Ten wgląd jest zarezerwowany dla niektórych. Nie każdy będzie Słowackim.

 

Jak pokonać gender?

Muszę niestety przywołać stary taoistyczny pogląd, że ze złem nie ma sensu walczyć, należy je przetworzyć w dobro. Nie pytajcie mnie jak, bo nie ma jednej recepty. Jeśli gender uderza w najczulszy punkt naszej osobowości – czyli w płeć, to sposobów przetworzenia zła w dobro jest co najmniej tyle, ilu jest ludzi na świecie.

Myślę jednak, że skoro gender chciałby przy użyciu technologii udostępnić masom „wtajemniczenie szamańskie”, może warto poszukać tych prawdziwych szamanów i zapytać ich co z tym fantem zrobić. Wielu katolików odpowie, że mają prawdziwego szamana co niedzielę na mszy świętej. Ale nie dla każdego ksiądz jest tym prawdziwym szamanem. Mówię to za siebie, jak by kto pytał….

Rozejrzyjmy się wokół. Czy widzimy wśród swoich bliskich (także dzieci), krewnych, przyjaciół, znajomych, wśród swojego otoczenia, osoby obdarzone szczególną wrażliwością? Ilu z nas czysto śpiewa, ładnie maluje, pięknie tańczy? Ilu z nas pisze wiersze? To jest sprawa zasadnicza. Nie wszyscy artyści mają zdolności „szamańskie” i nie wszyscy są godni zaufania, ale niektórzy mogą pomóc w przejściu przez to Morze Czerwone, jakim jest zalew genderyzmu. Czasem też taką osobą jest również ksiądz. Czasem, ale nie zawsze…

Wiem, że dla wielu czytelników blog-n-rolla to są po prostu jakieś herezje. Niech i tak będzie. Ćwiczmy umysł na wszystkie możliwe sposoby. Wiele osób narzeka na relatywizm i widzi w nim główne zagrożenie. Inni psioczą na postmodernistyczną dekonstrukcję. A mi uszy puchną od tego narzekania i uświadamiam sobie, że póki w Polsce byli Żydzi, mieliśmy dostęp do intelektualnych spekulacji na wysokim poziomie, które nam były zakazane, ale które otwierały Żydom szerokie horyzonty i zapewniały im intelektualną siłę, która przejawiała się w wysokiej liczbie żydowskich wynalazców, artystów i uczonych… Trzeba ćwiczyć umysł! Bloger to ktoś więcej, niż zwykły zjadacz chleba. Ponosimy większą odpowiedzialność za stan umysłów, niż niejeden dziennikarz. Trzeba wcielać się w różne postacie i tworzyć różne scenariusze, a nie tkwić w „konserwatywnym” maraźmie pod berłem sterydowego pedała z Kremla.

Jakub Brodacki

Herkules w stajni Augiasza

Biurokracja – dla jednych zbawienie (Max Weber), dla innych przekleństwo. Jak czytamy z licznych doniesień, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego to stajnia Augiasza. Symbolem panującego tam bałaganu jest tajemnicze zniknięcie aneksu do raportu z likwidacji WSI. Dociekanie, co się też w tym aneksie znajduje, jest na tyle medialne, że pozwala rzucić pewne światło na relacje między władzą wykonawczą, a cichą piątą władzą – administracją państwową.

(blog-n-roll.pl, 26.08.2015)

W tekście Administracja III RP próbowałem wskazać na newralgiczne punkty systemu III RP, które zapewniają jej długie trwanie. Ten tekst może być więc rodzajem dokończenia tamtych rozważań na bazie tych wątłych informacji, które dobiegają nas z BBN.

Paweł Soloch oświadczył, że „Według informacji, które dostałem formalnie z archiwum – w kancelarii tajnej nie ma aneksu, o który panowie pytają. Nie ma go na terenie Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Poinformowałem o tym prezydenta i to wszystko, co w tej sprawie mogę na tę chwilę powiedzieć.”  Zazwyczaj komentatorzy poprzestają na snuciu rozmaitych teorii spiskowych, a tymczasem sprawa jest arcyboleśnie prosta.

1. Każdy dokument wytworzony przez pracowników urzędu ma swój numer. To nie są notatki pisane w kawiarni na serwetce!

2. każdy dokument podlega rejestracji w rejestrze (takim czy innym). Rejestracja aneksu powinna się odbyć w rejestrze w kancelarii tajnej.

3. musi istnieć rejestr wypożyczania dokumentów i ich zwrotu.

4. każde wypożyczenie dokumentu wiąże się z podaniem wypożyczającego i odpowiedzią tego, od kogo się wypożycza – wszystko na piśmie! A te pisma i obieg korespondencji też muszą być rejestrowane!

5. prawdopodobnie istnieje też rejestr dokumentów przekazywanych na przechowanie innym urzędom (w tym wypadku do MSZ?) lub kierowanych do archiwów;

6. każdy brudnopis dokumentu (ewentualnie kopia) w zasadzie powinien zostać zniszczony; prawdopodobnie też powinno być odnotowane, że taki brudnopis (kopia) istniał i że go już nie ma;

7. komisyjnemu zniszczeniu mogą ulec także twarde dyski, na których niektóre istotne dokumenty sporządzono.

Takich rzeczy nie załatwia się „na gębę”. Reguła jest taka, że każdy szef kancelarii tajnej siedzi jak kwoka na jajach i bardzo niechętnie cokolwiek oddaje. Po prostu jako urzędnik chce być „potrzebny”, a im więcej ma dokumentów, tym bardziej jest potrzebny…

Co robić wtedy, gdy biurokratyczna materia stawia opór? Podstawowa wiedza o biurwie dostarcza skutecznej odpowiedzi. Jednak to, czy z niej skorzystamy, zależy wyłącznie od szefa urzędu. Dlatego nie może być to ciapa, taka, jak ja, ale born killer, urodzony morderca…

Biurwa ma to do siebie, że nawzajem jedni przeciw drugim intrygują. Druga cecha biurwy jest taka, że biurwa śmiertelnie boi się utraty pracy. Trzecia cecha biurwy jest taka, że jeśli do biura wprowadzi się organ kontrolny, praca w urzędzie praktycznie ustaje – wszyscy trzęsą portkami i gorączkowo zastanawiają się, co takiego mogli przeskrobać, za co można ich wywalić z roboty.

W największym skrócie można to zrobić tak:

1. spośród pracowników merytorycznych (analityków) powołuje się kilkuosobową komisję, której zadaniem jest przeprowadzenie czterotygodniowej kontroli obiegu dokumentów w kancelarii tajnej.

2. inna komisja pracuje w kancelarii jawnej.

3. kolejna komisja sprawdza zasoby sieci komputerowej.

4. w tym czasie jeszcze inna komisja bada, co pracownicy mają na twardych dyskach.

5. szef urzędu z dobranymi doradcami bada stan księgowości.

Tym sposobem cały urząd zostaje postawiony na baczność i nie zajmuje się niczym innym, tylko trzęsie portkami ze strachu. Komisje nie muszą rozpoczynać pracy jednocześnie, ale tydzień po tygodniu. W ten sposób można wprowadzić dodatkowy niepokój: „kto następny?”.

Swego czasu, gdy ś. p. Lech Kaczyński był prezesem NIK, chodziły plotki, że opornych urzędników pozbywał się on w bardzo prosty sposób. Dawał im on mianowicie propozycję nie do odrzucenia typu praca w oddziale zamiejscowym, poza Warszawą. Jednocześnie nie przyznawał im mieszkania służbowego. Pytanie, czy BBN posiada oddziały zamiejscowe…

O ile to możliwe pod względem prawnym, w trakcie prac komisji kontrolnych można dokonywać drobnych reorganizacji i przesunięć. W ten sposób stawiamy cały urząd w stan kryzysu i podtrzymujemy ten stan aż do wyborów i uchwalenia przez Sejm nowego budżetu. Oczywiście wszystko zgodnie z prawem i bez żadnego tam mobbingu i innych niedozwolonych praktyk. Życzę powodzenia!

Jakub Brodacki

Duda-Komorowski 2:0

Frekwencja: ponad 90%.

Komorowski po raz kolejny strzelił samobója. Ale to mało powiedziane. Odbył sie właśnie podwójny plebiscyt przedwyborczy, coś w rodzaju „wyborów przed wyborami”. Po pierwsze określono mniej więcej poziom poparcia dla postulatów ruchu Kukiza – poniżej 10%. Przy okazji stworzono imienne listy zwolenników Kukiza, bo z wstępnych sondaży wynika, że 90% biorących udział w referendum głosowało zgodnie z jego sugestiami… Po raz kolejny Platforma Obywatelska ośmieszyła ideę referendum jako plebiscytu tajnego. Po drugie, określono poziom realnego poparcia dla Platformy Obywatelskiej. Prawdopodobnie jest to coś między 15 a 20%. Oby tylko Kukiz nie zrezygnował z udziału w wyborach!

To referendum to także pewnego rodzaju lekcja wychowawcza dla lemingów. Do tej pory nie odczuwały one skutków własnej głupoty. W tej chwili mówi sie o stu milionach wydanych z naszych kieszeni. Ale głównie jednak z kieszeni lemingów, bo wkrótce rząd się zmieni, a budżet – miejmy nadzieję – zostanie przed końcem roku uchwalony już przez nowy skład Sejmu. Będzie to inny budżet i inna koncepcja rozdziału pieniędzy. Skończy się model „polaryzacyjno-dyfuzyjny” Ministra Boniego, który prowadził nas stopniowo do modelu państwa latyno-amerykańskiego. Janosik i janosikowe wreszcie zwycięży. Prowincja być może uzyska szansę na odbicie się od dna. Ludzie nie będą musieli codziennie dojeżdżać 100 kilometrów do pracy w dalekim mieście, kiblując czterdzieści minut w korku na przedmieściach, bo z czasem na prowincji pojawią się lokalne miejsca pracy. Jedyna „dyfuzja” bogactwa, jaka może nastąpić, to dyfuzja środków budżetowych, skierowanie inwestycji na prowincję.

Widać też światełko w tunelu dla projektu Międzymorza – obszaru między Adriatykiem, Morzem Czarnym i Bałtykiem. Węzłem Międzymorza jest Smoleńsk. Musimy kijem i marchewką wbijać ludziom do głowy, że ziemia smoleńska – zarówno symbolicznie, jak i geopolitycznie – jest kluczem do naszego bezpieczeństwa. Mamy podobny problem, jak Moskwa, tyle, że dla nas nie jest on wynikiem paranoi, ale jest to problem realny. Moskwa zawsze się bała, że wrogowie są zbyt blisko jej stolicy. I to fakt, że dla naszego bezpieczeństwa rzeczywiście musimy być blisko. Musimy Moskwę trzymać za gardło tak długo, aż straci oddech i osunie się bez siły. Dlatego o historii ziemi smoleńskiej trzeba trąbić na każdym kroku, a na słoniach armii Hannibala napisać „Smoleńsk”. Słoń, a sprawa smoleńska! Wiosną nie wiosnę, lecz Smoleńsk zobaczę!

Mam również nadzieję, że wobec zagrożenia naszej obecnej granicy wschodniej, rząd – w ramach reformy armii – powoła elitarny Korpus Ochrony Pogranicza. Powinna to być formacja wyspecjalizowana nie tylko w obronie granicy, ale zdolna do szybkiej mobilizacji na wypadek wojny, także ofensywnej, bo nie należy się zanadto przyzwyczajać do „świętego spokoju”. Powinna też dysponować ona oddziałami specjalnymi, zwłaszcza, że tych ostatnio namnożyło się w Polsce i jest z czego wybierać. W KOP powinni być zatrudniani oficerowie i żołnierze o sprawdzonym, antyrosyjskim nastawieniu i wysokim morale, doskonale znający realia wschodnich krajów Międzymorza i biegle posługujący się używanymi tam językami. Byłoby idealnie, gdyby w gestii KOP znajdowały się też rakiety średniego zasięgu, których Moskwa zawsze się obawiała najbardziej.

Popłynąłem sobie na szerokie wody marzeń, które dla zwykłego śmiertelnika często są niedostępne. Ale myślę, że każdy z nas może wytężyć siły i oczy swoje skierować na wschód, nie na zachód – jak było do tej pory. Musimy przełamać traumę białego niedźwiedzia!

Jakub Brodacki

Post-komunizm wojenny: gromadzenie turańskiej energii

Od pewnego czasu słyszymy o tym, że budżet Rosji lada chwila się załamie. Myślę, że to błędne rozumowanie. Rosja wchodzi bowiem w okres czegoś, co nazwałbym „post-komunizmem wojennym”, co oznacza, że normalne reguły ekonomiczne zostają zawieszone (o ile reguły gry w Rosji kiedykolwiek były normalne). Rosjanie przestawiają sobie mózgi z funkcjonowania w stanie pokoju (dla nich jest to stan nienormalny i dekandencja), w stan wojny (który jest dla nich stanem normalnym). Rosjanin zaakceptuje niezbędne straty ludzkie, likwidację niewygodnych wrogów Putina, gdyż w stanie wojny jest psychicznie wolny i czuje się lepiej, niż podczas pokoju. Zaakceptuje nędzę, gdyż ma perspektywę podróży turystycznych do innych krajów, rabunków, gwałtów i nieograniczonego zabijania.

(blog-n-roll.pl, 8.09.2015)

Naturalnie, przedstawiony przeze mnie poręczny stereotyp Rosjanina nie obejmuje całej populacji Rosjan, ale jej najbardziej aktywną, ruchliwą warstwę, czyli lumpen-proletariat. Warstwa ta jest jednak w Rosji wyjątkowo liczna i jeśli władza centralna zapali jej zielone światło, na co najmniej kilkanaście lat może ona zdominować i sterroryzować całą ludność Rosji.

Putin stara się utrzymać tę warstwę przy życiu i zwiększyć jej liczebność, otwierając coraz to nowe pola konfliktu (http://www.dailymail.co.uk/news/article-3226009/First-picture-proof-Russ…). Sądzę, że konflikty te nie powinny – w jego zamyśle – doprowadzić do wojny totalnej, a jedynie umożliwić Rosji gromadzenie sił na wypadek takiej wojny.

Przy okazji jeszcze raz polecam tekst Marka Chodakiewicza: http://www.blog-n-roll.pl/pl/moskiewska-ci%C4%85g%C5%82o%C5%9B%C4%87-zin… Zawarte w nim konkluzje są skierowane szczególnie do nas, blogerów. W jednym z postulatów Chodakiewicz zaleca, aby „tworzyć oddzielne platformy internetowe dla zwalczania każdej z rosyjskich narracji propagandowych”. Myślę, że powinniśmy znaleźć w tej kontrofensywie jakieś miejsce dla siebie i starać się niwelować skutki rosyjskiej propagandy w wybranej niszy tematycznej. Mnie osobiście najbliższa jest oczywiście najszerzej pojęta tematyka smoleńska i ukraińska, ale zdaję sobie sprawę, że ta ostatnia budzi wśród nas największe kontrowersje. Warto byśmy szukali takich tematów narracyjnych rosyjskiej propagandy, przeciw którym możemy zgodnie i skutecznie się przeciwstawić.

Jakub Brodacki

Piwo a sprawa krucjaty

Ilekroć sięgam po opowieść Piotra z Dusburga ogarnia mnie uczucie przygnębienia. Krzyżowcy zwani Krzyżakami stworzyli bowiem cały aparat władzy koncentrujący się na zniszczeniu kultury i cywilizacji obcych.

(blog-n-roll.pl, 9.09.2015)

Krzyżacy metodycznie i w sposób przemyślny podbili Prusy i przetrącili kręgosłup moralny narodu pruskiego. Jednak w relacji Piotra z Dusburga rzecz przedstawia się zupełnie inaczej. Wojna zakonu krzyżackiego z pogańskimi Prusami to walka mocy niebieskich z szatańską. „Nie należy powątpiewać” – pisze kronikarz – „ że bracia domu niemieckiego są pełni łaski i mocy, ponieważ jako nieliczni podporządkowali sobie plemię bardzo silne, nieokiełznane i niezliczone… A oto jak wielki znak objawił się na niebie kościoła wojującego”. Autor szczerze wierzy, że możliwe jest zbawienie zbrodniarza, jeśli chrześcijanin dokona na nim swego rodzaju „kulturowej egzekucji”, czyli pozbawi go tożsamości. Powiada bowiem wyraźnie: „wszystkie ludy, który zamieszkiwały ziemię pruską… zostały wytępione… w ten sposób Bóg wybawił ich z drogi nieprawości, bo dla niesprawiedliwości swoich byli poniżeni”.

Jak z lumpa zrobić szlachcica

Naturalnie, nie chodzi tu o ludobójstwo, lecz kulturobójstwo. Tworzenie nowej rasy panów wymaga pewnej elastyczności i mądrości etapu. Piotr z Dusburga pisze o niezwykłej łasce, którą wyświadcza się niewiernym za to, że nawrócili się na wiarę w Chrystusa. W pierwszym etapie akceptuje się istniejące podziały społeczne, by nie wywoływać niepokojów. „Ktokolwiek porzucił bałwochwalstwo” – stwierdza – „z tym bracia obchodzą się miłosiernie w następujący sposób: jeśli jest możnym pochodzącym ze znakomitego rodu, dają mu wolne dobra i takiej wielkości, ażeby mógł żyć stosowanie do rangi swojego stanu, jeśli natomiast jest niskiego stanu, wówczas zgodnie ze zwyczajem, którego przestrzega się w ziemi pruskiej do dzisiaj, służy on braciom”.

Inna jest jednak mądrość drugiego etapu. Mianowicie ci, „którzy nie pochodzą ze szlachetnego rodu, a wiernie służyli braciom w czasie odstępstwa od wiary albo w czasie innych zagrożeń, to czyż ich znakomite zasługi nie przyczyniają się zawsze do tego, że ich niski stan zmienia się w stan szlachecki, a ich niewola przechodzi w należną im wolność?… Stąd to właśnie w ziemi pruskiej jest wielu nowo nawróconych, których przodkowie wywodzą się ze szlachetnego rodu, ale z powodu zła, jakie wyrządzili oni wierze oraz chrześcijanom, zostali uznani za ludzi stanu niskiego; inni natomiast których rodzice byli niskiego stanu, za wierna służbę pełniona dla dobra wiary i braci, zostali obdarowani wolnością”. Inaczej mówiąc, ostatecznym celem tej przewrotnej strategii jest całkowite odwrócenie porządku społecznego „dla dobra wiary i braci”. A głównie braci. To dzieło udało się Krzyżakom tak znakomicie, że później luterańskie Prusy dały się nam mocno we znaki.

Jak to mówią, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni! Piotr z Dusburga podaje, że gdy Prusowie najechawszy ziemie pograniczne, po raz pierwszy zetknęli się z krzyżakami, dziwili się kim są i po co przybyli. Zapytali więc o to pewnego Polaka, który był ich jeńcem. Ów odparł, że „to pobożni ludzie i rycerze doświadczeni we władaniu bronią, przysłani z Niemiec przez Ojca Świętego dla prowadzenia walki z nimi tak długo, nałożą na ich twardy i nieugięty kark jarzmo Najświętszego Kościoła Rzymskiego. Kiedy to usłyszeli, śmiejąc się szyderczo zawrócili”. Pięćdziesiąt lat później tkwili już w jarzmie niewoli.

Kulturę Prusów musieli krzyżowcy znać dobrze. Piotr z Dusburga opisuje Prusów jako malowniczych prostaczków-animistów, którzy czczą słońce, księżyc, gwiazdy, pioruny oraz rozmaite zwierzęta i swoje święte miejsca mają w gajach, polach i wodach. Nie dbają oni o odzienie, dla gości są nadzwyczaj gościnni i wspólnie z nimi doprowadzają się do stanu nietrzeźwości. Tę słabość – skłonność do libacji – wykorzystali krzyżacy, mordując pijanych mieszkańców Rogowa, o czym Piotr z Dusburga nie omieszkał się pochwalić. Nie odmawiał Prusom swoistej godności, gdyż przypisywał im rzymskie pochodzenie. W centrum kraju znajdować się miał szatański odpowiednik Rzymu, plemię zwane Romowe, w którym egzystował pogański „papież” imieniem Kriwe.

Krzywe drzewo, czyli książę Świętopełk

Problem polegał na tym, że nie wszyscy chrześcijanie podzielali poglądy „wojujących chrześcijan”. Książę pomorski Świętopełk był „niepomny swojego zbawienia, zatwardziały w nieugiętym postanowieniu jak skręcone drzewo, którego nie da się wyprostować”. Muszę przyznać, że jest on dla mnie najsympatyczniejszą postacią całej tej opowieści, choć oczywiście skrajnie wyidealizowaną, przerysowaną. Tak się składa, że krzywe drzewo to jeden z najbardziej nośnych, taoistycznych symboli. Drzewa proste i zdrowe były dawniej chętnie wycinane przez drwali, gdyż był z nich pożytek. Pozostawiali oni jednak drzewa krzywe, gdyż nie było z nich żadnego pożytku. Tak właśnie armia pruska – eksploatując polskie lasy podczas I wojny Światowej – pozostawiła przy życiu pod Mińskiem na Mazowszu jedno jedyne drzewo – krzywą sosnę, która jest dzisiaj pomnikiem przyrody. To, że właśnie Prusacy pozostawili tę sosnę przy życiu to tak zwany „przypadek”, który oczywiście nie jest żadnym przypadkiem.

Początkowo Świętopełk popierał obecność Krzyżaków na ziemi pruskiej i skutecznie zalazł za skórę Polakom. Choć poglądy historyków są podzielone, zdaje się jednak, że to on właśnie wysłał do Gąsowa oddział dywersyjny, który zamordował polskiego seniora Leszka Białego. Jak powiada Długosz, „Świętopełk pominąwszy wszystkich, urządza pościg za nim jednym jako za dawno upragnionym łupem i zachęca wszystkich swoich ludzi, by go zabili, twierdząc, że całe jego zwycięstwo zawisło od tego jednego trupa”. Dzięki temu przybrał tytulaturę książęcą, uzyskał protekcję papieską i uniezależnił się od Królestwa Polskiego. Nie spodobało się to jednak w pierwszym rzędzie Krzyżakom oraz książętom meklemburskim – zniemczonym Obodrytom. Następnie do koalicji przeciw Świętopełkowi przystąpił biskup kujawski Michał (któremu podlegało Pomorze Gdańskie), Konrad Mazowiecki oraz synowie Władysława Odonica Przemysł I i Bolesław Pobożny. Zdesperowany Świętopełk został zmuszony do sojuszu z poganami.

W kronice Świętopełk przedstawiony jest jednak jako syn szatana, wcielenie zła. Krzyżacy znajdują się w przykrym położeniu, ponieważ ich wrogiem jest – jak by nie było – pomazaniec boży. On jeden, oprócz pogańskiego „papieża” Kriwe, jest bohaterem Prusów, bo imiona innych wodzów powstania (za życia Świętopełka) nie pojawiają się wcale. Najwyraźniej zwiedzeni przez „syna szatana” prostaczkowie-animiści nie mieli prawa zapisać się na kartach historii.

Pomimo licznych sukcesów, Świętopełk jednak wojnę tę przegrał i został zmuszony do dość upokarzającego pokoju, w ramach którego oddał jako zakładników swojego syna Mściwoja, kasztelana gdańskiego Gniewomira oraz podstolego gdańskiego Wojaka. W zamian bracia oddali mu jeńców. Jak się okazuje, wśród jeńców były także „szlachetne i zacne żony”, a oprócz tego inne kobiety, a nawet dzieci, co Piotr z Dusburga ujawnia bez cienia wstydu. Zresztą praktyka brania do niewoli kobiet ujawnia się też w innym miejscu, a mianowicie przy okazji zdobycia w charakterze łupu wojennego relikwii Świętej Barbary w Sartowicach, gdzie pojmali i związali 150 kobiet z dziećmi.

Ciekawostki antropologiczne
Wkrótce wojna się odnowiła i cechowała wyjątkowym okrucieństwem obu stron. Nie podoba się autorowi tylko okrutne zachowanie względem braci zakonnych, nie tylko ze strony Prusów, lecz także ze strony wielkiego mistrza Hartmana z Grumbach, który miał jakoby publicznie spalić dwóch zakonników-zdrajców, którzy z jakichś powodów weszli w konszachty z Prusami. Tej straszliwej egzekucji dokonano w Elblągu na oczach zgromadzonych tłumów. Pisze więc, że „to wydarzenie tak bardzo poruszyło Ojca Świętego, że polecił zdjąć z urzędu mistrza oraz tegoż samego i wszystkich, za radą których tego dokonano, skazać na karę pokuty duchowej”. Z innych ciekawostek antropologicznych można wymienić tortury, jakie Prusowie z Sambii zastosowali wobec pewnego misjonarza. Nie do końca rozumiejąc, o co w tym upiornym rytuale chodzi, Piotr z Dusburga podaje, że „ściskali jego szyję dwiema belkami tak długo, aż w mękach wyzionął ducha; twierdzili przy tym, że taki rodzaj męczeństwa jest odpowiedni dla mężów świętych, których krwi rozlać nie ośmielają się”. Myślę, że Prusowie potraktowali owego misjonarza jako niebezpiecznego szamana, którego krew będzie szukała pomsty zza grobu, dlatego postarali się, aby nie wyciekła ni jedna jej kropelka. Krzyżacy nie bawili się jednak w takie subtelności. Zmuszeni do opuszczenia zamku w Lidzbarku, wyłupili oczy wszystkim dwunastu zakładnikom pruskim, których ze sobą porwali, a następnie odesłali ich do ich krewnych. Ten wiekopomny i rycerski postępek pozostawia autor bez żadnego, umoralniającego komentarza. Zresztą znęcanie się nad zakładnikami należało do utartego zwyczaju tej wojny. Pamiętajmy jednak, kto był w tej walce napastnikiem, a kto się bronił i walczył o wolność, a być może wyjdziemy poza utarty stereotyp „obu stron”, które czynią zło.

Syn Świętopełka, Mściwoj, kontynuował desperacką walkę swego ojca. Miał sojuszników w osobie Glappona, wodza Warmów oraz Herkusa Monte, wodza Natangów, którzy dalej walczyli o wolność swojego narodu podczas tak zwanego Drugiego Powstania Pruskiego, odnosząc wiele sukcesów, które okazały się jednak przejściowe. Powstanie pruskie upadło, a ryby w pewnym grodzie Prusów w pobliżu Ragnety zamieniły się w żaby, gdy tylko ziemię te opanowali tak zwani „chrześcijanie”. Najwyraźniej przyroda nie chciała już żywić tych łotrów, ale Piotr z Dusburga odsyła nas w tej sprawie do niezbadanych wyroków boskich…

Piwo a sprawa polska

Wspomniany wcześniej Leszek Biały jest postacią równie sympatyczną i polską z ducha, co książę Świętopełk. Gdy papież Honoriusz III zaapelował do Leszka Białego o przyłączenie się do krucjaty w Ziemi Świętej, senior Królestwa Polskiego odparł, że „Złożony chorobą, popłynąć do Ziemi Świętej nie mogę, zwłaszcza iż z powodu przypadłości w naturę ciała wymierzonej, ani wina, ani prostej wody pić nie mogę, przyzwyczajonym tylko piwo względnie miód pić.” Jakaż to była przypadłość, to już pewnie nasi blogowi medycy podpowiedzieć mogą, faktem jest jednak, że piwo jest narodowym napojem Polaków już w księdze Anonima Galla. Piast bowiem chętnie przyjął gości, których odpędził niegościnny Popiel, i oczywiście poczęstował ich beczułką dobrze sfermentowanego piwa. Ten napój, którego osobiście nie cierpię, podobnie jak wszelakich innych alkoholi, może nas jednak w pewnym sensie uchronić przed tym, czego wielu tutejszych blogerów najbardziej się boi – to znaczy przed islamizacją.

Kluczem do naszego bezpieczeństwa nie jest bowiem krucjata przeciw islamistom, lecz zakorzenienie w kulturze własnej, w swojskości i „naszości”. Czytałem wiele relacji pamiętnikarskich z wieku XVII i w żadnej nie znalazłem tego poziomu zbydlęcenia intelektu, które odnajduję na kartach Kroniki ziemi pruskiej Piotra z Dusburga. Często okrutni i chciwi wojownicy sarmaccy pokładają nadzieję w Opatrzności, gdy idą na śmierć, ale nigdy nie ośmielają się nikogo podbijać w jej imieniu. Osadzają królów i obalają tyranów, lecz nie wycierają sobie zakrwawionej twarzy imieniem Bożym, że tak powiem. Krzyżowcy, walczący z Prusami, czynią to permanentnie. Wszystko, co robią, jest tak niegodziwe, a ich ofiary w istocie rzeczy tak bezbronne, że bez sankcji boskiej ta podłość nie mogłaby się utrzymać.

Aparat państwa rosyjskiego jest o wiele potężniejszy, niż aparat państwowy Szpitalników. Musimy więc zadbać o to, aby nie doszło u nas do nowej Gąsawy i rozkładu wewnętrznego państwa. Duchy Świętopełka i Leszka Białego muszą sobie podać ręce i niekoniecznie zaraz upić się na umór, lecz zgodnie bronić kraju.
A o krucjacie myśleć nie ma sensu, gdyż nie jesteśmy narodem, który urządza krucjaty. Jesteśmy raczej jak krzywe drzewo, które trwa na styku cywilizacji i na przekór teorii cywilizacji.

Jakub Brodacki